GN 48/2020 Archiwum

Na całe życie

Matka pyra, ojciec hanys – na dobry początek półwiecza wystarczy, potem trzeba jeszcze jezuitów i franciszkanów.

Po raz pierwszy podczas promocji lektorskiej i ceremoniarskiej katedrę wypełniły oklaski – trudno się dziwić, 18 kwietnia bp Ignacy gratulował Markowi Puczce 50 lat spędzonych w Liturgicznej Służbie Ołtarza.

Są rzeczy ważniejsze

Że jako dziecko biegał do kościoła, nie jest dziwne, że jako nastolatkowi wciąż mu to nie przeszło – też się zdarza, ale że jako dorosły wciąż podaje ampułki, bije w gong, czyta lekcję i przewraca kartki w Mszale – to zaskakujące. Przeszkadzali mu w tym tylko w czasie komuny. Najpierw w szkole średniej, w latach 70. ub. wieku. Kierownik internatu w Henrykowie zarządził czyn społeczny. Marek się buntował: Nie pójdę, bo Msza dla młodzieży jest, tuż obok (internat mieścił się w zabudowaniach pocysterskich). Kierownik przemyślał i ustąpił. Więcej, wygonił wszystkich do kościoła, a czyn społeczny i tak zrobili, ale później. W 1977 poszedł do wojska. Tu znowu przeszkody, żeby do kościoła pójść. Najpierw to mu nawet łańcuszek z szyi zerwali, tak nienawidzili Chrystusa, albo raczej ludzi, którzy się do wiary przyznają (a przecież sami potajemnie dzieci chrzcili i śluby brali – przy zamkniętych drzwiach kościoła). Bitka była o ten łańcuszek, ale przepustkę na Mszę wymusił. I jeszcze osiemdziesiąte lata. Poszedł do komitetu i zapytał, czy do partii go przyjmą (ojciec radził dla świętego spokoju, ale Marek w ten święty nieświęty spokój nie wierzył). Zapytał, wystawiając ich na próbę. – Ty szybciej ministrantem zostaniesz, niż my ciebie do partii zapiszemy – usłyszał to, czego się spodziewał. – Czemu mnie nie chcecie? – Za bardzo afiszujesz się z wiarą, więc nam ty wizerunek partyjny zepsujesz.

Spojrzał i zakochał się

– Jako dziecko zobaczyłem u jezuitów, naszych, kłodzkich, ołtarz – wspomina Marek Puczka. – I ta miłość do ołtarza od razu na mnie spadła. Od pierwszego wejrzenia. Mamo, ja chcę tam być! – zajęczałem przejęty i mama podjęła stosowne kroki – mówi. Kroki zaprowadziły ją do o. Treli, już nieżyjącego. Opowiedziała o marzeniach synka, jedynaka, a ojciec ostrzegł: – On będzie ministrantem, ale ty będziesz miała krzyż Pański z nim. Jak powiedział, tak się stało. Krzyż był, ale jak to z krzyżami Pana Jezusa bywa: słodki on i lekki, choć wciąż krzyżowy. Chodziło bowiem o godziny dyżurów. Było bowiem kiedyś tak, co dzisiaj jest już prawdziwą rzadkością, że grafik służby był nieubłagany. – Szedłeś do ołtarza nie wtedy, kiedy miałeś ochotę, ale wtedy, gdy wyznaczono ci dyżur – wspomina. Wstawała więc matka o piątej nad ranem, bo synek o szóstej do Mszy służył. Szła więc matka do kościoła na wieczorną Mszę, choć w niedzielę od dziecka chodziła na ranną. Prowadziła więc matka brzdąca na zbiórkę, choć musiała w domu dokończyć pranie czy sprzątanie. – A wszystko bez cienia skargi czy pretensji – zapewnia Marek. – Bo to z miłości było, i do Boga, i do mnie, synka ukochanego, jedynaka – dorzuca.

Powołanie trzeba mieć

Przy ołtarzu Marek nauczył się co to jest ofiara. Nie tylko ta najświętsza, ale i ta powszednia. Dlatego, kiedy zgłosił się do prowincjała franciszkanów, żeby ten go do zakonu przyjął, usłyszał: „Nie zgadzam się! Matkę masz chorą, ojciec już nie żyje, jedynak jesteś, musisz się nią zająć”. Więc wstąpił do tego domowego zakonu: troski o rodzicielkę. Czym się różni od klasztornego życia? Niczym. Nie założył rodziny, w kościele jest zawsze, studiował filozofię i teologię (na Ignatianum w Krakowie), dla ludzi jest dostępny non stop. Ma bowiem specjalizację: wsparcie dla trudnych przypadków, szczególnie rodzinnych (zrobił też podyplomówkę z nauk o rodzinie w Łomiankach). – Szczęśliwe życie to życie, które realizuje Boże powołanie a ja mam powołanie do służby przy ołtarzu – podsumowuje. – Wszystko u mnie zaczęło się jednak w domu rodzinnym, każdemu życzę takich rodziców, jak moi: konkretna, twarda pyra Nela i troskliwy Hanys Władek – uśmiecha się. Potem byli jezuici i św. Ignacy, a wreszcie, od czasu studiów zaocznych na jezuickiej uczelni, franciszkanie, którym jest wierny do dziś. – Czemu się do franciszkanów przeniosłem? Bo wtedy tutaj było ich seminarium, byli wykładowcy i biblioteka więc wszystko, co pomagało mojej edukacji akademickiej. I tak już zostało – wyjaśnia Marek Puczka w dniu, gdy w kościele pw. MB Różańcowej, dziękował Bogu za 50 lat wierności swemu powo- łaniu.

Pół wieku przy ołtarzu

Damian Tylk – Znam pana Marka od ośmiu lat, odkąd zacząłem służyć. To, co zawsze będzie mi się z nim kojarzyło, to niesamowita fascynacja służbą, z której niemalże wszyscy „wyrastamy” z chwilą zdania matury, a już na pewno, gdy się żenimy – on jednak poszedł inną drogą. Nie wiem czy sam będę potrafił go naśladować. Może? Ewa Szybiak – To pewnie już ze trzydzieści lat minęło odkąd się znamy. Cenię Marka za szczerość i otwartość i za przywiązanie do Boga i Kościoła. Poznaliśmy się na pielgrzymce, potem razem działaliśmy w oazie, gdzie na Marka można zawsze było liczyć. Jest duszą towarzystwa, ma w sobie dużo radości i umie się nią dzielić. o. Karol Głowacki – 38 lat temu poznaliśmy się z Markiem na kolei. On był kolejarz i ja byłem kolejarz. Pracowaliśmy razem 17 lat, potem ja poszedłem do franciszkanów, a on został przy ołtarzu i teraz znowu się spotykamy, ale już w Imię Pana. Marek to facet i do tańca, i do różańca, a przy tym nigdy nie rezygnujący z twardych zasad czy modlitwy. Nie jest to zbyt częste u mężczyzn.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama