Nowy numer 43/2020 Archiwum

Pamięć zatrzymana

Wprawdzie zmarł 30 grudnia 2013 r., jednak jego pogrzeb odbył się już w roku 2014. Świdnicki historyk, wychowawca, społecznik.

Urodził się na Zamojszczyźnie 1 grudnia 1933 r. we wsi Wólka Łabuńska i z mlekiem matki wyssał fascynację tradycją, obrzędami ludowymi i obyczajami pradziadów.

- To była wieś leżąca przy ważnym trakcie, z Warszawy do Lwowa, tam też zaczynała się droga na Wołyń przez polsko-żydowskie miasteczka Tyszowice, Łaszczów i Sokal - wspominał Lucjan Momot, świdnicki pasjonat historii, emerytowany nauczyciel i wychowawca poprawczaka, publicysta i społecznik, który zmarł 30 grudnia 2013 r.

Etnolog Herodowej specjalizacji

- Herodów po raz pierwszy w życiu widziałem jako pięcioletni chłopiec - wspominał kiedyś na łamach świdnickiego „Gościa Niedzielnego”. - Dobrze pamiętam Heroda, Turka, Ułana i wesołego Diabła, którego się bałem, więc wtulałem się w ramiona mamy - mówił na kilka miesięcy przed swoją śmiercią.

Potem była okupacja i zakaz kolędowania w Generalnej Guberni, ale już w roku 1945 z kolegami, pastuszkami, kolędował „Ruskim” zakwaterowanym w dużej izbie po sąsiedzku.

- Ruscy zrozumieli, o co nam chodzi, żeby pobili Giermańca i szybko wrócili do domów - wspominał. Pierwsze się spełniło, drugie - nie bardzo.

Gdy w 1953 r. przyjechał na Dolny Śląsk, przekonał się, że w tym tyglu, jaki się tu utworzył, zaczęły mieszać się i przenikać tradycje z niemal całego obszaru Polski. - Dlatego łatwo było w 1956 r., na fali odwilży, zorganizować w wiejskiej świetlicy w Rzeplinie koło Żórawiny wieczór kolędowo-patriotyczny. Było po katolicku i po polsku, co z uznaniem przyjęli umęczeni stalinizmem mieszkańcy - zaznaczał. W latach 70. XX w., jako wychowawca poprawczaka, poznaje kolędowe zwyczaje swoich podopiecznych i angażuje ich w zakładowe herody i jasełka.

- Naród polski, nie tylko Dolnoślązacy, kolęduje chętnie - przekonywał. - Ale prawie już nie ma takich tekstów kolędowych, które ongiś, od pradziada, przechowywane były za głównym obrazem izby, wśród ważnych dokumentów rodzinnych, które należało zachować dla następnych pokoleń.

Stąd inicjatywa, by teksty inscenizacji herodowych i własne przemyślenia zawrzeć w książce „Dolnośląskie Herody. Pastorałka wigilijno-noworoczna”.

- Książkę, która ukazała się w roku 2011, postanowiłem w Roku Wiary przesłać do wszystkich seminariów duchownych, by wśród kadry profesorskiej i alumnów poszukać pasjonatów dla idei herodowego kolędowania po domach - wyznawał autor nietuzinkowej publikacji.

Inicjatywa świdnickiego pasjonata spotkała się z uznaniem ze strony hierarchów. W listach do Lucjana Momota biskupi wyrażali swoje uznanie i zachęcali do kontynuacji poszukiwań i mrówczej pracy dokumentalisty.

„Wspaniała rzecz. Nawiązuje do najpiękniejszych obyczajów polskich, a są one wyjątkowo pouczające. (…) Musimy dbać o propagowanie polskiej kultury, o przypominanie jasełek, herodów, krakowiaków, betlejemek i wielu innych” - napisał bp Antoni Dydycz z Drohiczyna.

„Choć w diecezji warszawsko-praskiej zwyczaj chodzenia z kolędą jeszcze bywa podtrzymywany, to jednak jest to tradycja niewielkich miejscowości. Wielkie miasta, stając się zbiorowiskami o kulturze złożonej z wielorakich odrębnych elementów, w efekcie sprzyjają zatracaniu tożsamości regionalnej” - to z listu abp. Henryka Hosera, a bp Andrzej Czaja wyznaje: „Może i w naszej diecezji znajdzie się ktoś, kto podejmie się trudu przygotowania takiej pozycji”.

W podobnym tonie wypowiadali się inni hierarchowie: Andrzej Dzięga, Stanisław Dziwisz, Józef Kowalczyk, Wiesław Mering, Wiktor Skworc i Wojciech Zięba. - Cieszą mnie te listy, bo potwierdzają moją intuicję, którą się kierowałem, zabierając się do pracy nad tą książką - mówił adresat biskupich słów uznania.

- To także wartość dodana tego trudu, bo gdyby nie ta książka, to nie miałbym tak ciekawej i cennej korespondencji. Tak, takie listy to materiał godny zachowania i przekazania potomnym… tylko obrazy w głównej izbie wiesza się dzisiaj już zupełnie inne, dlatego zamiast w ramkach na ścianach, spoczną w szufladzie - uśmiechał się.

Historyk małej ojczyzny

Jednak Lucjan Momot był człowiekiem o jeszcze szerszych horyzontach zainteresowań. Jako jeden z nielicznych pielęgnował pamięć o legendzie świdnickiego kościoła: ks. prałacie Dionizym Baranie.

Jest autorem monografii poświęconej duchownemu, pt. „Z Łucka do Świdnicy”, a na kilka miesięcy przed swoją śmiercią zabiegał o godne uczczenie setnej rocznicy urodzin ks. Dionizego Barana (przypadała 4 października 2013 r.). ­

- Swoją książkę biograficzną zadedykowałem ks. Ludwikowi Sosnowskiemu, bo wiem doskonale, jak wspaniałym opiekunem był on dla schorowanego prałata - mówił Lucjan Momot. - Moja książka jest owocem poszukiwań w archiwach, rozmów ze świadkami życia księdza prałata i jego najbliższymi - mówił, a potem dodawał z goryczą. - Po tych wszystkich latach wdzięczność mieszkańców miasta jest, moim zdaniem, zbyt powściągliwa. Odwiedzam z małżonką regularnie grób księdza prałata. Z przykrością obserwuję, że nie jest on otoczony troską parafian. To nie jest sytuacja normalna, trzeba pytać, co się stało. Dlaczego tak świetlana postać, jaką był ks. Dionizy Baran, odchodzi w zapomnienie? – pytał dramatycznie i szkoda, że nie było mu dane cieszyć się faktem, że jedna ze świdnickich szkół, ta na Kraszowicach, obrała sobie ks. Dionizego Barana za patrona.

Kochał też swoją rodzinną ziemię. O korzeniach jakie tam zapuścił i których się nigdy nie wyrzekł mimo wyjazdu na Dolny Śląsk tak mówił w dniu pogrzebu jego syn, Szymon: - Nasz ojciec urodził się w rodzinie gajowego Józefa Momota. Żyło im się, na pensji u hrabiego Szeptyckiego dość dobrze. Hrabia, gdy dowiedział się, że gajowemu urodził się syn, zapewnił, że będzie miał on w przyszłości zapewnioną posadę po ojcu. Jednakże lata wojny, a potem lata sowieckiego terroru na terenie Rzeczypospolitej, wówczas ludowej, sprawiły, że nie było hrabiego a majątek został upaństwowiony. Zmarł jego ojciec, zmarła matka. Został praktycznie sam. Jednakże nie poddał się, skończył eksternistycznie liceum ogólnokształcące i podjął pracę w Rzeplinie, koło Wrocławia - wspominał syn.

W rodzinnym domu poznał także Boga, pokochał Go i robił wszystko, żeby być Mu wiernym. – Gdy ojca wycielono do Ludowego Wojska Polskiego, skończył tam szkołę podoficerską, ale nigdy nie został mianowany na stopień kaprala, bo był… uwaga! Człowiekiem wierzącym i praktykującym. A w tamtych czasach należało wierzyć wyłącznie w partię i w Lenina - mówił Szymon na cmentarzu. - Gdy wyszedł z wojska koledzy namówili go na studia. Ukończył Wydział Polonistyki Uniwersytetu Wrocławskiego uzyskując na dyplomie ocenę bardzo dobrą. I tak chłopak ze wsi, ten który miał być zgodnie z wyrokiem hrabiego gajowym, został magistrem polonistyki - podsumowywał syn nauczyciela.

Pedagog na swoim miejscu

We Wrocławiu Lucjan Momot pracował w akademiku Politechniki Wrocławskiej jako kierownik. Służba Bezpieczeństwa chciała go zaciągnąć do współpracy, aby donosił co się w placówce dzieje, kto z kim i co robi. - Kuszono go pieniędzmi, układami, możliwościami, przywilejami. Ojciec nie chciał takiego judaszowego grosza i po kolejnej takiej „życzliwej i przyjacielskiej” rozmowie postanowił przenieść się do Świdnicy - wspomina Szymon Momot.

Tutaj przez 18 lat pracował w Zakładzie Poprawczym i Schronisku dla Nieletnich. - Włożył w pracę z nieletnimi przestępcami dużo serca, poświęcając im prywatny czas i pieniądze, byle tylko móc przygotować jasełka czy rocznicowe akademie. Potrafił nawiązać z wychowankami dobry kontakt. Rozumiał ich, chciał poznać ich świat. Tutaj znowu odezwała się w nim żyłka badacza kultury. Chętnie poznawał świat grypsery, czego owocem była książki pt. „Love Cię Kaśka. Po drugiej stronie muru” i „Nawijka” - dzisiaj to już klasyka gatunku - mówi syn Lucjana Momota. - Przez kierownictwo był określany jako „dobry pedagog, czujący pracę z młodymi, ale bezpartyjny, chodzi do kościoła, jeszcze załatwił Msze św. dla chłopaków w poprawczaku, wpuścił na teren zakładu księdza” - cytuje służbowe notatki.

W pracy wychowawczej pomaga mu także talent i doświadczenie aktorskie. Od1 stycznia 1964 r. przez półtora roku pracuje w Tetrze Polskim we Wrocławiu jako inspicjent reżysera Jakuba Rotbauma, potem Krystyny Skuszanki a wreszcie i Jerzego Krasowskiego. Statystuje i gra w spektaklach, podpatruje aktorski warsztat ówczesnych tuzów sceny: Młodzickiego, Pyrkosza, Przegodzkiego, Danielewskiego. Oni widza w nim materiał na dobrego aktora. - No cóż, teatr żegnał ze łzami w oczach - wspomina zona, Katarzyna Momot. - Nie miał mieszkania, gaża była bardzo niewielka, a wrodzona skromność nie pozwalała mu iść do dyrektora, by upomnieć się o pomoc. Do dzisiaj w rodzinnych pamiątkach przechowujemy po tym wspaniałym czasie fotogramy teatralne i wspomnienia kreacji aktorskich - dodaje.

Zamiłowanie do sztuki teatralnej Lucjan Momot wyraził jeszcze inaczej. Jest on autorem starannego opracowania na temat teatru Leona Schillera i jego poglądów na teatr Wyspiańskiego.

Publicysta szerokich horyzontów

Dobrze się złożyło, że szerokie zainteresowania Lucjana Momota potrafił on przełożyć na pisarstwo. Ceniony był więc przez swoich kolegów z różnych instytucji i grup w które się angażował, m.in. jako społeczny opiekun zabytków PTTK (od 1987 r.), członek Bractwa Krzyżowców (od 1986 r.), uczestnik Biesiad Polonistycznych, prezes Stowarzyszenia Ekologicznego „Ojczyzna” (od 2006 r.) – jako ten, który w słowie pisanym potrafił wyrazić to co akurat zajmowało te gremia. Poza wspomnianymi już publikacjami, w szufladzie na wydanie wciąż czekają następujące pozycje: „Powódź w Świdnicy w roku 1997”, „W świetle dworu i plebanii. Zamojskie wsie: Łabunie i Wólak Łabudzka w okresie drugiej wojny światowej”, „Antologia poezji i pieśni przestępczej i kontestacyjnej lat 1967 – 1985” oraz „Z brulionów Lucjana Momota” - liczne zapiski i notatki dotyczące życia miasta i wydarzeń w kraju.

Jako publicysta Lucjan Momot znany był redakcjom: „Gazety Robotniczej” (kolumny studenckiej), periodyków naukowych, m.in. „Prace Literackie” (Uniwersytet Wrocławski), „Litteraria” (Wrocławskie Towarzystwo Naukowe), „Studia Polonijne” (Katolicki Uniwersytet Lubelski); tygodników literacko-kulturalnych, m.in. „Życie Literackie”, „Kierunki”, WTK – Tygodnik Katolików”, „Informator Kulturalny i Turystyczny Województwa Wałbrzyskiego”; ale i pism regionalnych, m.in. „Głosu Maryi” (był współzałożycielem parafialnego pisma wspólnoty NMP Królowej Polski w Świdnicy), „Kuriera Świdnickiego”, „Wiadomości Świdnickich”, „Igły. Informatora Gminy Łabunie”.

Nie dziwi zatem, że w 2007 r. nagrodzony został Medalem Komisji Edukacji Narodowej za szczególne zasługi dla  oświaty i wychowania – w tym za uprawianie publicystyki pedagogicznej i patriotycznej.

Garść wspomnień

„ Tato! Ty pokazałeś mi w życiu czym jest wiara w Boga. Pokazałeś mi miłość do ojczyzny i zawsze dawałeś wzór swoją nieugiętą postawą. Nauczyłeś, że nie ma kompromisu ze złem! Zawsze nas wspierałeś, swoich synów, dobrym słowem, gestem i radą. Uwrażliwiałeś mnie i Mateusza na los innych ludzi. Przekonywałeś, że warto pomagać. Tato, dziękujemy Ci za wszystko co zrobiłeś. Postaramy się realizować twój testament miłości Boga i bliźniego, postaramy się najlepiej jak umiemy” (Szymon Momot, z przemówienia na pogrzebie)

„Lucjana Momota znałem od kilkunastu lat. Wprawdzie nie zetknęliśmy się nigdy osobiście, ale mimo tego nasza łączność była serdeczna i częsta. Korespondowaliśmy, wymieniali nasze publikacje, a ostatnio coraz częściej rozmawialiśmy telefonicznie. Lucjan Momot dał się poznać jako wytrwany pedagog, zwłaszcza jako przyjaciel młodych ludzi sprawiających trudności wychowawcze i mających konflikty z prawem. Planowałem nawet wykład sp. Lucjana Momota dla studentów pedagogiki na KUL na temat trudnej młodzieży. Niestety nie udało się nam tego zrealizować. Zmarły pozostanie w mojej pamięci jako człowiek szczery, serdeczny i gorący patriota. Interesował się nadal swoim regionem pochodzenia, zwłaszcza miejscowością rodzinną – Łabuniami na Zamojszczyźnie. To także nas łączyło, ponieważ i ja pochodzę z tego terenu” (ks. prof. zw. dr hab. Edward Walewander)

„Poznałem Go chyba zbyt późno. Najpierw z ciekawością obserwowałem starszego pana, który z kilkoma innymi zapaleńcami studził zapały ówczesnej władzy, która na siłę chciała uszczęśliwić mieszkańców miasta stacjami bazowymi telefonii komórkowej. Swoje akcje przygotowywali starannie, ze znajomością rzeczy i sporym emocjonalnym zaangażowaniem. Nam wydawało się to, jakby dziwaczne i z innej epoki. Dopiero po latach okazało się, kto miał rację. 

Później zetknęliśmy się gdzieś na łamach, a może nawet w redakcjach. Zawsze miałem do Niego, Pana Lucjana szacunek połączony z podziwem do staranności języka, jakim się posługiwał. Później, gdzieś się rozeszliśmy i dopiero po latach, całkiem niedawno spotkaliśmy ponownie. Miałem ochotę na napisanie o Lucjanie Momocie. O jego życiu, pasjach, miłościach i wszystkim, co było dla niego ważne. Rodzinie, żonie, z którą był nierozłączny. To było, jakieś niedzisiejsze, ale zarazem niezwykłe. Byłem u Niego w domu. Rozmawialiśmy kilka godzin. I wówczas poznałem Go znacznie bliżej. Z rozdziawioną gębą słuchałem historii o „flircie” z teatrem, z Schillerem, sceną. Później o jego Świdnicy, trudnej młodzieży i o życiu. Mógł mówić godzinami. A ja słuchałem, słuchałem i nie mogłem pojąć, dlaczego tak mało wiemy o Lucjanie Momocie w mieście. Pewnie, dlatego, że nie zabiegał o poklask i uznanie. Był skromny wyrobnikiem pióra. I takim Go zapamiętam” (Zapiski Rynkowego Tetryka, blogswidnica.pl)

„Nie pamiętam momentu, w którym poznałam pana Lucjana Momota. Może dlatego, że mam wrażenie, że "zawsze był"? Pracowaliśmy razem w "Kurierze Świdnickim", a pan Lucjan miał się okazać moim najstarszym podwładnym. Nazywaliśmy go "Wujek Dobra Rada", bo zawsze miał dla nas jakieś dobre rady, podparte historiami i anegdotami z jego ciekawego życia. Świetnie odnalazł się wśród nas, dużo młodszych od niego ludzi. Darzył nas szacunkiem i w naturalny sposób budował tym nasz szacunek do niego. Interesował go świat młodych ludzi - zapewne wyniósł tę cechę z pracy w Zakładzie Poprawczym i Schronisku dla Nieletnich. 

Pan Lucjan był jednym z tych ludzi na mojej drodze, którzy bezwzględnie wierzyli we mnie, moje zdolności i to, że będę odnosić sukcesy. Bez wahania powierzył mi korekty dwóch swoich książek. Dzięki temu poznałam świat, w którym przez lata funkcjonował jako wychowawca - za murem poprawczaka. Miał ciekawe poczucie humoru, które wyziera z kart jego dwóch książek poświęconych trudnej młodzieży. Potrafił dostrzec w nich to, czego inni nie widzieli. 

Gdy zmieniłam pracę, nasze drogi się rozeszły. Niezmiennie jednak - gdy się z rzadka spotykaliśmy - widziałam w nim tę samą radość, zainteresowanie i ciekawość, jak mi się wiedzie. Chętnie gościł na jubileuszach "Wiadomości Świdnickich" - gazety, którą wraz z grupą zapaleńców wskrzeszał w czasach przełomu, a którą przez lata kierowałam. To była dla niego okazja do wspomnień. A trzeba przyznać, że pan Lucjan bardzo lubił wspominać. 

Zawsze bardzo skrupulatny, punktualny, skory do żartów, miał jedną cechę, którą mogłabym go określić jako człowieka - był niewypowiedzianie cierpliwy.” (Anita Odachowska)

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama