Nowy numer 48/2020 Archiwum

Brudne ręce

Społeczeństwo. Dzieci urodziły im się… spontanicznie albo – jak kto woli: ponieważ pozwolili się im wszystkim urodzić.

Kiedy Jarek Stasyszyn siedzi przy swoim garncarskim kole, jest wtedy sobą najbardziej w świecie, chociaż więcej przez analogię niż dosłownie. Zanim jednak jego życie zaczęło kręcić się wokół… koła i gliny, potrzebował Bernadety.

Poznali się na fizyce,

którą studiowali właściwie bez przekonania. On, choć daleko mu do ścisłowca, poszedł na uniwersytet z powodu brata. To zresztą zakomunikował profesorowi, który go egzaminował. Wprost. Ten zgodził się z argumentacją maturzysty technikum żeglugi śródziemnej: „Co mi pozostało: albo ruszę na Zachód, albo wezmą mnie do wojska, albo zacznę studiować… fizykę, bo tutaj jest już mój brat. On mi pomoże”. Pomagał, ale to było za mało. Jarek zaczął spinać się jak nigdy dotąd. Chciał udowodnić sobie i innym, że to ma sens. Wstawał więc o czwartej nad ranem, żeby ryć… książki z kosmosu. Efekty? Na przykład czwórka na semestr z analizy matematycznej. Był dumny. Inni też, w końcu umiał więcej niż jego nauczyciele z podstawówki. Jednak spinanie ma jeden mankament. Wyczerpuje. Po czwartym semestrze zdezerterował. Miał dosyć i miał pomysł… tym razem na nauki polityczne albo dziennikarstwo. (Wtedy kupił sobie dobry aparat – przydał się, bo za chwilę mógł nim robić zdjęcia swojej przyszłej żonie). Z dziennikarstwem jednak nie wyszło i gdy wrócił na nieszczęsną fizykę, musiał powtarzać niektóre przedmioty z powodu zmiany programu studiów. I wtedy właśnie poznał ją. Ona była na trzecim roku i za wszelką cenę chciała z nudnej fizyki wycisnąć coś, co ją interesuje.

Zadawała więc mnóstwo pytań;

prowokowała do myślenia, wykładowców i kolegów; dopominała się o dygresje. Bo na fizyce znalazła się przez wujka, wykładowcę. Chodziło więc o łatwiznę: znajomości, prosty przepis na egzaminy, pewniejszy start w dorosłe życie. Problem jednak w tym, że życie domagało się czegoś zupełnie innego. Potrzebowała więc Jarka, by ją przekonał, że trzeba realizować swoje marzenia. No i się zaczęło. Rzuciła studia, ale zanim rozwinęła skrzydła na nowym kierunku – pedagogice, o której zawsze myślała, zaszła w ciążę. Decyzja o ślubie była oczywista. Zresztą kochali się bardzo i wiedzieli, że razem podołają nowym wyzwaniom. Byli młodzi i nie brakowało im owartości na życie: to poczęte pod sercem Bernadety i to, które postanowili spędzić razem, do końca, na zawsze, pomimo wszystko albo właśnie dlatego. Zabrakło jednego. Wspar- cia. – Byłam w szoku, gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, przede wszystkim dlatego, że nie wiedziałam, co powiedzieć rodzicom. Nie tak sobie wyobrażali moją dorosłość – wspomina. – I było tak, jak przeczuwałam: zawyrokowali, że to jest katastrofa. Liczyłam jednak, że po pierwszych emocjach przyjdzie refleksja i przynajmniej akceptacja, jeśli nie radość z obrotu rzeczy – dodaje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama