• facebook
  • rss
  • Nie zepnę się liną z byle kim

    ks. Roman Tomaszczuk

    |

    Gość Świdnicki 28/2015

    dodane 09.07.2015 00:00

    Idą tam, żeby uczyć się pokory i smakować prawdziwą przyjaźń.

    Spotkali się we wrocławskim seminarium. Wojtek Iwanicki, Arek Raczyński i Grzesiek Kwiatkowski – zakochani w Panu Bogu i w górach. Gdy przeszli do Świdnicy, bo powstała diecezja, dołączył do nich Tomek Krupnik.

    Korony do zdobycia

    Wszystkie kleryckie wakacje spędzali w górach. Rok za rokiem zdobywali kolejne szczyty Korony Gór Polski (jest ich 28). Dojrzewali nie tylko do święceń, ale i do coraz ambitniejszych wypraw. – Mam schodzone Bałkany – opowiada ks. Wojtek, i to on będzie przewodnikiem po księżowskiej przygodzie wspinaczkowej. – Zaczęliśmy nową kolekcję, tym razem Koronę Gór Europy. Na razie od 2008 r. na mojej liście jest odhaczonych 12 wypraw. Zostało jeszcze... 35 – uśmiecha się, ale z bólem, bo leczy rany po ostatniej wyprawie. Na Mont Blanc.

    Wszystkie palce

    – Adam Bielecki, himalaista, powiedział kiedyś, że żadna góra nie jest warta nawet jednego odmrożonego palca – mówi ks. Wojtek, kiedy zaczyna opowiadać o wyprawie na Mont Blanc, z której wrócił 20 czerwca, i o tej, w której uczestniczy od 9 do 20 lipca – na Elbrus. – Dlatego mimo ogromnego pragnienia wejścia na szczyt nie rezygnujemy ze zdrowego rozsądku – mówi w liczbie mnogiej, bo na najwyższy szczyt Europy wchodził z ks. Tomkiem Krupnikiem, a Elbrus zdobywają w towarzystwie wypróbowanych przyjaciół z Poznania. – Mont Blanc nas pokonał. Na wysokości 4300 przy wietrze 90 km na godzinę i temperaturze minus 8 (odczuwalna to minus 20) decydowaliśmy: iść czy zawracać? Ostatecznym argumentem za odwrotem było to, że przed nami były jakieś cztery godziny marszu (tak! tak! 500 m do szczytu i cztery godziny!), a my nie mieliśmy już ciepłych napojów – przyznaje.

    Pod osłoną nocy

    Kluczową kwestią jest aklimatyzacja. Powyżej 3000 metrów organizm człowieka z nizin zaczyna fiksować. Objawy są różne i z różnym natężeniem występują, to sprawa indywidualna: wymioty, bóle głowy, zawroty, majaki, obrzęk mózgu – głównie to oraz wszystkie ich kombinacje. – Trzeba więc wchodzić stopniowo, sprawdzając, jak reagujesz na kolejne 100 metrów wyżej. Mont Blanc zdobywa się tak: 3200 pierwszy obóz, potem 3800. Organizm ma czas na przyzwyczajenie się do zmienionych warunków atmosferycznych: przede wszystkim ciśnienia i zawartości tlenu w powietrzu. Stąd, w nocy, wyrusza się na szczyt. Krok za krokiem, czy raczej kroczek za kroczkiem, powoli i miarowo, ale w nieustannym ruchu, żeby nie przemroził wiatr. 18 czerwca wyszła nas ze czterdziestka. Na szczyt wszedł co czwarty. Nam się nie udało.

    Bliżej mamy

    Każda wyprawa jest próbą dla ciała i dla ambicji. Dla zdrowego rozsądku i hierarchii ważności spraw. Każda jest mocną szkołą, bo pokazuje prawdę o człowieku. – Cenię sobie ludzi, z którymi wyruszam – mówi ks. Wojtek. – Nie zepnę się liną z byle kim – przyznaje. – Góry to śmiertelnie poważny przeciwnik, dlatego wobec ich potęgi trzeba być ubezpieczanym przez kogoś, komu się bardzo ufa – wyjaśnia. Może dlatego chce się tam wracać? Bo jest się autentycznym. Bez udawania, bez masek, bez zadęcia, bez całego stelażu konwenansów – naturalnym, bo tylko taki ma szansę zmierzyć się z wyzwaniem. – Góry to piękno i potęga, to świat, gdzie Bóg jest na wyciągnięcie ręki. Ładnie mówił o tym papież: „Wobec piękna gór czuję, że On jest, i dlatego zaczynam się modlić” (słowa te wyryte są w kamieniu na Mogielicy w Beskidzie Wyspowym) – mówi ks. Wojtek. – I jeszcze jedno, w górach jestem bliżej mamy – dorzuca, wspominając nieżyjącą rodzicielkę.

    «« | « | 1 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół