Nie zapracowałem sobie na trzeźwość, to łaska od Boga

Agnieszka Dochniak

|

Gość Świdnicki 32/2019

dodane 08.08.2019 00:00

Ma 49 lat. Nie pije od 5 grudnia 1993 roku. Mówi, że grubość szkła dzieli go od tego Janka, który wczoraj przestał pić.

Dorosły Polak wypija średnio ponad 11 litrów czystego alkoholu rocznie. Dorosły Polak wypija średnio ponad 11 litrów czystego alkoholu rocznie.
Henryk Przondziono /Foto Gość

Nie pamięta, kiedy miał pierwszy kontakt z alkoholem. Pamięta, że pierwszy raz upił się tuż przed 14. urodzinami. – Ja mieszkałem w takiej dzielnicy, że gdzie nie wyszedłem, tam się piło. Mój ojciec był alkoholikiem. Zmarł na marskość wątroby, kiedy miałem 11 lat. Matka nie była w stanie nade mną zapanować. Byłem dzieckiem podwórka. Robiłem, co chciałem – wspomina dzieciństwo w centrum Dzierżoniowa.

Ze szkoły zawodowej wyrzucili go za wagary i picie. Udało mu się skończyć szkołę dla pracujących.

– Piłem przez kilka lat – raz w tygodniu, dwa razy w tygodniu. Destruktywnie, na umór, mało kiedy po to, żeby się pobawić. Byłem niski i miałem dużo kompleksów, więc na początku alkohol załatwiał mi wszystko. Wypiłem trochę i byłem odważniejszy. Biłem się z większymi i silniejszymi ode mnie – stwierdza Jan.

Po Ochotniczych Hufcach Pracy trafił do wojska. Tam miał sprawę za dezercję, bo przez alkohol nie wrócił na czas z przepustki. Po wojsku pił dalej. Mieszkał z mamą i siostrą. Nie pracował, a jeśli już, to krótko, kradł, oszukiwał. Miał kilka spraw w sądzie, ale udawało mu się uniknąć więzienia. Gdy dostawał wyrok w zawieszeniu, to przeczekiwał, a potem wracał do złodziejstwa i bijatyk. Wzrastał i żył w światku przestępczym.

W którymś momencie alkoholizm zaczął mu przeszkadzać. Jeździł wtedy do Niemiec pracować przy szparagach. To wujek, który go tam ściągnął, mówił, że alkoholizm to choroba, że Janek nie jest czarną owcą, że trzeba się leczyć. Powoli przełamywało to bariery. Próbował wszywek, nie pomagały. Najbardziej poruszył nim wyjazd matki. Pojechała do Włoch, tam poznała mężczyznę, za którego wyszła za mąż.

– Czułem się zdradzony, przeżywałem, że mnie zostawiła. Z drugiej strony wiedziałem, że będę musiał sam zatroszczyć się o jedzenie i zapłacić rachunki. Bałem się, co ze mną będzie, czy mnie nie zamkną, bo jestem bandytą i złodziejem – wspomina.

Tuż przed pożegnaniem z alkoholem miał w nocy widzenie.

– Leżałem w łóżku. Po jednej stronie siedziało trzech czarnych facetów, którzy mówili, że ze mnie to już nic nie będzie, że jestem dziad i menda. Przy mnie siedział jeden biały i mówił, że to nieprawda, że jeszcze będę OK – ten targ nad sobą pamięta do dziś.

Poszedł na terapię, zaczął też chodzić na mityngi anonimowych alkoholików. Jak mówi, to jego jedyny wysiłek na drodze do trzeźwości, resztę dostał od Boga.

– Przez lata byłem ateistą. Na religię przestałem chodzić w szóstej klasie. Daleko mi było do Kościoła. W AA poznałem ludzi, którzy mi imponowali – nie kłamali, nie oszukiwali. To był dla mnie inny świat. Tam jeden z chłopaków powiedział, że Jezus mnie kocha. Nie wierzyłem. Jak może mnie kochać, przecież ja w życiu zrobiłem tyle złego. Ale pomału zacząłem Go szukać. Myślałem, że może u muzułmanów, bo nie piją, może u świadków Jehowy, miałem też znajomych zielonoświątkowców, ale ostatecznie odnalazłem się na nowo w Kościele katolickim. Trafiłem do Odnowy w Duchu Świętym i tam zaczęła się moja przygoda z Bogiem – wspomina Jan.

Porzucił AA, szukał ruchów charyzmatycznych. Po czasie okazało się, że potrzebuje i wspólnoty katolickiej, i grupy anonimowych alkoholików.

– Jeśli idę na tych dwóch nogach – AA i Kościół – to się nie chwieję ani w jedną, ani w drugą stronę. W AA znają mnie, wiedzą, kiedy zaczynam kręcić. Po każdym mityngu chcę być lepszym człowiekiem. Moją siłą jest Pan Bóg, w Nim mam ufność. Wierzę, że nie sam muszę pracować na trzeźwość. Proszę Boga i On przychodzi z łaską. Dzięki Niemu nie boję się alkoholu. Jestem nerwowy i nadpobudliwy. Moim największym zagrożeniem jest własne ego. Wszystko, co próbowałem robić sam, obracało się w łajno. Wszystko, co robiłem, opierając się na Panu Bogu, wychodziło –przyznaje szczerze i zastanawia się, kto się za niego modlił, żeby wytrzeźwiał.

Przepił całą młodość. Przyszłą żonę poznał, kiedy od 1,5 roku nie brał alkoholu do ust. Żyją razem 23 lata, mają dorosłe dzieci.

– Jestem szczęśliwy, mam kochającą żonę i dzieci. Żyję dniem dzisiejszym, nie przejmuję się na zapas. Dla mnie Jezus jest najważniejszy. Modlę się codziennie, czytam Pismo Święte i wiem, że jak przestanę się Go trzymać i porzucę AA, to już po tygodniu wejdę w to samo, z czego udało mi się uwolnić 26 lat temu – podsumowuje Jan.