Nowy numer 48/2020 Archiwum

Sponiewierani

Świadectwo. Szukali cudu. Znaleźli, ale nie tak, jak to sobie zaplanowali.

Rachunek zawodzi

Ich intencja była jedną z 4270, jakie zostały wtedy złożone. Pisali ją z sercami walącymi jak młoty, z oczami pełnymi łez. Prosili o pomoc, o wysłuchanie, o życie dla ich dziecka. O cud. Na początku modlitwy paulin zapowiedział, że z powodu ilości kartek symbolicznie przeczyta tylko dwie czy trzy. Wśród tych wyjętych z całej sterty była ta od Szczepańskich. – I tak stał się pierwszy cud. Bóg wziął się za nas. Oniemieliśmy z wrażenia. Nagle stanęliśmy wobec całej swojej nędzy: kalkulacji, magicznego myślenia, upartego trwania przy swoim scenariuszu. Po raz pierwszy Bóg nas sponiewierał – po swojemu. Pokazał nam nasze żałosne kombinacje, a zaraz potem przekonał: nie jesteście sami! – wspominają. To Szczepańskich „sponiewierał” miało od tego dnia oznaczać wielkie Boże: Hallo! Jestem tu! Proszę wziąć to pod uwagę! – i od tamtej chwili wydarza się wciąż.

– Kiedy wracaliśmy do domu, myśleliśmy tylko o tym, żeby jak najszybciej zrobić USG, żeby usłyszeć upragnione zdumienie w głosie lekarza oznajmiającego: tu nic nie ma! – mówi Krzysiek. – Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Bo działo się o wiele więcej! Dopiero z czasem dowiedzieli się, że Maryja w znaku Cudownego Jasnogórskiego Obrazu jest także nazywana Królową Nawróceń. Dopiero z czasem przekonali się, że wtedy w Częstochowie weszli na drogę prawdziwego życia. Wbrew wszelkim oczekiwaniom, planom i scenariuszom. Nie o to im przecież chodziło. Prosili o cud – otrzymali więcej.

Krok za krokiem

Kredyt na dom dławił ich i odbierał spokojny sen. Jakby dla oderwania od problemów finansowych przyszedł temat Medjugorie. – Nie miałem pojęcia, co to jest – opowiada Krzysiek. – Gdy poczytałem, że tam objawia się Matka Boska, pomyślałem, że to jakiś żart. W XXI wieku? Takie rzeczy… niemożliwe – kwituje. Jednak Maryja upominała się o swoje. – Pewnego dnia, na zakończenie dziewięciodniowej nowenny, gdy padło ostatnie „amen”, spadła z kominka książeczka, którą zostawiłem tam kilka tygodni wcześniej. Gdy ją podniosłem, spojrzałem w twarz Królowej Pokoju, na zdjęciu, i już nie miałem wątpliwości. Wiem, że brzmi to podejrzanie. Nawet nie bardzo opowiadam o tych wszystkich zdarzeniach, żeby ludzie nie myśleli o mnie jak o nawiedzonym. Ale co poradzę, że tak się dzieje? – uśmiecha się. Rodziny jednak nie było stać na wyjazd do Bośni-Hercegowiny. – Przez budowę domu spłukaliśmy się do cna – opowiadają. – My nie mieliśmy, ale mamy bogatego Ojca. Przekonaliśmy się o tym pewnego dnia, gdy zapukała do nas sąsiadka i przyniosła pieniądze zebrane wśród parafian. Najpierw nie chcieliśmy przyjąć, bo w parafii jest chłopiec bardziej potrzebujący niż Radziu, ale po naleganiach i zapewnieniach, że on także otrzymał pomoc, zgodziliśmy się. I tak mogliśmy wybrać się do Medjugorie.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama