Serce bijące w rytmie dzwonów na modlitwę

Gość Świdnicki 18/2019

publikacja 02.05.2019 00:00

Ks. Roman Tomaszczuk o swoim podążaniu za głosem powołania.

Ksiądz Roman w kaplicy bp. Ignacego Deca. Ksiądz Roman w kaplicy bp. Ignacego Deca.
Ks. Przemysław Pojasek /Foto Gość

Ks. Przemysław Pojasek: Może od początku. Jak to się stało, że znów można Cię zobaczyć w koloratce?

Ks. Roman Tomaszczuk: Czas mojej formacji nowicjackiej dobiegł końca. W klasztorze w Lubiniu spędziłem 900 dni – wiem to, ponieważ pisałem dziennik, więc łatwo było liczyć. Po czasie rozeznania i wymaganych krokach formalnych związanych z prawem obowiązującym we wspólnocie zapadła decyzja, że nie pozostanę w Lubiniu. Aby móc złożyć tutaj śluby zakonne, potrzebowałem nie zwykłej większości głosów, ale kwalifikowanej – dwóch trzecich. Zabrakło mi jednego głosu.

Twoje życie jest bardzo dynamiczne…

Tak, bo dynamiczny jest Pan Bóg i współpraca z Nim – to na pewno nie bierne czekanie na to, co się wydarzy! Choć jednocześnie od wielu lat ćwiczę się w „świętej obojętności” czy – jak wolę o tym mówić – „otwartości”. Tego nauczył mnie św. Ignacy Loyola, mój pierwszy mistrz życia duchowego. Dlatego z mojej perspektywy bracia wybierali między dwoma scenariuszami, z których każdy był dla mnie korzystny!

Często jest tak, że na krótką metę „po ludzku” oceniamy sprawy, wydarzenia, ludzi, a Bóg widzi je inaczej.

Słuszna uwaga. Przekonujemy się o tym z czasem, ale jeśli jesteśmy uważni, cierpliwi i uczciwi, możemy dojść do tego szybciej – dzięki rozeznawaniu duchowemu.

To ważny temat: rozeznawanie duchowe…

Oczywiście. I tak naprawdę to „praca” na całe życie. Praca Pana Boga, moja praca, praca moich przełożonych, spowiedników, kierowników duchowych. Papież Franciszek – ukształtowany przecież jako jezuita przez duchowość ignacjańską – bardzo mocno zwraca na nią uwagę. Papieską intencją na marzec było na przykład zdanie: „Aby cały Kościół uznał pilną potrzebę formacji do rozeznania duchowego w aspekcie indywidualnym i wspólnotowym”. Te dwie strony poznawania woli Bożej: osobista i wspólnotowa są nie do rozdzielenia.

Na dzisiaj więc ks. Roman…

...wie już na pewno, że nie zostanie benedyktynem lubińskim. Wciąż jednak mogę zostać mnichem – jeżeli znajdę wspólnotę, która da mi szansę. Mam na to trzy miesiące.

Szukasz jej?

Trwają rozmowy, więc proszę wybaczyć, że na razie nie zdradzę nowego adresu. Do końca maja wszystko powinno się wyjaśnić.

Tylko po co się tak upierasz?

Z wielu powodów. Bo Bóg objawia mi wyraźnie swoją wolę: „Ucz się nadal w szkole służby Pańskiej”; bo poznałem, jakim błogosławieństwem jest „życie wspólne wśród braci pod opatem i Regułą”; bo wypłynąłem na głębię, jakiej nie poznałem nigdy wcześniej; bo uzależniłem się od ciszy; bo moje serce bije w rytmie wyznaczanym dzwonami na modlitwę; bo fascynuje mnie św. Benedykt; bo rozsmakowałem się w prostocie; bo… już tęsknię.

A co na to nasz biskup?

– Dzisiaj (24 kwietnia) usłyszałem od niego: „Trzeba iść za głosem powołania!”.

Wspomniałeś, czego Ci brakuje w życiu poza murami. A kiedy byłeś po tamtej stronie, nie brakowało Ci tego, czym żyłeś jako ksiądz diecezjalny?

Dopiero po dwóch miesiącach od wstąpienia dotarło do mnie, że to nie wakacje. Kolejne tygodnie upływały na wdrażaniu się w rytm benedyktyńskiej aktywności – to całkiem zajmujące. Gdy wszystko było już oswojone, zaczęło się schodzenie w głąb. Nie wszystko było proste. Ale mistrz nowicjatu powtarzał: – Gdy masz już dosyć, zadawaj sobie pytanie: „Przyjacielu, po coś przyszedł?”.

Tak pytał Jezus Judasza w Ogrodzie Oliwnym!

Owszem, ale też Benedykt w Regule każe zadawać sobie to pytanie kapłanom, którzy chcieliby zostać mnichami. Szukanie odpowiedzi na nie wiele porządkuje, a kontekst Judasza dodaje jej smaczku. To naprawdę działa! Wyzwalająco.