Znaleźli swoją ziemię obiecaną

Kamil Gąszowski

|

Gość Świdnicki 1/2021

publikacja 07.01.2021 00:00

Dla osiągnięcia pełni szczęścia, cokolwiek to znaczy, byli gotowi wyjechać na drugi koniec świata. Ale jeśli szczerze się szuka, na końcu zawsze odnajdzie się Boga. A On jest przecież tak blisko…

▲	Edyta i Irek swoją przygodę z Panem Bogiem rozpoczęli na pielgrzymim szlaku. Tak właśnie widzą swoje życie – czasem bywa trudno i pojawia się zniechęcenie, ale teraz już wiedzą, że idą w dobrym kierunku. ▲ Edyta i Irek swoją przygodę z Panem Bogiem rozpoczęli na pielgrzymim szlaku. Tak właśnie widzą swoje życie – czasem bywa trudno i pojawia się zniechęcenie, ale teraz już wiedzą, że idą w dobrym kierunku.
Kamil Gąszowski /Foto Gość

Edyta i Irek chcieli coś zmienić w swoim życiu. Sami nie wiedzieli dokładnie co, na pierwszy rzut oka mieli bowiem wszystko – szczęśliwą kochającą się rodzinę, zdrowe dzieci, własne mieszkanie, samochód. Kiedy Edyta pojechała na trzy tygodnie w odwiedziny do brata do Stanów Zjednoczonych, zachwyciła się tym światem.

Razem uznali, że chcą tam zamieszkać, bo to jest miejsce, gdzie na pewno znajdą to, czego tak bardzo pragnęli. Irek pojechał pierwszy, aby przetrzeć rodzinie szlaki. Bez problemu dostał wizę, początek zapowiadał się więc obiecująco. Jednak przez pół roku nie mógł znaleźć pracy, zobaczył też, że nie jest tam wcale tak kolorowo.

Po raz pierwszy rozstali się na tak długo. Edyta została na miejscu sama z dziećmi, przytłaczała ją samotność, pojawiły się problemy finansowe, dodatkowo odczuwała jakąś nieopisaną pustkę. – Wszystko się skumulowało. Trudno mi to nazwać, szukałam czegoś, sama nie wiem czego. Z perspektywy czasu myślę, że życie bez Pana Boga powodowało, że chociaż nie wiem, ile byśmy mieli, to chcieliśmy mieć jeszcze więcej, a przecież niczego nam nie brakowało. Kiedy Irek wyjechał, po raz pierwszy poprosiłam Pana Boga, żeby coś z tym zrobił. Cieszę się, że wiedziałam, do kogo się zwrócić – wspomina Edyta. Z dala od rodziny i w zderzeniu z zupełnie innym stylem życia Irek był pewny, że ich wielki plan nie ma szans powodzenia. – My chyba takiego życia nie chcieliśmy – mówi. Kiedy okazało się, że emigracyjne plany się nie powiodą, zadawali sobie pytanie: „co teraz?”.

Droga

Z Pieszyc do Chicago w linii prostej jest ponad 7 tys. kilometrów. Długa, ale przecież w gruncie rzeczy komfortowa droga. Pan Bóg, wysłuchując prośby Edyty, zaprosił ich jednak do wyruszenia w zupełnie innym kierunku. Na mapie wydaje się, że cel był dużo bliższy, ale za to niepozbawiony trudów i zmagań.

Edyta do dzisiaj nie wie, skąd wzięła pomysł, aby pójść na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. – To było strasznie trudne. Nie byłam skupiona na modlitwie i na Bogu, tylko na swoich problemach. Ból nóg, pęcherz na pęcherzu, dla mnie to było trudne przeżycie, ale w sercu czułam, że to, co najważniejsze, wydarzy się na Jasnej Górze – mówi Edyta. Patrząc na to z boku, ich pomysł wydawał się szalony. Dla nich na pielgrzymce wszystko było nowe. Musieli mierzyć się z prozaicznymi sprawami, np. jak szybko i sprawnie złożyć namiot, aby mieć jeszcze czas na poranną toaletę i śniadanie przed wyruszeniem na kolejny etap. Co więcej, ich dotychczasowe kontakty z Kościołem były raczej sporadyczne, nie byli wcześniej obyci z pielgrzymkową pobożnością ani w ogóle z żadną inną pobożnością, a mieli teraz spędzić 9 dni wypełnionych od rana do wieczora modlitwą i śpiewem religijnych piosenek. Ale w tym wszystkim doświadczali dużej życzliwości innych pielgrzymów. I to chyba było dla nich największym szokiem. Po raz pierwszy w życiu spotkali ludzi, którzy robią coś bezinteresownie i to jeszcze wobec obcych sobie ludzi. – Kiedyś dla mnie Kościół był poważny, a tu poznałem go z innej strony. Pomimo trudności, kurzu, odcisków, złej pogody, w tych ludziach była radość. Tam poznałem także dużo księży, z którymi mogłem o wszystkim porozmawiać. Ich otwartość, normalność, świadectwa ich życia to był dla mnie przewrót. Szliśmy razem i czułem wspierającą rękę tych ludzi na ramieniu. Oni nas nie oceniali i zawsze mieli dla nas jakieś dobre słowo – mówi Irek.

Boża miłość jak rzeka

To był ich pierwszy kontakt z żywym Kościołem. Mieli pragnienie, aby jeszcze lepiej poznać Boga, zbliżyć się do Niego i zrozumieć, co jeszcze ma im do zaoferowania. Po jakimś czasie poznany na pielgrzymce ks. Krzysztof Augustyn zachęcił ich do udziału w Seminarium Odnowy Wiary. Irek pamięta plakat zapowiadający to wydarzenie, który zapraszał ludzi młodych i starych, wierzących i niewierzących. Dla niego to było odkrycie, że w Kościele może być miejsce dla ludzi takich jak on. Nie był już pierwszej młodości, ale, co gorsza, nie mógł o sobie powiedzieć, że jest wierzący. Na początku nie było łatwo. Mieli dużą trudność, aby się otworzyć i podzielić swoim doświadczeniem. Głównie więc słuchali, a wiara rodzi się właśnie z tego, co się słyszy. A tam usłyszeli najpiękniejszą prawdę: Bóg kocha człowieka za darmo. – Wtedy zrozumiałem, że to może być moja droga, że Bóg mnie kocha takiego, jakim jestem. Zawsze będę upadał, a On będzie mnie podnosił i cały czas będzie ze mną. Wcześniej myślałem, że w Kościele mogą być tylko ludzie święci, bez grzechu i zadawałem sobie pytanie, co ja tutaj robię. Przecież ci ludzie coś wiedzą więcej, potrafią się modlić, ale później w grupce dzielenia, w której były osoby o różnym statusie społecznym i różnych latach przy Panu Bogu, okazało się, że prawie wszyscy jesteśmy tacy sami – dodaje. Zdecydowali się pójść tą drogą i zaangażować we wspólnotę Przyjaciele Oblubieńca. Dzięki codziennemu rozważaniu słowa Bożego, w którym pomagają im tematyczne podręczniki formacyjne i regularne spotkania, doświadczenie Bożej miłości powoli przemieniało ich życie. – Kiedy przyjmie się miłość Pana Boga, wtedy wszystko się zmienia. Ta miłość spowodowała, że minął mi lęk o swoje dzieci czy pracę, który zawsze czułam – dzieli się Edyta i zagląda do swoich notatek z poprzedniego roku, w którym jednocześnie jej mama zachorowała na nowotwór, a tato dostał trzeciego, bardzo ciężkiego udaru. Modliła się wtedy o ich uzdrowienie, ale przede wszystkim czuła pokój w sercu, że cokolwiek się wydarzy, Bóg jest w tym cierpieniu, a Jego miłość rozlewa się na całe jej życie. Trochę jak w pielgrzymkowym szlagierze „Boża miłość jak rzeka”. Kto choć raz był na pielgrzymce, zapamiętał tę piosenkę na całe życie. Może nie jest to teologia najwyższych lotów, ale takie właśnie jest doświadczenie Edyty. – Miłość Boża jest nieskończona. On ciągle, nieustannie mnie kocha. To nie jest tak, że teraz przeszedł mi lęk, lecz miłość Boża sprawia, że zupełnie zmieniło się moje myślenie – dodaje.

7 grzechów głównych? Polecam!

Są małżeństwem 25 lat. Od zawsze wychodzili z założenia, że jeśli coś między nimi się psuje, to trzeba o tym rozmawiać, a nie spisywać małżeństwo na straty. Pomagało im też to, że od zawsze starali się żyć w jedności i przyjaźni między sobą. Ale gdy 4 lata temu zaprosili do siebie Pana Boga, ich związek nabrał nowej jakości. – Kiedy słyszymy, ile małżeństw się rozpada, i to po wielu latach wspólnego życia, to też nie wiemy, jak byśmy dalej wytrwali bez Pana Boga. Małżeństwo jest dla nas drogą do Niego, przez nie się uświęcamy, dlatego czujemy się za siebie odpowiedzialni – mówi Irek. – Bardzo pomaga nam wspólna modlitwa. Wcześniej nigdy nie było tej osobistej, a co dopiero małżeńskiej. Ona jest nam bardzo potrzebna i pomocna. Pomimo różnych trudnych sytuacji w końcu potrafimy ze sobą rozmawiać bez trzaskania drzwiami. Jesteśmy w tym dojrzalsi i to jest niewątpliwie zasługa Pana Boga – dodaje Edyta. We wspólnotowych grupach dzielenia nauczyli się mówić o swoich trudnościach i przeżyciach w świetle słowa Bożego, a to doświadczenie przekładają na swoje codzienne życie w rodzinie. – Nie uciekamy tylko do tych dobrych rzeczy, potrafimy rozmawiać o trudnościach również z naszymi dziećmi. Kiedyś dla świętego spokoju tego nie robiliśmy. Rozmawiamy ze sobą o swoich odczuciach i przeżyciach, nie tłumimy ich w sobie – mówi Edyta. Po wejściu do wspólnoty zakochała się w Piśmie Świętym, które wcześniej leżało jedynie na półce i nigdy do niego nie sięgała. Natomiast Irek od zakończenia szkoły nie sięgnął do żadnej książki, dopiero po nawróceniu zaczął czytać książki religijne, które nie tylko pozwalają mu się zaprzyjaźniać z Panem Bogiem, ale też pokazują mu prawdę o nim samym. Jedna z nich, „Mojżesz. Jak nie uciekać od odpowiedzialności”, wydaje się idealna dla nich, od roku bowiem są odpowiedzialni za pieszycką wspólnotę Przyjaciół Oblubieńca. Ale Irek szczególnie poleca inną książkę, o 7 grzechach głównych. Odkrywa w niej siebie i wcale nie wstydzi się mówić o sobie tego, co dziś jest mało popularne. – Odkrywam swoje słabości i swoją grzeszność. Nigdy nie wiedziałem, że tkwi to we mnie w środku. Myślałem, że byłem dobrym człowiekiem. Byłem przekonany, że jeśli coś robię dobrze, to mogę komuś doradzić i pokierować go, żeby też tak robił – mówi Irek. Odkrywanie prawdy o sobie bywa bolesne, ale dzięki wspólnocie poznają Boga, który nie jest wyłącznie sprawiedliwym sędzią, ale przede wszystkim przyjacielem. I tej przyjacielskiej relacji uczą się w stosunku do Niego i siebie nawzajem. – Nasze nawrócenie zaczęło się od pielgrzymki i nasze życie we wspólnocie możemy porównać do pielgrzymki. Są trudności, jest cierpienie, ale za chwilę wychodzi słońce. Spotykamy ludzi, którzy przechodzą bardzo różne trudne sytuacje, ale jesteśmy razem, żeby się wspierać i sobie pomagać. To jest piękne wspólne kroczenie z Panem Bogiem, pomimo trudności i upadków – dodaje Edyta.•