Nowy numer 48/2020 Archiwum

Muzyka w genach

Kiedy śpiewali: „Ważna jest w życiu każda chwila./ Chodźmy na spacer albo do kina./ Wracaj do domu i bądź z nami./ Nie siedź w pracy godzinami” – nie mieli na myśli swojego taty.

Rodzinny dom Roberta wytrzymał już wiele. Choć niewielki, okazał się nadzwyczaj pojemny. – Nie było wyjścia – uśmiecha się Krystyna, żona Roberta Wszoła i matka ich siedmiorga dzieci.

Akordeon ma klawisze

To było jak grom z jasnego nieba. Po prostu pewnego dnia proboszcz ks. Henryk Sobolik, dziś już świętej pamięci, kazał zdjąć komże i wdrapać się na chór, żeby grać. Wiedział, że nastoletni Robert ma smykałkę, w końcu jego ojciec grał na akordeonie i syna poduczył… tam klawisze i przy organach klawisze, więc co za problem? Nad chłopakiem ulitował się Marek Pisarski, wtedy urzędujący organista.

Pokazał co i jak, wyjaśnił, a Robert szybko chwycił, w czym rzecz. Spodobało się – zarówno jemu, jak i innym. Ale proboszcz chciał więcej, dlatego pchnął chłopaka do miasta, do szkoły. Studium Organistowskie we Wrocławiu miało wówczas swoją renomę. Postrach siał prof. Stępniak, ale Robert go po prostu uwielbiał właśnie za ten konkret, za trzymanie dyscypliny i jasne kryteria. Przy takim można się było rozwijać. I tak przez całe lata szkoły, aż do matury: w tygodniu „Radiobuda” w Dzierżoniowie, a we wtorki organy. Trzeba było też znaleźć czas na ćwiczenie. Na organach oczywiście. Wszystko szło dobrze aż do piątej klasy. Matura to nie przelewki, a Robertowi zależało na szkole, więc odpuścił dwa ostatnie egzaminy w muzycznej. Po latach okazało się, że takie rzeczy też w genach zostają.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama