Nowy numer 48/2020 Archiwum

25 zł na godzinę

Ministranci na wizytach duszpasterskich. Sporo od nich zależy: sprawne przejście wyznaczonej drogi, klimat tych kilku minut w rodzinie, humor księdza. 


Sprytni ministranci to podstawa. Szczególnie, gdy idziesz w nieznany teren. Nowe ulice – to ryzyko pobłądzenia, marnowanie czasu na szukanie adresu, wracanie do ominiętych mieszkań, czekanie pod drzwiami, aż gospodarz wyjdzie na powitanie. A przecież każda minuta jest cenna. 
Niesprawdzone adresy to jeszcze coś innego. Ryzyko stanięcia oko w oko z wyrzutem, z zatrzaśniętymi drzwiami, z pogardą czy ze złością. A to boli. Szczególnie gdy jesteś młodym księdzem i wciąż masz złudzenia: ludzie darzą cię szacunkiem, cieszysz się uznaniem i autorytetem. Ministrant może cię uchronić przed bolesnym rozczarowaniem. Bo on pierwszy usłyszy: Nie! Nie przyjmujemy!; Nie! Nie życzę sobie!; Nie! Bo chodzi właśnie on!


Pół życia przy ołtarzu 


Paweł Nowak, osiemnastolatek z wałbrzyskiego Podzamcza. Cieszy się z tegorocznej kolędy. I nie chodzi o pieniądze, ale o to, że kolędował po domach z biskupem. A to zdarza się rzadko. Możesz całe życie nie mieć takiej okazji. On miał. Dobrze mu z tym. Jemu, wychowanemu w dobrej, wierzącej rodzinie. Jemu, który zawsze chciał być ministrantem i który, mimo wieku, wciąż czuje się w kościele jak u siebie. Wie, że to zasługa księży opiekunów. Miał szczęście do tych gorliwych i zaangażowanych. Myśli z wdzięcznością o ks. Gabrielu Horowskim, ks. Pawle Kilimniku czy o obecnym opiekunie ministrantów ks. Arku Raczyńskim. Więc on właśnie, z kolegą Łukaszem Nachmannem, służył biskupowi. Tak! W tym roku jest radość. Nawet wielka radość. 


Dziećmorowice, wiejska parafia 


Krzysiek Kosiński ma 16 lat, służy tu od siedmiu. Nie chciał siedzieć w domu, przed telewizorem albo monitorem komputera. Ministrantem został, bo powiedział mu o tym ojciec. Nie wahał się, ale decyzja dwóch innych kolegów dodała otuchy. Nie pamięta dobrze początków służenia. Miał problem z dzwonkami, szczególnie przy przeistoczeniu. W każdej modlitwie eucharystycznej kluczowe słowa są inne. Czekał więc na szturchnięcie starszego ministranta – sygnał do uderzenia w gong. Śmieszne: najpierw on dostawał kuksańca, a potem sam walił w gong. Dzisiaj jest starszym ministrantem, ale „ministrantem po kursach” nie zamierza być (tutaj, w Dziećmorowicach – „ministrant po kursach” to najwyższy stopień wtajemniczenia). Ksiądz go namawia, żeby się douczył. On nie chce. Ma alibi: trzecia klasa gimnazjum. Przygotowanie do egzaminu. Chce być lekarzem, musi dostać się do dobrego liceum.


Namówiła go mama


Zrobił to dla niej. Michał Pfanhauser ze Świdnicy ma dzisiaj 15 lat. Sześć z nich łączy się ze służbą liturgiczną. Zdolny jest – po dwóch miesiącach od awansu na ministranta (z kandydata) księża pozwolili mu czytać lekcje. Bez ostentacji oczywiście. Najpierw podczas pogrzebów, potem w ciągu tygodnia. Oficjalnie lektorem został po pięciu latach. I znowu specjalne warunki. Będzie ceremoniarzem. A powinien czekać jeszcze rok na rozpoczęcie kursu. Nie czeka, bo sprawdził się w przygotowaniach do liturgii. Zresztą służy też do Mszy św. według starego rytu. Półtora roku temu przez przypadek podczas wakacji wszedł do kościoła i zobaczył starą Mszę. Zakochał się. To było we Francji. Wrócił i teraz nawet na Mszy nowej recytuje modlitwy po łacinie. Taki jest! – ale to inna historia. 


Obowiązki, procedura, skuteczność


Michał opisuje to tak. – Przez cały rok ministranci w naszej parafii zbierają punkty za służenie – „w naszej parafii”, czyli pw. św. Andrzeja Boboli w Świdnicy. Pod koniec roku robimy podsumowanie, a ksiądz częściej wybiera później na kolędę tych ministrantów którzy nie opuszczali swoich dyżurów – opowiada, żeby było wiadomo, że chodzenie po kolędzie to przywilej i nagroda. Za chwilę Michał zdradzi, dlaczego. 
– Wizytę duszpasterską rozpoczynamy bezpośrednio po uroczystości Narodzenia Pańskiego – kontynuuje, podkreślając termin „Narodzenia Pańskiego”, a nie „Bożego Narodzenia”, ponieważ jest na kursie ceremoniarskim, tam się tej różnicy w terminologii nauczył. Teraz wie i skrzętnie wykorzystuje sytuację, żeby się swoim oświeceniem popisać. Opisuje, co należy do obowiązków ministranta. – Dzień przed planowaną kolędą ministranci przychodzą do księdza po listę z adresami, a następnie ruszają na ulice, by zapowiedzieć mieszkańcom przyjście księdza. Następnego dnia spotykamy się na plebanii i wraz z księdzem wyruszamy na kolędę. W mieszkaniach modlimy się razem z mieszkańcami, jeśli jest taka potrzeba, zapalamy świeczki na stole, a po modlitwach wychodzimy na zewnątrz – kończy opis, ale po chwili mówi więcej. To bystry chłopak, ma doświadczenie, w klasie uchodzi za kujona. – Od czasu do czasu domownicy zapraszają nas na herbatę lub ciasto, czasem zaproszenie to przyjmujemy, ale zawsze pamiętając o obowiązku zapewnienia łatwego i płynnego przejścia kapłana do następnego mieszkania. W związku z tym po modlitwie w domu jeden z ministrantów wyrusza pod następny adres, otwiera po drodze furtkę i toruje drogę, oraz zapowiada rychłe przyjście księdza – Michał używa nieco archaicznej składni i słów. Spokojnym, coraz głębszym barytonem kontynuuje. – Czasem w oczekiwaniu na opuszczenie przez kapłana poprzedniego mieszkania domownicy nawiązują z nami rozmowę na różne tematy – wystarczy. 


Jest kilka minut luzu


Ksiądz siedzi u rodziny, następna już uprzedzona. Trzeba czekać. Klatki schodowe w blokach są ciepłe. Gorzej mają ci, którzy chodzą po domkach. Wychodzisz na ulicę i czekasz na księdza. Pada śnieg – czekasz na ulicy. Minus piętnaście – czekasz na ulicy. Wieje i zacina – czekasz na ulicy. Zazwyczaj. Czasami ludzie zaproszą do domu. 
W Wałbrzychu, na Podzamczu jest ciepło. Blokowisko ma swoje dobre strony. 
Paweł mówi o luzie na klatce schodowej. – Ważne jest, z kim chodzisz, z jakim kolegą. Wszyscy się znamy, ale wiadomo, jedni bardziej nam pasują, inni mniej. Na szczęście zazwyczaj można się dobrać w parę na kolędę – to „na szczęście” jest ważne. Bo nie zawsze jest nastrój do chodzenia. Jak w szkole dadzą ci popalić, masz zarwaną noc, dziewczyna stroi fochy albo zwyczajnie masz wszystkiego dosyć – wtedy kolega podczas kolędy to kluczowa postać. Albo cię dobije, albo się odbijesz. Mówi „kolęda”, choć dobrze wie, że to zwyczajowa nazwa. „Wizyta duszpasterska” jakoś się nie przyjmuje w rozmowach między sobą. Tylko oficjalnie termin obowiązuje. – Zapytaj: Czy przyjmuje pani wizytę duszpasterską? – Kto to zrozumie? Od razu usłyszysz: A o co chodzi? albo: To znaczy księdza, tak? No więc zostaje „kolęda”.


Nie zawsze tak było


Krzysiek nie pamięta pierwszej kolędy. Nie pamięta szczegółów. To było jego osiedle. Chodził ze starszym ministrantem. Teraz tak nie jest, ale wtedy ważna była kasa. To był jedyny sposób na własne pieniądze. Raz w roku, ministranckie żniwa. Nie znał też ludzi. Nie umiał ich rozszyfrować. To przychodzi później z doświadczeniem. Po kilkudziesięciu rodzinach zwracasz uwagę na ton głosu, spojrzenie i na pytania, jakie zadają gospodarze. Wobec dzieciaka nie kryją swoich prawdziwych emocji. Nie muszą. Za chwilę, gdy wejdzie ksiądz, będzie inaczej. Ksiądz tego nie widzi tak ostro jak oni, ministranci. Kolędowa gra. 
Paweł pamięta stres. Nieśmiali tak mają, szczególnie przy wymuszonym kontakcie z drugim człowiekiem. A tu nie dało się inaczej: trzeba rozmawiać, pytać, odpowiadać. To było nieprzyjemne. Ale można się z tego wyleczyć. Dosyć szybko – po co się męczyć?
Michał miał wtedy urodziny. To była niedziela. Chodził po Armii Krajowej z Łukaszem Makowieckim. Budynki pokoszarowe. Ksiądz Leszek Baranowski wyjątkowo wcześnie skończył. Po powrocie do domu można było jeszcze chwilę świętować. Dziesiąte urodziny. 


System jest różny


– Po zakończeniu kolędy zwracamy księdzu listę z adresami oraz otrzymane od parafian pieniądze – Michał wciąż deklamuje swoim barytonem młokosa. – Gdy okres kolędy się kończy, zbiera się zarząd LSO, który część zebranych środków przekazuje na fundusz ministrancki. To, co zostaje, dzieli sprawiedliwie według klucza: oblicza się średnią kwotę przypadającą na jedną kolędę i rozdziela pieniądze między ministrantów w zależności od ilości wyjść kolędowych – tak jest w Świdnicy, u Andrzeja Boboli. 
Może jednak być inaczej. Często cała kasa zostaje w rękach ministrantów na ich prywatne potrzeby. Ile tego jest? Średnio wychodzi 25 zł za godzinę. Wszystko jednak zależy od hojności ludzi.
Paweł wydawał pieniądze na ubrania, markowe – kiedyś. Teraz zbiera na obóz sportowy i na pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Tak deklaruje.
Krzysiek raz kupił sobie konsolę do gier, rok później telefon, w tym roku zbiera na ławeczkę do ćwiczeń.
Michał wpłaca na konto i ma na bieżące wydatki. 
Pieniądze – nikt nie ukrywa, że to ważna sprawa. Tak ważna, że niektórzy nie pokazują się przy ołtarzu przez wiele pierwszych miesięcy roku. Gdy jednak zbliża się czas kolędy, są przy nim coraz częściej. Byle się załapać. Księża jednak pilnują, żeby sprawiedliwości stało się zadość. Systemy są różne, chodzi zawsze o to samo: żeby pieniądze z kolędy były gratisem proporcjonalnym do zaangażowania w służbę. 


Przychodzi ministrant do lekarza


Gdy Michał opowiada, jest śmiertelnie poważny. Tak już ma. To nic, że wspomina zabawne sytuacje, których bohaterami byli: ministranci, gospodarze i ksiądz – po kolędzie oczywiście. 
– Podczas pewnej kolędy po wejściu do mieszkania ksiądz pomylił lustro z drzwiami wejściowymi do salonu – urywa. Patrzy znacząco. Nie będzie kończył? Będzie. Dopowiada więc: – Lustro ocalało.
– Ministranci, widząc na ulicy kawał kartongipsu, odłamali okruszek, jeden z nich włożył go sobie do ust i zaczął się trzymać za szczękę, gdy ksiądz to zobaczył, spytał, czy coś się stało, ministrant wypluł okruszek, a ksiądz spanikował, myśląc, że to ząb – wciąż śmiertelnie poważny opowiada kolejną scenkę.
– Ksiądz z ministrantami zbliża się do dużego, dość posępnego domu i pyta ministrantów: „Słuchajcie, to my mamy odwiedzić jeszcze ten zakład pogrzebowy?” – cień uśmiechu przemyka przez twarz 15-latka. Nie da się jednak wyprowadzić z równowagi.
– Przed wyjściem na pewną kolędę wywiązał się między księdzem a ministrantami dialog: 
Ksiądz: – No, to dzisiaj będzie pewnie luz. Powiedz mi, ile mamy mieszkań?
Ministrant: – 27 przyjmuje, a 38…
Ksiądz: – 38? To ile tam jest mieszkań? 50? Tak dużo?
Ministrant: No nie, proszę księdza, 75.
Ksiądz: – Ile?
Ech, ta matematyka. Ostatecznie dali radę. Skończyło się dobrze. 


Wartość dodana


Tak mówi o tym Krzysiek. Nie chodzi mu o pieniądze. Dzisiaj nie są dla niego ważne. Tak ważne jak kiedyś. Dojrzał. – Czas kolędy to dla mnie okazja do odstresowania – zapewnia zupełnie serio. – Widzę także, jak dzisiaj ludzie żyją. Prawie się nie odwiedzają. Ważny jest telewizor. Kontakt z sąsiadami czy krewnymi? Wystarczy mejla wysłać, sprawdzić aktywność na fejsie. My mamy tak samo. Nie wiemy, jak żyją inni. Po kolędzie wiemy. Czasami aż za dużo. To pozwala docenić to, co się ma – zapewnia. Bez żartów. – Lubię się też modlić z innymi. Proszę Boga o to, żeby im błogosławił – naszym gospodarzom. Żeby nie zmarnowali życia w nowym roku – precyzuje, przejęty swoją misją.
A tak mówi o tym Paweł. – Śpiewamy kolędę. O czym? O najlepszej wiadomości, jaką można usłyszeć, bez względu na to, kim jesteśmy i co akurat teraz przeżywamy; że Bóg jest mocny i wierny; że jest bliski i skuteczny; że skoro „ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice Nieskończony”, to znaczy, że „z narodzenia Pana dzień dziś wesoły”, dlatego „Pójdźmy też i my, pójdźmy też i my /Przywitać Jezusa /Króla nad królami, Króla nad królami /Uwielbić Jezusa”, a jak już wejdziecie do szopy, wtedy „Oddajcie Mu pokłon boski /On osłodzi wasze troski /Gloria, gloria, gloria /In excelsis Deo”.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama