Oczy szeroko otwarte

Kamil Gąszowski

|

Gość Świdnicki 34/2020

publikacja 20.08.2020 00:00

Kiedy Jezus mówił, że Bóg objawił królestwo Boże prostaczkom, być może miał na myśli także podopiecznych Doroty z Piaskowej Góry.

▲	Dorota Staniszewska z każdym ze swoich podopiecznych  ma szczególną relację. ▲ Dorota Staniszewska z każdym ze swoich podopiecznych ma szczególną relację.
Kamil Gąszowski

Mały niski budynek na wałbrzyskiej Piaskowej Górze, wklejony gdzieś w blokowisko. Dla Doroty i 30 uczestników Warsztatów Terapii Zajęciowej to całe życie. Podopieczni uczą się tu samodzielności, zdobywają nowe umiejętności, otwierają się na świat, którego często nie rozumieją, ale który też niespecjalnie chce zrozumieć ich.

Czasem ktoś pomyli drzwi i zamiast do mieszczącego się obok przedszkola wejdzie do nich. Rozgląda się, widzi dorosłe, często już posiwiałe osoby, które zachowują się trochę inaczej, niż wskazywałby ich wiek, i stwierdza, że tak, jest w przedszkolu. Dorota nie potrafi tego zrozumieć, twierdzi, że ludzie często traktują jej podopiecznych, jakby byli niewidzialni. Ale to stwierdzenie sugeruje, że problem tkwi w nich, osobach niepełnosprawnych intelektualnie, gdy tymczasem to my, w tzw. normie rozwojowej, mamy coś nie tak ze wzrokiem. Patrzymy, ale nie widzimy – albo nie chcemy zobaczyć. I na końcu to my zachowujemy się jak małe dzieci, które, gdy czegoś bardzo się boją, to zamykają oczy, wierząc, że zagrożenie zniknie. Dorota swój wzrok na osoby niepełnosprawne zwróciła wiele lat temu. Miała co prawda inne plany na życie, ale gdy ma się oczy szeroko otwarte, dostrzega się znaki, jakie w życiu stawia Bóg. Jej postawił na drodze niepełnosprawnych.

Mieć czy być

Z każdym z uczestników warsztatów Dorota ma inną relację. Z Pawłem lubi się podroczyć, wdaje się z nim w utarczki słowne, a kiedy ten ma ochotę trochę poboksować, Dorota niczym prawdziwy trener wyciąga dłonie, aby w nie uderzał. Boli, bo Paweł delikatny nie jest, potrafi być też stanowczy: „Cicho, Dorota, teraz ja mówię” – zwraca się do niej, kiedy ta nie daje mu dojść do głosu. Prawie każdy mówi do opiekunki po imieniu, ważne jest dla niej bowiem to, żeby wiedzieli, że traktuje ich po partnersku.

Dorota proponuje swoim podopiecznym, żeby zadawali pytania, dowiedzieli się czegoś o pracy dziennikarza. Zamiast pytać, wolą jednak mówić o sobie. Nie ma rady. Wyciągam dyktafon. Są w centrum uwagi, lubią to, jak każdy z nas. Agnieszka opowiada o swoich wakacjach w Kołobrzegu z tatą. Mówi o sobie w trzeciej osobie, nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, ale dowiaduję się, że jestem podobny do jej taty. Pierwsze lody przełamane. Krzysztofa wyciągamy z zajęć robótek ręcznych, podczas których właśnie szyje rękawicę. Ale nie bokserską, tylko taką zwykłą, kuchenną. Dorocie może się kiedyś jeszcze przydać, kiedy Pawłowi przyjdzie znowu ochota na boks.

Ale wróćmy do Krzysztofa. Jest cały czas uśmiechnięty, jednak obecność nowej osoby powoduje w nim pewną nieśmiałość. Szuka kontaktu fizycznego, podczas naszej krótkiej rozmowy przytula się do Doroty wielokrotnie. Potwory z gliny stojące na półce, ulepione jego rękami, od razu przykuwają uwagę. Krzysiek wygrał już kilka konkursów plastycznych i ceramicznych. Niektóre z wykonanych tutaj prac są sprzedawane, dzięki czemu podopieczni Doroty mogą zarobić na dodatkowe wyjazdy rehabilitacyjne. Jeden z potworów Krzyśka szczególnie wpada mi w oko. Dostaję go w prezencie, za darmo. Chociaż nie do końca – Krzyśkowi podoba się pleciony różaniec, który noszę na ręku. Dokonujemy więc małego handlu wymiennego, a ja już po kilku chwilach spędzonych z nimi lepiej rozumiem to, co usłyszałem wcześniej od Doroty: – Przy nich nabieram poczucia własnej wartości. Nie muszę nic robić, nie muszę zasłużyć na to, żeby mnie kochali. Wystarczy, że jestem. Oni nie widzą naszych wad. Niesamowite jest, jak oni dobierają się w pary. Nie widzą, że ktoś nie ma jednego oka, nie mówi albo ma krzywą nogę i nie chodzi. Dla nich nie ma znaczenia, że ktoś może wyglądać jak straszydło. Oni widzą samo piękno. Kilkanaście razy dziennie słyszę, że jestem cudowną, piękną kobietą. Przy nich nie muszę się starać, żeby dobrze wypaść, bo już przez sam fakt, że jestem, jestem bardzo dobrze „wypadnięta” – śmieje się Dorota. Zdaje sobie sprawę, jak oklepane jest mówienie o tym, że od osób niepełnosprawnych można się wiele nauczyć, ale w jej przypadku tak właśnie jest. Oni nie udają, że są kimś innym; są autentyczni i nie zakładają masek, pod którymi mogliby ukryć swoje prawdziwe oblicze. Nie oceniają nikogo po wyglądzie albo po grubości portfela, szybko przełamują bariery i nawiązują relacje. Potrafią kochać za darmo, ale jak każdy z nas potrzebują również doświadczenia takiej miłości.

Kiedy Jezus mówił, że Bóg objawił królestwo Boże prostaczkom, być może miał na myśli także podopiecznych Doroty z Piaskowej Góry. Patrząc im w oczy, można dostrzec niespotykaną mieszankę czystej radości, ufności, ale też zagubienia. W tym wzroku można dostrzec, jak bliscy są Bogu. Nie przez swoje pobożne życie, chociaż wielu z nich uwielbia chodzić do kościoła, ale przez bliskie podobieństwo do Boga, który tak jak oni kocha za darmo i tak jak oni pierwszy zabiega o miłość i uwagę. Do głowy przychodzi jeszcze jedno porównanie – tak samo jak oni Bóg bywa niezauważany. – Kiedy widzę, jak oni mnie kochają, to myślę, że tak właśnie kocha Pan Bóg. Bezwarunkowo. Długo nie wiedziałam, do czego Pan Bóg mnie powołuje. Jestem kobietą niezamężną i przez długi czas myślałam, że powołaniem kobiety jest założenie rodzinę i urodzenie dzieci. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że moim powołaniem jest praca z osobami niepełnosprawnymi. Dzięki nim mam poczucie, że nie zmarnowałam swojego życia – uśmiecha się Dorota.

Michał lepi Franciszki

To jest pewnego rodzaju paradoks. Widzą wartość w innym człowieku, ale w sobie już niekoniecznie. Mają poczucie, że się do niczego nie nadają. Przyczyniają się do tego, niestety, nie tylko ich wrodzone braki rozwojowe, ale i, jak twierdzi Dorota, często wyuczona bezradność. Bierze się to z prostego faktu, że gdy widzi się osobę niesamodzielną, w naturalny sposób chce się ją wyręczyć, zamiast nauczyć radzenia sobie z niepowodzeniami. Dlatego Dorota podkreśla, że trzeba od nich konsekwentnie wymagać, i chociaż z boku może wyglądać, że jest niewrażliwa na ich trudności, jej postawa daje zdumiewające efekty.

W placówce jest sześć pracowni: ceramiczna, techniczno-stolarska, rękodzielnicza, plastyczna, ogrodnicza oraz gospodarstwa domowego. Uczestnicy zajęć mają do dyspozycji własny ogródek, a uprawiane w nim warzywa trafiają potem do ich kuchni, gdzie wspólnie przygotowują posiłki. Dla wielu z nich może to być ważna umiejętność, kiedy przyjdzie czas, że z braku opieki resztę swojego życia będą musieli spędzić np. w domu pomocy społecznej. W poszczególnych pracowniach nie tylko zdobywają nowe umiejętności, ale przede wszystkim zaczynają wierzyć we własne możliwości. Po jakimś czasie każdy odkrywa w sobie jakiś talent, który, dostrzeżony przez innych, może podnieść ich samoocenę. – Oni nie wierzą w siebie, dlatego uczymy ich, że mogą też zrobić coś dobrego dla innych. Dwa razy w roku odwiedzamy chorych w hospicjum, aby złożyć im życzenia i podarować własnoręcznie zrobione stroiki świąteczne. To jest ważne, żeby zrozumieli, że są potrzebni i mogą nieść radość innym – mówi Dorota. – Widzę ich radość, gdy coś zrobią sami. Jeśli wymaga się od nich od początku, to oni bardzo dobrze funkcjonują społecznie, czasem lepiej niż my. Często tak mnie zaskakują, że trudno jest mi powiedzieć, co oni rozumieją. Ich mózgi to wielka zagadka – dodaje.

Dzięki terapii zajęciowej Dorota i inni terapeuci mogą lepiej zrozumieć to, czego uczestnicy warsztatów często nie potrafią wypowiedzieć. Zresztą często zdarza się, że przychodząc pierwszy raz do placówki, nie komunikują się werbalnie. Tak było z Michałem, który na początku w ogóle się nie odzywał. Teraz gada jak najęty i chociaż w pierwszym momencie niełatwo go zrozumieć, to właśnie zajęcia w pracowni ceramicznej pozwalają mu lepiej wyrazić siebie. O ile w przypadku Krzyśka, który lepi potwory, trudno powiedzieć, czym się inspiruje, o tyle inspiracja Michała jest oczywista. Michał jest fanem papieża Franciszka, kocha go i wszystko, co robi, jest z nim związane. Kiedy Michał jest na Mszy św., czeka tylko na moment, kiedy jest wspominany papież i bez skrępowania, na cały głos, wypowiada wraz z księdzem jego imię. Dotychczas ulepił z gliny już kilka Franciszków. Co ciekawe, figurki na twarzy mają tylko wielkie oczy, tak jakby Michał wiedział, że Boży człowiek to taki, który widzi więcej. Jeden z nich był nawet przygotowany do wysłania papieżowi. Bo Michał najbardziej marzy o tym, żeby otrzymać od Ojca Świętego jego białą piuskę. Wszystko było już gotowe, warsztatowicze samodzielnie kupili pudełko i znaczki do wysyłki. Jeden z nich napisał list w imieniu Michała, który nie ma takiej umiejętności. Całą akcję niestety przerwała epidemia i list nie został dokończony. Ceramiczny Franciszek czeka więc na wysyłkę i patrzy swoimi wielki oczami na podopiecznych Doroty. •