Razem na koniec świata

ks. Przemysław Pojasek

|

Gość Świdnicki 31/2019

dodane 01.08.2019 00:00

O wędrówce dwóch młodych świdniczanek do grobu apostoła pisaliśmy już w poprzednim numerze. Teraz, kiedy dotarły na miejsce, zapytaliśmy je, co było w drodze najtrudniejsze.

Całą drogę Alina i Hania miały do plecaków przyczepione muszle – symbol Szlaku św. Jakuba. Całą drogę Alina i Hania miały do plecaków przyczepione muszle – symbol Szlaku św. Jakuba.
Hanna Bieżyńska

Przypomnijmy, że Hania wyruszyła z Irun 26 czerwca, a 10 dni później w Santanderze dołączyła do niej Alina. Przemierzając wybrzeże Hiszpanii w drodze do Santiago de Compostela, dziewczyny pokonały razem ponad 530 km.

– Pamiętam, że pierwsze moje pytanie, kiedy się spotkałyśmy, by ustalić szczegóły pielgrzymki, dotyczyło porannego wstawania. Z przyzwyczajenia wstaję bardzo wcześnie i nie wiedziałam, czy Hania nie będzie miała nic przeciwko. Na szczęście pomysł jej się spodobał, więc w drodze wstawałyśmy przed wszystkimi i ruszałyśmy nieraz, zanim inni zaczęli się zbierać – wspomina z uśmiechem starsza z dziewczyn.

Pomagało też doświadczenie wyniesione z pieszych pielgrzymek na Jasną Górę. – Dzień wcześniej przygotowywałyśmy jedzenie i pakowałyśmy część rzeczy, żeby jak najmniej rano przeszkadzać innym. Jesteśmy też przyzwyczajone do wędrowania bez względu na warunki atmosferyczne czy obciążenie, choć tym razem jest trochę trudniej, bo nasze plecaki ważą po około 10 kg, a na trasie jest dużo więcej wzniesień niż w drodze do Częstochowy – dodaje młodsza pątniczka.

To ona rozpoczęła Camino wcześniej, bo zależało jej na zobaczeniu najpiękniejszego fragmentu drogi, prowadzącego od Irun przez Zatokę Biskajską. – Nie czułam się przez ten czas samotna, bo ludzie, których spotykałam na drodze, byli niezwykle uprzejmi, uśmiechali się na mój widok, pozdrawiali i życzyli „buen Camino” – cieszy się.

Alina dodaje, że nawet bariera językowa nie jest w drodze problemem. – Ludzie uśmiechają się, chcą pomóc, są naprawdę przyjaźni. Jednego dnia byłyśmy w restauracji, w której nie było menu w języku angielskim. Kelner pokazał nam wypełnione jedzeniem garnki i palcem pokazałyśmy mu, co chcemy zjeść – opowiada. – Kiedy usłyszałam, że będziemy szły wybrzeżem, myślałam, że większość drogi to będzie plaża. Okazało się jednak, że ta skończyła się zaraz po moim przyjeździe. Im dalej w głąb kraju, tym mniej pięknych nadmorskich widoków – wspomina.

Świdniczanki podkreślają niezwykłe błogosławieństwo Boże. – Pogodę miałyśmy niemal idealną do wędrowania. Było pochmurno, ale ciepło. Ludzie po drodze byli życzliwi, gdy zabłądziłyśmy, wskazywali właściwą drogę. Nie było też problemów ze znalezieniem miejsca do spania czy sklepu, by kupić jedzenie. Największym trudem okazał się jednak plecak, który był ciężki i niewygodny. Ale niosłyśmy w nim nie tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale i intencje. Pocieszeniem w drodze zawsze była myśl o prysznicu i chęć dotarcia do celu – mówi Hania, dodając, że z Santiago wybrały się do Finisterry (czyli na „koniec świata”).