Nowy numer 43/2020 Archiwum

Doszli czy nie?

Pielgrzymka. Czasami wszystko wydaje się zupełnie jasne, aż do czasu, gdy Bóg da znać, że tym razem będzie inaczej.

Kiedy 9 sierpnia w Kaplicy Cudownego Obrazu na Jasnej Górze ks. Romuald Brudnowski, główny przewodnik pielgrzymki, meldował bp. Ignacemu Decowi: Jesteśmy! – nie usłyszeli tego wszyscy, którzy by chcieli.

Opuść swój dom, idź!

Tomasz. – Idę na pielgrzymkę – rzucił jakby mimochodem do Roberta, swojego przyjaciela, po zakończonym meczu w ping-ponga. Gdyby to hasło padło dwa lata temu, Robert dostałby ataku histerycznego śmiechu, ale zdarzyło się teraz, więc słowa przyjaciela nie zrobiły na nim większego wrażenia. – Jeśli nie on, to kto? Jeśli nie teraz, to kiedy? – pomyślał i słuchał cierpliwie, co to trzeba wziąć ze sobą na dziesięciodniowy marsz na Jasną Górę: namiot, śpiwór, dziesięć zmian bielizny, dobre buty, płaszcz przeciwdeszczowy – wyobrażasz sobie, że w całej okolicy ludzie wykupili już te foliaki?

– No proszę, jakie odkrycie! – No i buty, pani doradzała mi takie z amortyzującą podeszwą, ale znajomy ksiądz (podobno przeszedł w życiu na pielgrzymkach 4750 km) przekonuje, że buty nie mogą być nowe, a najlepsze są sandały… wyobrażasz sobie mnie w sandałach? – Nie, nie wyobrażam… Czesława. Od zawsze marzyła o pielgrzymce. Ale najpierw się po prostu nie chodziło, bo komuna utrudniała, potem trzeba było zajmować się dziećmi, a ostatnio schorowaną mamą. Kiedy jednak mama odeszła do wieczności, właściwie nic już nie stało na przeszkodzie, żeby wreszcie dopiąć swego. Pierwszy raz ruszyła w świętą drogę cztery lata temu. Ale zanim postawiła pierwsze kroki na pątniczej drodze, musiała zmierzyć się z pokusami. – No właśnie, wtedy gdy droga stała otworem, pojawiły się przeciwności – wspomina. – Najpierw prawie złamany palec u nogi. – Nic to, idę! Potem przenikliwy ból barku: – Idę! W końcu propozycja pracy sezonowej w Niemczech: Idę! – ucinała. Tak było cztery lata temu. W tym roku przygotowanie to kwestia wyjęcia z właściwej półki gotowego ekwipunku. – Bo ja co roku wracam, piorę, prasuję i odkładam na właściwe miejsce, miejsce tylko dla rzeczy pielgrzymkowych. I co roku coś tam dorzucam: a to przewiewne spodnie, a to koszulkę oddychającą, a to latarkę – dopowiada. Ks. Maciej. Gdy wszedł na początku lipca do swego kościoła, zapatrzył się na obraz Częstochowskiej Pani, taki zwyczajny, namalowany na płótnie z obowiązkową sukienką, bo do lat Wielkiej Peregrynacji, inaczej Maryi Jasnogórskiej się nie oglądało. Wtedy właśnie pomyślał: a czemu nie ikona? Jego pokoleniu ikona nie kojarzy się tak jak starszym z prawosławiem, z Ruskimi. Nauczył się ją czytać, rozumie jej przesłanie, liczy na obecność, której jest znakiem. Kilka tygodni później dowiedzał się, że pielgrzymka przechodzi przez jego nową parafię. Od razu pojawił się plan: trzeba pójść. Dwadzieścia lat temu szedł po raz pierwszy jako licealista z Wrocławia, potem w seminarium i jako wikariusz parafialny. Od kilku lat nie miał okazji wybrać się na rekolekcje w drodze. Zrozumiał wolę Pana. Wyruszył.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama