GN 48/2020 Archiwum

Pracowaliśmy wspólnie

Przyjeżdżali na zachód całymi wsiami. Po latach jedność trzeba budować od podstaw.

W naszym wakacyjnym cyklu opisującym mieszkańców diecezji świdnickiej czas na najliczniejszą obok ludności ze wschodniej części Rzeczpospolitej grupę. To przybysze z centralnej Polski. Potocznie mówiło się o nich, że są z centrali. Młodszym czytelnikom warto jednak wyjaśnić, że nie należy ich kojarzyć z obecnym centrum kraju, lecz tym sprzed wojny. Mieszkańcami centrali nazywa się więc przybyszów głównie z obecnej Małopolski.

Ziemia obiecana

Stanisław Wolak pochodzi ze wsi Rozdziele, powiat Bochnia. To zaledwie 60 km od Krakowa. Od 60 lat mieszka w Bystrzycy Dolnej. Jak się okazuje, większość mieszkańców tej wsi ma swoje korzenie właśnie w Rozdzielu i sąsiedniej Żegocinie. Ludzie po wojnie osiedlali się bowiem całymi grupami. Zawsze lepiej było mieć obok siebie kogoś znajomego, sąsiada, przyjaciela czy kogoś powiązanego koligacjami rodzinnymi. Dlaczego pojechali w nieznane, chociaż nikt ich do tego nie zmuszał? – Tuż po wojnie była straszna bieda, wszystko było zniszczone – opowiada Stanisław Wolak. – Rodziny były wówczas wielodzietne. Nas było dwanaścioro. Nie było możliwości byśmy wszyscy utrzymali się na małej ojcowiźnie. Wielu pojechało do miasta szukać pracy. I rzeczywiście było jej tam wiele, choćby w Nowej Hucie, gdzie budowano wielki przemysł. Jednak ludziom przyzwyczajonym do pracy na roli trudno było się przestawić. Ci, którzy pierwsi przyjechali na Dolny Śląsk, opowiadali, że za darmo można dostać zarówno dom, jak i ziemię. To było coś, co przyciągnęło tu tysiące ludzi. W ten sposób i ja znalazłem się w Bystrzycy pod Świdnicą. Już wcześniej mieszkała tu rodzina żony.
Pan Stanisław wspomina, że chociaż na miejscu nie wszystko wyglądało tak jak opowiadano, to nigdy nie żałował, że tu przyjechał. – Trzeba było zaczynać praktycznie od zera – mówi. – Ci, co przyjechali pierwsi, faktycznie przejęli po Niemcach w pełni wyposażone domy i podzielili się ziemią. Kiedy ja tu się pojawiłem na początku lat pięćdziesiątych, dostałem jedynie zrujnowany dom. Ziemi już nie było, ale pracowaliśmy wszyscy w spółdzielni rolniczej. Tam każdy dostał po pół hektara ziemi na własny użytek. Nie żałuję przyjazdu, bo w rodzinnej wsi i tak niewiele zostawiłem, a tu wytrwałą pracą wszystkiego można było się dorobić.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama