Nowy numer 43/2020 Archiwum

Czego chcesz od nas, Boże?

Tekst pierwotny miał być apelem o wsparcie leczenia ks. Łukasza, zanim jednak się ukazał ks. Łukasz odszedł do Pana.

Święcenia przyjął zaledwie dziewięć lat temu. Znają go dobrze parafianie z wałbrzyskiego Podzamcza, znają go ci ze Starego Zdroju, ale dał się poznać też tym z Witoszowa - choć był z nimi zaledwie od kilkunastu miesięcy. Gdy zachorował wszyscy drżeli ze strachu, że może go zabraknąć.

To niemożliwe!

To miała być zwykła kontrola z powodu bolącego dziąsła. Szczegółowe badania przyniosły wyrok, który ks. Łukasz Ziemski usłyszał w czerwcu: nowotwór zatokowy. Od razu zaczął się szturm do nieba. Chorego księdza poznali z imienia uczestnicy rekolekcji ewangelizacyjnych, siostry zakonne, piesi pielgrzymi na Jasną Górę czy ci  nawiedzający Fatimę. – I to był niezwykły dar, który przynosił prawdziwe owoce - zapewnia Piotr Bergander z parafii w Witoszowie Dolnym. Przez miesiące choroby był on jedną z kilku osób, które regularnie odwiedzały chorego księdza i wspierały jego najbliższych w walce o jego życie i zdrowie. - Bo lekarze w takich przypadkach dają nikłe szanse na życie, a jednak Łukasz podjął walkę.

Znamy się dobrze!

Ksiądz Łukasz pierwsze kapłańskie szlify zdobywał w parafii pw. Podwyższenia Krzyża św. w Wałbrzychu. Do dzisiaj wszyscy wspominają dowcipnego, rzutkiego księdza, który potrafił wybudzić młodych z letargu i pokazać im, że Bóg nie zabiera radości, nie okalecza młodości, nie przeszkadza w szczęściu. Uwierzyli Bogu, ale tylko dlatego, że najpierw uwierzyli młodemu księdzu. Trudno im było zrozumieć co się dzieje, bo choroba, tym bardziej tak okrutna, burzy porządek świata, zaciemnia obraz Boga, miłości, ludzi; odziera z pozorów, grzeczności i konwenansów. Pozostaje naga prawda: o relacjach, o bliskości, o sensie, o pracy, o życiu po prostu i o śmierci też.

Kiedy w czerwcu 2013 r. bp Ignacy skierował ks. Łukasza do pomocy duszpasterskiej w Witoszowie Dolnym ks. Jarek Lipniak, proboszcz, wiedział z kim będzie pracował. Wprawdzie spotkali się jeszcze w seminarium: Łukasz zaczynał formację, dk. Jarek kończył, ale na dobrą sprawę dopiero gdy spotkali się sześć lat później w Świdnicy okazało się, że świetnie się rozumieją. Ówczesny dk. Łukasz odbywał praktykę duszpasterską w parafii katedralnej gdzie ks. Jarek był wikariuszem.

Rok współpracy w Witoszowie to był dobry czas braterstwa w kapłaństwie.

Tęsknimy!

- Dla tej klasy była to szczera potrzeba serca - mówi Katarzyna Halkowicz, katechetka w witoszowskiej podstawówce. - Dzieci poznały ks. Łukasz podczas przygotowania do pierwszej Komunii św. Ksiądz ma świetny kontakt z dziećmi, dlatego przez rok był specjalistą od Mszy św. dla nich i właśnie dlatego wszyscy znają się z nim doskonale - dodaje i opowiada, gdy podczas pierwszej spowiedzi dała wybór dziewczynkom do którego księdza chcą iść do spowiedzi. - Wszystkie wybrały ks. Łukasza – podkreśla.

Do dzisiaj, nad łóżkiem chorego w Nowej Rudzie, skąd pochodził, wiszą ogromne słoneczniki, które dzieci własnoręcznie wykonały i przekazały w dowód pamięci i duchowej z nim łączności. - Chcieliśmy, żeby ksiądz mógł sobie na nas popatrzeć, dlatego zaproponowaliśmy to zdjęcie w świdnickim Gościu Niedzielnym - dodaje katechetka wyjaśniając pomysł. A podczas robienia zdjęcia dzieci mówiły: Księże Łukaszu wracaj! - czekamy na ciebie.

Trzeba pomóc!

Chociaż nowotwór był bezlitosny, to jednak fachowa opieka i pomoc Boża robiły swoje. O tę pierwszą troszczyli się lekarze: Feliks Błaszczyk, Adam Biernacki i Hanna Marczyńska ze świdnickiego Latawca i Joanna Luksa, pielęgniarka.

Medycyna ma dzisiaj wielkie możliwości, te najbardziej skuteczne są jednak bardzo kosztowne, dlatego szczególnie parafianie z Witoszowa Dolnego wspierali najbliższych w zakupie koniecznych lekarstw.

Ale to właśnie dzięki nim chory do końca był przytomny, można się było z nim kontaktować za pomocą gestów, nie mógł mówić z powodu tracheotomii, ale mógł pisać.

- Osłabiony i podatny na zmianę nastrojów, cenił sobie jednak każdą oznakę pamięci i starał się wykorzystać szansę jaką jest Msza św. którą co najmniej raz w tygodniu koncelebrował z ks. Lipniakiem lub ks. Iwaniszynem - mówi Piotr Bergander.

Dla ks. Łukasza ważne były także wizyty jakie złożyli mu m.in. ojcowie Enrique i Antonello, świdniccy biskupi czy ostatnio Matka Boża w znaku fatimskiej figury.

- Troska o chorego jest czymś bardzo wymagającym, podziwiam panią Halinę, mamę ks. Łukasza i jego rodzeństwo, Piotra i Angelikę - dodaje Piotr Bergander. - Bo to wszystko było wielką próbą zarówno miłości ludzkiej jak i wiary. Oni też potrzebują naszego wsparcia, tym bardziej teraz, po śmierci syna i brata - zaznacza a na koniec dodaje. - Wszyscy wiemy, że „i w życiu i w śmierci należymy do Pana”, oby nic i nikt nie potrafił nas od tej miłości odłączyć - podsumowuje. 

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama