Nie wyobrażałam sobie, jak wygląda misja

Agnieszka Olipra

|

Gość Świdnicki 43/2019

dodane 24.10.2019 00:00

Mówi Urszula Zębik, mama o. Krzysztofa, kombonianina pochodzącego z Dzierżoniowa, który od 4 lat pracuje w Sudanie Południowym.

Ojciec  Krzysztof Zębik  wśród uczniów  kenijskiej szkoły. Ojciec Krzysztof Zębik wśród uczniów kenijskiej szkoły.
Urszula Zębik

Wraz z drugim synem Kamilem we wrześniu tego roku miała okazję przekonać się, jak wygląda życie misjonarzy. Trzy tygodnie spędzili oni z o. Krzysztofem w Kenii na placówkach misyjnych, gdzie kombonianin wcześniej posługiwał.

W tym czasie cała trójka pomagała zakonnikom i siostrom w Nairobi i Amakuriat.

– Razem z Kamilem byliśmy gotowi spędzić dni jak misjonarze, jedząc to, co wszyscy, i uczestnicząc w codziennych zajęciach. Jednego dnia segregowaliśmy leki w szpitalu – z większych pojemników dzieliliśmy na porcje aspirynę i antybiotyki. Kiedy indziej pracowaliśmy w ogrodzie – relacjonuje Urszula Zębik.

Przez tydzień byli w Nairobi, gdzie mieści się dom prowincjalny kombonianów. Stolica to miasto kontrastu. Żyje tam wielu bogatych ludzi, ale jest też wielka bieda. Największe wrażenie na pani Urszuli zrobiła Msza św. odprawiana przez syna w slumsach.

– Tego, co tam zobaczyłam, nie da się porównać z naszym doświadczeniem biedy. Przejmujący jest widok niedożywionych dzieci i warunków życia rodzin. Widziałam np. chłopca szukającego jedzenia w śmietniku. Najbiedniejsi mieszkańcy stolicy, żeby zarobić choć trochę, sprzedają, co się da, m.in. gotowane jajka i węgiel drzewny. Pobyt w slumsach był bardzo smutnym przeżyciem – wspomina z drżeniem w głosie.

Jednocześnie jest pod wrażeniem wiary tych prostych ludzi, którzy żyją z dnia na dzień. Kaplica, w niczym nieprzypominająca polskich solidnych konstrukcji, bo jest niską budowlą przykrytą blachą, wypełniona była w niedzielę po brzegi.

– Wszyscy przygotowują się do Mszy. Mają swoje role – jedni śpiewają, drudzy tańczą, jeszcze inni są porządkowymi. Podczas Eucharystii jest skupienie i cisza. Msza trwa ok. dwóch godzin i nawet nie słychać płaczu dziecka – mówi pani Urszula.

Po pobycie w Nairobi ruszyli na północ Kenii. W Amakuriat, położonym ok. 500 km od stolicy, Zębikowie zobaczyli, jak duży teren mają pod opieką misjonarze. Największym utrudnieniem jest brak dobrych dróg. W terenie górzystym po ulewach pory deszczowej trzeba uważać nie tylko na dziury i wyboje, ale też na rozpadliny w ziemi i urwiska. Czasami pokonanie 30 km zabiera cztery godziny.

– Misjonarz rusza rano w drogę. Dociera do szkół, wiosek lub w inne umówione miejsca. Zdarza się na przykład, że pod drzewem katechizuje, rozmawia z ludźmi, pomaga im rozwiązywać różne problemy dnia codziennego. W upale i kurzu przez cały dzień. Wraca zmęczony późnym popołudniem, a na miejscu czekają kolejne sprawy do załatwienia. Jeśli uda się uzbierać fundusze na budowę studni czy kaplicy, to trzeba kupić materiały, zorganizować pracę i później jej doglądać. Tak naprawdę pracy jest na 24 godziny – stwierdza matka kombonianina.

Dzieł misyjnych jest wiele. W samym Amakuriat są szpital, szkoła i przedszkole. Wioski leżą w pewnum oddaleniu, a nie ma komunikacji, więc w razie choroby ludzie przemierzają na piechotę nawet kilkadziesiąt kilometrów. Do szkoły dzieci przychodzą na cały semestr. Uczą się pilnie i nie sprawiają problemów, bo edukacja jest dla nich szansą na lepsze życie. Poza tym dostają tutaj posiłki, a w domu nie zawsze jest co jeść. – Plemię Pokot, które mieszka na Północy, to bardzo życzliwi i przyjaźni ludzie. Są uśmiechnięci i otwarci. Zastanawiało mnie, co jest powodem ich radości, przecież oni właściwie nic nie mają. Kiedy pojechaliśmy do jednej z wiosek na Mszę, bardzo serdecznie nas witali. Po wspólnej modlitwie mieli dla nas niespodziankę – śpiewy i tańce ludowe. W odświętnych kolorowych strojach wyglądali niesamowicie. Zostaliśmy zaproszeni na obiad do jednej z rodzin. Poczęstowali nas kaszą i czerwoną fasolą – to było najlepsze, co mieli. Zjedliśmy posiłek, siedząc w chacie ze słomy i gliny, a część rodziny czekała, aż skończymy, żeby też się posilić. To niesamowite, że oni nic nie mają, a tak chętnie się dzielą – zauważa dzierżoniowianka.

Urszula Zębik mówi, że wiele czytała o misjach. Syn prowadzi stronę internetową i mają ze sobą kontakt, jej wiedza o warunkach życia była więc spora. W tym roku po raz pierwszy mogła zobaczyć na własne oczy, jak wygląda rzeczywistość misyjna. – To bardzo ciężka praca, do której naprawdę trzeba mieć powołanie – kończy matka misjonarza.