Apostołowie w glanach

ks. Przemysław Pojasek

|

Gość Świdnicki 50/2019

publikacja 12.12.2019 00:00

Byli punkowcy spotykają się z młodymi i dorosłymi, prowadzą też nabożeństwa uwielbienia.

▲	Zespół w ostatnich tygodniach na zaproszenie ks. Mateusza Kuliga odwiedził młodzież przygotowującą się do bierzmowania w Pieszycach. ▲ Zespół w ostatnich tygodniach na zaproszenie ks. Mateusza Kuliga odwiedził młodzież przygotowującą się do bierzmowania w Pieszycach.
Ks. Przemysław Pojasek /Foto Gość

Grupa na co dzień działa w Wałbrzychu przy parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego, grając, ewangelizując, ale przede wszystkim dając świadectwo, że Bóg może odwrócić życie do góry nogami.

– Wychowałem się w katolickiej rodzinie. Chrzest i Komunia św. były świętością w domu. Trzeba było to przejść tak, jak wszyscy robili. Rodzice przyprowadzali mnie do kościoła. Nawet zostałem ministrantem. Ale coś mi nie grało. Miałem trudne relacje z rodzicami, którzy mnie bili i poniżali. Nie radziłem sobie w szkole, czułem się niechcianym dzieckiem. Mając w sercu tę wielką dziurę, nie potrafiłem się odnaleźć w świecie religijności. Zacząłem uciekać z domu, pomieszkiwałem na ulicy, gdzie spotkałem punkowców. Strasznie mi się spodobała ta subkultura, która „ma wszystko gdzieś”. Wydawało mi się, że znalazłem prawdziwą wolność, jakiej nigdzie indziej dotąd nie doświadczyłem. Chciałem wolności od rodziców, od szkoły, od kościoła – opowiada początki swojego staczania się na dno Arkadiusz, lider zespołu. – Kupiłem sobie glany, wyciąłem irokeza, sam zacząłem się tatuować, bo nie było mnie stać na wizytę w studiu tatuażu. Trafiłem do półotwartego ośrodka wychowawczego – mówił dalej.

Potem było już coraz gorzej. Alkohol, narkotyki, bójki. Tak wyglądało jego życie, w czasie którego poznał Monikę, swoją przyszłą żonę. Ona jednak też wówczas była pogubiona. – Byłam bardzo zakompleksiona. Zawsze uważałam, że jestem gorsza od innych. W domu ciągle wytykano mi tylko to, czego nie potrafię. Do tego ciuchy miałam zawsze z lumpeksu. Wyglądałam byle jak, dlatego dobrze się odnalazłam w środowisku punkowym, bo tam mogłam przedziurawić spodnie, przypalić swetry, wymalować sprayem buty. Bardzo mi się to podobało – wspomina Monika. W wieku 15 lat zaczęła jeździć po festiwalach, poznawać ludzi z marginesu.

Kiedy już zamieszkali razem, pewnej nocy Arka obudził głos, który wypowiedział jego imię. – Patrzyłem przez okno, żeby zobaczyć, czy nikt mnie nie woła, bo czasami przychodzili moi znajomi, którzy byli tak naćpani, że nie mogli spać po nocach. Ale tam nikogo nie było. Olałem to i poszedłem dalej spać. Na drugi dzień poczułem niesamowity pokój, chęć do życia, wręcz euforię. I miałem takie wewnętrzne przekonanie, że to Jezus Chrystus mnie wołał. Początkowo Monika nie chciała mi wierzyć, uważała, że mi odbiło, ale kiedy pewnego dnia wzięła Pismo Święte i przeczytała w nim, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne. Uderzyło ją to słowo „każdy”. Wtedy zrozumiała, że tylko Bóg może wypełnić pustkę, którą oboje mieliśmy w naszych sercach – wspomina moment nawrócenia lider zespołu. Od tego czasu wszystko się zmieniło. Zaczęli opowiadać o swoim nawróceniu innym, najpierw kolegom i rodzinie, potem odważyli się dawać świadectwo w innych miejscach. – Ja nie potrafiłem mówić o niczym innym jak tylko o Jezusie. Wszyscy na mnie patrzyli jak na dziwaka, a ja dalej moim znajomym punkowcom, bo wtedy tylko takich kolegów i takie koleżanki mieliśmy, mówiłem o Bogu. Część z nich straciliśmy, a część po kilku latach, widząc nasze szczęście, zaczęła się do nas odzywać i pytać o to, jak to robimy. Kilka osób się nawróciło. Chodzą do kościoła, zakładają wspólnoty, jeżdżą na rekolekcje – wymienia apostoł w glanach.

Zwraca też uwagę na cud, który wydarzył się w ich życiu. – Nie mogliśmy mieć dzieci, bo używki i dotychczasowy styl życia mocno rozregulowały nasze organizmy. Monika dużo modliła się o dziecko za wstawiennictwem Matki Bożej. Mówiła prosto: „Maryjo, Ty miałaś dziecko, miałaś tę łaskę. Wiem, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Daj więc, bym i ja miała dziecko”. I pewnej nocy miała sen, po którym poczuła, że jest to możliwe. Udało się. Dzisiaj mamy 11-letnią córkę, która czeka na nas w domu. Ale kiedy ten cud się wydarzył, postanowiliśmy wszystko poukładać. Wzięliśmy cichy ślub, którego nie oddałbym za żaden inny. To był ślub przed Bogiem bez imprezy i innych zbędnych dodatków – wspomina.