Miejsce, z którego widać niebo 

Kamil Gąszowski

|

Gość Świdnicki 12/2021

publikacja 25.03.2021 00:00

Czesława przez wiele lat żywiła w sercu niewypowiedzianą wdzięczność. Jednak niewyrażona, jakby uśpiona, na niewiele się zdała. Teraz już wie, że wypowiedziana wdzięczność czyni cuda i jest początkiem nawrócenia.

– Wiara nie przeszkadza mi w realizacji mojej pasji, ona wręcz pomaga – mówi Czesława Greś, która na scenie jest w swoim żywiole. – Wiara nie przeszkadza mi w realizacji mojej pasji, ona wręcz pomaga – mówi Czesława Greś, która na scenie jest w swoim żywiole.
Kamil Gąszowski /Foto Gość

Od zawsze pragnęła być aktorką. Była zakochana w teatrze, ale jej pierwszą miłością był narzeczony, a on postawił sprawę jasno: albo on, albo teatr. Małżeństwem są już 43 lata i ani razu nie żałowała swojej decyzji.

Do teatru i tak w końcu trafiła, amatorskiego co prawda, ale amator to ten, który kocha. A ona kocha nie tylko swojego męża i teatr, kocha przede wszystkim Boga, który stanął na jej drodze i objawił się jako największa Miłość.

Przez Maryję do Jezusa

Czesława widzi, że wszystko w jej życiu miało jakiś sens. Wszystko prowadziło do tego miejsca, w którym jest teraz, a jest to miejsce, z którego widać niebo. Również cierpienie i ból miały swój sens, z dzisiejszej perspektywy największy i najcenniejszy.

Nie zawsze tak było. Pochłonięta życiem i pracą przez 30 lat nie potrafiła znaleźć czasu, aby podziękować Maryi za dar życia swojej córki. Jest przekonana o Jej pomocy, bo chociaż poród zapowiadał się bez komplikacji, położna pomiędzy kolejnymi skurczami przestała wyczuwać tętno dziecka. Mimo że na sali były tylko kobiety i Czesława dobrze o tym wiedziała, usłyszała męski głos: „Oddaj mi ją”. Zaczęła modlić się do Maryi tak, jak umiała. Po dłuższej chwili usłyszała płacz dziecka. Dopiero później, gdy za radą mamy pobłogosławiła znakiem krzyża swoje dziecko, dostrzegła na szyi sine pręgi po pępowinie i zrozumiała, że jej córka mogła porodu nie przeżyć. Przeżyła, a Czesława wiedziała, Komu to zawdzięcza.

– Przez kolejne 30 lat byłam poza Kościołem. Sama się wykluczyłam. Nie modliłam się, jeśli byłam na Mszy św., to nie przystępowałam do Komunii, rzadko się spowiadałam, ale w moim sercu była ukryta wdzięczność wobec Maryi. Obowiązki życiowe, praca za granicą, opieka nad mamą nie pozwoliły mi nigdy iść na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę i oddać się modlitwie – opowiada. Ale w końcu przyszedł taki czas, że pomimo kolejnych piętrzących się trudności spakowała namiot, śpiwór i wyruszyła w drogę, na którą Bóg od tak dawną ją zapraszał. – W czasie pielgrzymki nawróciłam się, moje życie się odmieniło. Wiem, że jestem dzieckiem Bożym. Teraz, przyjmując Komunię, otrzymuję zapewnienie o Jego miłości. Jestem Bogu wdzięczna, że mnie nawrócił. Zostałam z powrotem pociągnięta do Boga przez Maryję, która wyprasza mi wszystkie łaski. Ona też prowadzi mnie pod sam krzyż – dodaje.

Osobista droga krzyżowa

Jak pory roku nadają rytm życiu przyrody, jak okresy liturgiczne określają rytm życia Kościoła – tak członkowie Alchemii teatralnej, działającej przy Świdnickim Ośrodku Kultury, mają określony cykl. Ich życie rozkwita późnym latem, nabiera tempa jesienią, a naprawdę gorąco robi się tuż przed premierą, najczęściej w połowie grudnia. Dorośli, ustatkowani ludzie często resztki swojego wolnego czasu poświęcają pasji. Szaleńcze tempo pracy na próbach jest wynagradzane pełną widownią podczas każdego przedstawienia.

Czesława od kilkunastu lat uczestniczy w tym teatralnym życiu, a do udziału w castingu zachęcił ją… mąż. Jednak w 2015 r. ten rytm został brutalnie przerwany. Na tydzień przed premierą spektaklu, w którym miała grać główną rolę, miała wypadek. Była wtedy nauczycielką wychowania fizycznego w szkole podstawowej oraz wychowawczynią klasy. Kiedy zauważyła, że w jej klasie jedno z dzieci jest odrzucone przez inne i żadne jej działania nie przynosiły skutku, na lekcji wychowawczej poprosiła uczniów o powstanie i razem pomodlili się w tej intencji. To była jej ostatnia deska ratunku. – Byłam bezsilna, poprosiłam Boga o pomoc, ale nie w ciszy. Chciałam, żeby dzieci zobaczyły, że to jest nasz wspólny problem, jak w rodzinie. Walczyłam tylko o to, żeby te niesnaski ustały – wspomina.

Trudno się dziwić, że tak odważna postawa spotkała się z brakiem zrozumienia. Kilka dni później w trakcie lekcji została poproszona na korytarz i odbyła bardzo nieprzyjemną rozmowę. – Miałam przekonanie, że to, co mówi ta osoba, nie pochodzi od Boga. Popatrzyłam na nią i powiedziałam: „Od wiary nie odejdę, dzieci i rodziców kocham”. To znaczyło, że nie wyrzeknę się Boga, a najwyższą wartością dla mnie jako wychowawcy była miłość do tych dzieci i ich rodziców. Jestem przekonana, że to wszystko było powiedziane pod natchnieniem Ducha. Kiedy to powiedziałam, Boży pokój wstąpił w moje serce – mówi. Teraz dostrzega, że będąc uczniem Chrystusa i przyznając się publicznie do swojej wiary, została przez Niego zaproszona do przyjęcia krzyża – upokorzenia i fizycznego cierpienia. – Nic nie mówiąc, w stanie błogiego pokoju wracałam na lekcję. Spieszyłam się i nie zauważyłam schodów. Całym rozpędem runęłam w dół, uderzyłam głową o drzwi. Straciłam przytomność, zostałam zabrana do szpitala. Skończyło się wstrząsem mózgu, złamanym nosem, zmiażdżonym nadgarstkiem, blizną na czole – mówi.

Przez dwa miesiące leżała przykuta do łóżka, powrót do zdrowia zajął cały rok. Jako rehabilitant z zawodu wie, że cudem uniknęła śmierci albo wózka inwalidzkiego. – Nie żałuję tego wypadku i ani jednego dnia mojego cierpienia. Cierpieć dla Jezusa i z Jezusem to była jedyna dobra rzecz, która mi się w życiu przydarzyła – mówi. Oprócz lekkich dolegliwości, które od tego momentu odczuwa, wszystko z jej głową jest w porządku. To, co mówi, wypływa z serca, w którym, jak ciągle wspomina, nosi niebo. – Od wypadku doświadczam szumów w głowie, ale to nie przeszkadza mi żyć. Nie przeszkadza mi być żoną, matką, babcią, aktorką. Gram na scenie, śmieję się, jestem wesoła i uśmiechnięta – dodaje.

Bez maski przed Bogiem

Światła na widowni już przygasły, kurtyna za chwilę pójdzie w górę. Chociaż Czesława od dawna zna swoją rolę na pamięć, to i tak w tym momencie napięcie sięga zenitu. Od 13 lat przed każdą premierą jest dokładnie tak samo, ale Czesława nie zamieniłaby tego na nic innego na świecie. Gra w teatrze nie jest dla niej sposobem na udawanie kogoś innego. Jest innym sposobem wyrażania siebie, swoich emocji i uczuć. – Dla męża zrezygnowałam ze zdawania do szkoły teatralnej, a Bóg po tylu latach spełnia moje dziecięce marzenia – mówi. – To daje mi dużo radości. Być może mogłam zostać zawodową aktorką, teraz jestem tylko amatorem, ale to mi wystarcza. Kiedy wchodzę na scenę, zapominam o wszystkim. Zatapiam się w rolę i gram dla widza. On przyszedł po to, żeby zobaczyć wartościową sztukę, i chcę, żeby ta sztuka zapadła mu w serce – dodaje.

A sztuki, które wystawiają, są na zadziwiająco wysokim poziomie. Począwszy od reżyserii, którą zajmują się profesjonaliści, po grę aktorską amatorów, których widzowie czasem mylą z zawodowcami. Czesława często dostaje role nieoczywiste: gra kobiety zalotne, pełne temperamentu. Ktoś mógłby powiedzieć nawet, że to nie przystoi pobożnej i wierzącej osobie. Ona widzi to inaczej. – Bóg jest cały czas w moim sercu. Przed Bogiem ściągam maskę, a zakładam ją, kiedy wychodzę na scenę. Ten strój, fryzura, charakteryzacja to maska, która pozwala mi lepiej zagrać daną postać. Jestem pełna radości i werwy, więc dostaję takie role i nie przeszkadza mi to – tłumaczy i przekonuje, że jeśli we wszystko, co robi, angażuje się na sto procent, na pewno to się Bogu podoba. – Wszystko można robić na chwałę Boga, nie tylko modlić się cały dzień. Bóg mówi również przez sztukę, przez rzeczy piękne. To też jest rozmowa z Bogiem. Każda sztuka niesie za sobą jakieś przesłanie. Tym przesłaniem może być piękno, jakie ludziom daję – mówi.

W ramionach kochającego Ojca

Czesława wiele zawdzięcza św. Józefowi, ale jeszcze więcej mógłby o tym opowiedzieć jej mąż. Mógłby, gdyby tylko chciał, ale jak zauważa Czesława, jest coś, co upodabnia go do św. Józefa – obaj raczej nie są gadatliwi. Dlatego ona woli mówić o swoim doświadczeniu wiary, która pozwala jej w każdym wydarzeniu życia widzieć palec Boży. – Zrozumiałam, że wszystko pochodzi od Boga. Nawet zło było po to, żebym jako grzesznik nawróciła się i zobaczyła swoją nędzę. Gdybym nie żyła wiarą, gdyby nie było mojego nawrócenia, a potem zawierzenia Bogu, tobym tego nie wytrzymała. Wiem, że jeżeli moje życie zostało przedłużone, to na pewno wyprosił to św. Józef – mówi Czesława. Od początku istnienia Bractwa św. Józefa w Świdnicy jest jego członkiem, a od 6 lat pełni funkcję wiceprezesa. Codziennie modli się o dobrą śmierć, a skoro cudem jej uniknęła, tym bardziej czuje przynaglenie, aby wszystko, co robi, doprowadziło ją i jej rodzinę do nieba. – Bóg dał mi odczuć, że jestem Jego najukochańszym dzieckiem. Czy najukochańsze dziecko wyprze się krzyża? Czy najukochańsze dziecko nie będzie chwalić Ojca i nie będzie prosić Go o wszystko? Chcę swoim życiem świadczyć o Bogu, bo otrzymałam najwyższe dobro, to znaczy zbawienie. Ostatnio na kazaniu słyszałam takie słowa, że do nieba idzie się przez ziemię – mówi, ale i wie, bo sama tego doświadczyła, że niebo jeszcze lepiej widać z perspektywy krzyża. •