Osobista lista przebojów

Kamil Gąszowski

|

Gość Świdnicki 25/2021

publikacja 24.06.2021 00:00

Okazuje się, że historię Bartka, którego dosłownie można nazwać człowiekiem orkiestrą, najlepiej opowiedzieć muzyką. Proszę zatem wygodnie zasiąść w fotelu i nie regulować odbiorników.

	Na ścianie zawiesił sobie tablicę rejestracyjną, którą zwiniętą w rulon znalazł po wypadku. Ma mu ona przypominać: „Bądź mądry, a nie głupi”. Na ścianie zawiesił sobie tablicę rejestracyjną, którą zwiniętą w rulon znalazł po wypadku. Ma mu ona przypominać: „Bądź mądry, a nie głupi”.
Kamil Gąszowski /Foto Gość

Bartek ma 25 lat. Być może powagi jego osobie dodałoby stwierdzenie, że przeżył ćwierć wieku. To zdecydowanie brzmi poważniej. Choć jest artystyczną duszą o wielu talentach muzycznych i aktorskich, choć uważa, że kierować należy się przede wszystkim sercem i intuicją, jego pragnieniem jest zostać świętym.

Mądrości i dojrzałości nie liczy się bowiem krzyżykami na karku, ale gotowością dźwigania swojego krzyża, a tych Bartek w swoim życiu kilku już doświadczył.

Święty wcale nie oznacza świetny, a tym bardziej grzeczny. Bartek jako dziecko, a nawet i później, nie należał do najgrzeczniejszych, nieraz zdarzyło mu się zrobić naprawdę głupie rzeczy. Był łobuzem i ma nawet na to swoją teorię. – Dużo rozrabiałem, ale wychodzę z założenia, że trzeba parę szyb w życiu rozbić, żeby stać się mężczyzną – uważa Bartek i dodaje: – Trzeba być świętym! To jest jedno z moich pragnień. Do nieba chcę wejść z butami. Taki mam temperament. Święty oznacza „inny”. To ktoś, kto działa nielogicznie w oczach świata. Trzeba być innym, trzeba być szalonym, „pomylonym”.

Chcę być „pomylony”

Miało go nie być w ogóle. Taki był plan albo brak planu jego rodziców. Mieli już syna i córkę, więc kiedy jego mama po 10 latach znowu zaszła w ciążę, była tym tak zaskoczona, że myślała, że… ma raka. – Często słyszałem, że jestem wypadkiem przy pracy. Teraz rozumiem, że w tych słowach nie było złych intencji, że były wypowiedziane pół żartem, pół serio. Miało nie być więcej dzieci, ale jestem. Dzisiaj pomału dostrzegam, po co jestem – mówi.

Na świecie pojawił się nieplanowany, ale Bartek wie, że jest Ktoś, kto chciał, żeby się urodził. Zgodnie z biblijną tradycją przywiązuje dużą wagę do znaczenia imion. Jego pierwsze imię, tożsame z biblijnym „Natanael”, oznacza „Bóg dał”. Z jego drugim imieniem związana jest anegdotka, może nie tyle zabawna, co dosyć znacząca. Jego tato po prostu się pomylił i zamiast Dominik nadał synowi na drugie imię Damian. – Damian oznacza „uzdrowiciel”. Odkrywam teraz, że moją rolą jest uzdrawianie relacji rodzinnych. Wiem, że rodzice mnie kochają, ale na pewno borykali się z własnymi trudnościami. Nie chodzi o to, że mam kogoś zbawić. Mam być sobą, stawać w prawdzie i spełniać wolę Boga – to uzdrowi moją rodzinę – uważa Bartek, mając na myśli również rodzeństwo. Dla każdego z nich też możnaby ułożyć ich własną listę przebojów, może nawet o dużo cięższym brzmieniu.

O dzieciństwie i młodości Bartka można śmiało powiedzieć, że jest pasmem pomyłek, może dlatego bardzo odnajduje się w tekście Tadeusza Nowaka śpiewanym przez Mariana Opanię: „Chcę być pomylony, pomyleni wiedzą, gdzie jest Bóg/ (…) pomyleni nie boją się ludzi/ (…) Pomyleni to są świeccy święci/ (…) Pomyleni przychodzą do Boga/ Pomyleni odchodzą do Boga”. Bo i tak się zdarzyło w życiu Bartka. Choć od dzieciństwa był blisko Kościoła i miał szczęście do duszpasterzy – szczególny wpływ miał na niego ks. Paweł Antosiak – jednak przez niefortunną pomyłkę i niesprawiedliwe potraktowanie przez jednego z księży jego drogi z Kościołem zaczęły się rozchodzić.

List do M.

Od zespołu Dżem zaczęła się miłość Bartka do harmonijki. Za wokalistę tego zespołu ofiarował nawet kiedyś odpust zupełny. – Przyśnił mi się potem i podziękował. Może sobie to wkręciłem, a może mam teraz fajnego świętego patrona – uśmiecha się Bartek.

W odróżnieniu od Ryszarda Riedla nigdy nie wyobrażał sobie, że Boga może nie być. Nawet wtedy, gdy na pewien czas poszedł swoją drogą. Ale podobnie jak wokalista Dżemu w pewnym momencie swojego życia poczuł się osamotniony. W parafii, która była dla niego drugim domem, czuł się coraz bardziej obco. – Zawsze mi tłumaczono, że w byciu w Kościele nie chodzi o księży, ale o Pana Boga. On mnie nigdy nie zostawi – mówi Bartek. – Musiałem wtedy odszukać siebie w tym wszystkim. Bóg mówi: „Szukaj Mnie!”. Trzeba nauczyć się samodzielności w wierze. Nagle stanąłem na pustyni i mogłem gadać tylko z Nim. Bardzo lubię ten stan, kiedy jesteśmy tylko On i ja – dodaje.

Zanim to się stało, Bartek również napisał list, a właściwie dwa. Mając 17 lat, wraz z grupą młodzieży z Kotliny Kłodzkiej pojechał na rekolekcje dotyczące uzdrowienia relacji rodzinnych. Po serii konferencji i spowiedzi generalnej każdy z uczestników pisał listy do swoich rodziców, w których mógł szczerze opowiedzieć o zranieniach, smutkach i radościach, ale przede wszystkim mógł wyrazić miłość i przebaczenie. Plan był taki, że listy zostaną spalone, jednak księża prowadzący rekolekcje po ich przeczytaniu i przemodleniu sprawy uznali, że należy je opublikować. Tak powstała książka „Rozpalić serca”, w której młodzież występuje anonimowo. Jej lektura jest poruszająca.

Dla Bartka to był bardzo ważny moment w życiu. – Mama przeczytała ten list i nie było to dla niej łatwe. Tam jest prawda o tym, co mnie wtedy bolało, ale pewnych rzeczy nie rozumiałem. Nie było w tych listach oskarżenia, bo najważniejsze są ostatnie zdania, w których piszę, że kocham i przebaczam. Tato jeszcze nie czytał, ale jestem pewien, że to zrobi. A może powinienem napisać do niego nowy list? Jestem teraz starszy, mam inne doświadczenia – zastanawia się Bartek. – Relacja z tatą nie była łatwa. Był obok, często nie miał czasu dla mnie. Ja jestem artystą, a tato to taka złota rączka. Często mówił, że się do niczego nie nadaję. Jestem pewny, że nie miał złych intencji i nie zdawał sobie sprawy, co do mnie mówi. Być może rodzice chcieli, żebym był kimś innym. Mówili, że skakanie po scenie i wygłupianie się to nie jest praca, a przecież praca aktora polega na fizyczności, tym bardziej że Pan Bóg tak to poukładał, że na tym zarabiam. Ten list to był fundament. Przebaczyłem swoim rodzicom, a teraz zaczyna się czas pojednania. To jest trudny czas oczyszczenia, ale jestem bardzo spokojny i mam w sercu pokój – dodaje.

Bóg

Niektórzy księża mówili mu, że to nie wypada, ale Bartek twardo stoi przy swoim. Jeżeli odkrył, że Bóg jest dla niego przyjacielem i rozmawia z Nim jak z kolegą, to i swojsko mówi o nim – Panbócek. – Podoba mi się to określenie. To jest mój Kolega, jest między nami przyjaźń. Myślę, że On sobie nic z tego nie robi, że powiem pieszczotliwie – mówi o swojej relacji z Bogiem, a na myśl przychodzą słowa śpiewane z tęsknotą przez Muńka Staszczyka z zespołu T.Love: „Tak bardzo chciałbym zostać kumplem Twym”. Dla niektórych może to brzmieć niedojrzale, ale Bartek wie, że przyjaźń zobowiązuje. – On jest mocny i potężny, ale też cichy i pokorny sercem. On ze swoim krzyżem poszedł na Golgotę i dał się ukrzyżować. Też mam być taki. Mam wziąć swój krzyż i iść za Nim. Mam wziąć wszystkie swoje słabości, wszystko, co jest złe w moim życiu, i dać się ukrzyżować. To mnie stawia w prawdzie – jestem słaby, ale mam mocnego Boga – tłumaczy Bartek.

Właśnie z takiej relacji do Pana Boga, który usprawiedliwia największe grzechy, Bartek bierze odwagę, aby stawać w prawdzie. Czasem jest ona bardzo nieprzyjemna, a nierzadko wstydliwa, ale wierny słowom Ewangelii, że prawda wyzwala, Bartek nie ma zamiaru ukrywać także tych mrocznych kart swojego życia.

Rozpędzony

Właściwie wszystko zaczęło się od Wigilii. – Była wspólna modlitwa, czytanie Pisma Świetego, a potem podsumowałem cały rok. Wyciągnąłem na wierzch wiele naszych problemów. Chciałem, żeby to był prawdziwy czas przebaczenia, bo jeśli Bóg się rodzi, to niech naprawdę narodzi się w naszym domu. Nikt nie zaprotestował, więc skoro pozwoliliśmy robić Bogu porządki, to zaczął ode mnie, bo ja byłem prowodyrem – opowiada. Rok wcześniej oświadczył się dziewczynie, z którą znał się już ponad trzy lata. – Zacząłem planować sobie życie po swojemu. Grałem w teatrze, jeździłem na koncerty, co tydzień potrafiłem kursować do Amsterdamu, gdzie mieszkała moja narzeczona. Nie ma co ukrywać, że nasz związek był zbudowany na złym fundamencie – tłumaczy. W pewnym momencie coś zaczęło między nimi szwankować. Kiedy po dłuższej przerwie spotkali się ponownie, Bartek chciał od niej dowiedzieć się tylko jednego: kocha czy nie kocha? Nie potrafiła mu na to odpowiedzieć, a na dodatek zaczęła wzbudzać w nim uczucie zazdrości. A że byli akurat na dyskotece, Bartek swoje smutki utopił w alkoholu. Ocknął się, gdy wychodził z samochodu. Licznik zatrzymał się na 140 km/h.

Choć z auta nie było co zbierać, Bartek z wypadku wyszedł cało. Nie uszkodziły sie też instrumenty. To jest jego prywatne zmartwychwstanie. – Po wypadku miałem świadomość, że mam coś do zrobienia i muszę to jak najszybciej odkryć, bo już za dużo czasu zmarnowałem. Nie byłem tym, kim powinienem być. Byłem nieodpowiedzialny, to znaczy nie „odpowiadałem” na to, kim jestem. Panbócek chwycił mnie w ostatnim momencie. Właściwie o ten wypadek modliłem się pół roku wcześniej: „Zrób coś ze mną, żebym stanął w prawdzie, żebym był na właściwym miejscu” – mówi Bartek. Dopiero po wypadku natknął się na piosenkę Arki Noego „Stróż”. Przyznaje, że jego Anioł Stróż ma pełne ręce roboty, i jest pewien, że nie chce znów dachować.

Zapalcie ogień

– Bóg nas stworzył do kochania. Jeśli ktoś zapytałby mnie, jaka jest recepta na życie, odpowiem: kochaj! Nie ma nic więcej. To jest wyzwanie, ale do tego jesteśmy stworzeni. Nawet w najtrudniejszych sytuacjach mamy kochać. Kocham moją rodzinę ze wszystkim jej ciemnościami – podkreśla Bartek. Dlatego na koniec nie może zabraknąć autorskiego kawałka Bartka: „Skąpani w deszczu ognia, ognia wolności, palimy zło”. Bartek w życiu doświadczył zła i sam był jego przyczyną, ale dobrze też wie, że jedynym ratunkiem jest Boża miłość. – Bóg zawsze kocha, tylko muszę w to uwierzyć. To nie jest kwestia uczuć, ale sposobu myślenia. Jeśli jesteś na samym dnie, to tylko On ci zostaje – przekonuje. – Mój wypadek to jest brzemię. Mogę się tego wstydzić, ale mogę też budować na tym. Wierzę, że ile razy upadam, tyle raz jestem mocniejszy. To, co Panbócek teraz robi, jest niewiarygodne. Ja bym tego sam po ludzku nie dźwignął, a On stawia mnie, gościa z wyrokiem, przed młodzieżą przygotowującą się do bierzmowania, abym dał im świadectwo – dodaje Bartek, w którego sercu ogień Bożej miłości płonie żarliwie i oświetla swoich blaskiem całą jego historię.