Nowy numer 48/2020 Archiwum

Serce wciąż bije

– Mama dała mi życie dwa razy – mówi Piotr Mikoda, raz 43 lata temu, a drugi raz, gdy umierała, trzy lata temu.

O swoich narodzinach nie będzie opowiadał, bo nic nie pamięta – sprawa jasna.

Chce opowiedzieć o śmierci

swojej mamy. Miała na imię Krystyna. Kochał ją jak żadną inną kobietę na świecie. Tym bardziej że żadnej innej nie było i nie ma: ani żony, ani córki… nie musiał więc zostawiać ojca i matki, nie było dla kogo. Tak wyszło. Była więc miłość do tej, która dała życie, którą znał bardziej niż kogokolwiek innego, znał od środka i znał od zawsze. Tylko on, wsłuchujący się w bicie jej serca, i ona dająca siebie, udzielająca się, ofiarująca… jak Bóg. Gdy zaczęła chorować, zaczęła się też walka o życie. Pamięta ten dzień, gdy wróciła ze szpitala i na twarzy miała wypisany wyrok. Do tego dnia łudzili się jeszcze, że to coś innego, że z tego się wychodzi, że tylu z tym żyje. Tego dnia nie zostało już nic, tylko okrutne czekanie. Na śmierć zadaną przez raka.

Wyszedł z domu,

musiał ochłonąć, uspokoić się. Nie był przygotowany na taką przyszłość. Bez matki. Miała przecież dopiero 60 lat. Kobiety są mocne. Pewnie, narzekają, biadolą, chodzą do lekarzy, ale wciąż żyją. Żyją długo, żyją dłużej niż mężczyźni. Są matkami, tymi, które dają życie. Życie je lubi, obchodzi się z nimi delikatnie, szanuje je! Są potrzebne dzieciom, tym, które życie otrzymały – od matek. Piotr nie był gotowy na śmierć matki. Nie wie, co ze sobą zrobić.Błąkał się bez celu po mieście, nagle stanął przed kościołem pw. św. Mikołaja, notabene Cudotwórcy – to oficjalny tytuł świętego w prawosławiu. Proboszcza nie było. Lipiec, więc urlop. Zajrzał na wikarówkę. Gdy spotkanemu księdzu zaczął wyjaśniać, że matka umiera, ten już szykował bursę z olejami i Komunią… – Nie po to przyszedłem – zatrzymał go. – To ja potrzebuję pomocy – wybełkotał. Ksiądz był cierpliwy. Rozmawiali dwie godziny. Na końcu przy pożegnaniu usłyszał: „I ja odpuszczam tobie grzechy, w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego”. Usłyszał to! Znowu, po 25 latach od ostatniej spowiedzi. Był już gotowy na śmierć – swojej mamy. Krystyna umiera dwa tygodnie później, trzy dni po 40. urodzinach Piotra.

Jakiś czas potem

na ulicy spotyka Zbyszka, z którym jego młodszy brat chodził do klasy. Znają się trochę. Przystają zamienić kilka zdań. Wtedy po raz pierwszy słyszy: Teatralna Grupa Ewangelizacyjna. Przygotowują spektakl o Mszy świętej. Spotykają się na próbach. Potrzebny jest techniczny. – Może masz chwilę? Może chciałbyś mi pomóc? – pada na koniec. Czemu nie? Pojawia się na próbie. Zadanie nie jest skomplikowane, tylko trzeba uważnie śledzić scenariusz. Zmiana dekoracji, zmiana świateł, zaciemnienie. Po co mi ten młotek? Na to nie jest przygotowany, tego nie było w umowie, miał jedynie bawić się przełącznikami i pociągać za sznurki. Co mam zrobić? Przybić Jezusa do krzyża? – drąży zaniepokojony. Dopiero po chwili dociera do niego, że się nadaje, że może to zrobić, nawet powinien. Taka jest prawda o nim, Piotrze, który się zaparł.

Facet w sukience

– tym był dla niego ksiądz, gdy jako nastolatek zaglądał do kościoła. Mamie zależało na tym, więc robił to dla niej. Ale  Kościół go coraz bardziej męczył, drażnił i nudził. Nie rozumiał tego, co się w nim dzieje. W końcu to odrzucił. Nie po to stawał się dorosły, żeby się ograniczać, żeby się poddawać, żeby się umartwiać. Nie zamierzał się zgodzić na bycie owcą łażącą w stadzie za pasterzami. To nie dla niego, więc: „kocham cię, mamo, ale tego już nie zrobię, nawet dla ciebie” – ogłosił i słowa dotrzymał. Młody gniewny i partyjny – taki był pod koniec lat 90. Działacz SLD, chłopak do zadań specjalnych, na pierwszą linię frontu wojny o laicką Polskę i nowoczesne społeczeństwo. Każdy musi to przejść, zanim będzie znaczył więcej – tak kazali mu myśleć partyjni aktywiści. „Więcej” jednak nie przyszło nigdy. Przynajmniej dla niego. Przyszła za to gorycz niespełnienia. Koniec kariery partyjnej nastąpił na początku nowego stulecia. Kiedy brat poprosił go, żeby został ojcem chrzestnym… zgodził się, bez wahania, bo bratu się nie odmawia. Musi iść do bierzmowania. Poszedł, bez wahania i bez wiary. – Spoliczkował mnie biskup – drwił potem przed kolegami. Jednak gdy trzymał bratanicę w ramionach, przemknęło mu przez głowę: „po co to wszystko?”.

Teraz już wie

– Gdy uderzam młotkiem w gwóźdź, który przybija rękę Jezusa do krzyża, a potem, gdy przebijam Mu bok, przeszywa mnie dreszcz – wyznaje Piotr. To nic, że kilkuminutowa scenka jest tylko pantomimą, fragmentem misterium o Mszy świętej. To nic, że to tylko udawanie, że młotek jest drewniany, gwoździa nie ma wcale, a Jezusem jest Zbyszek. – Od mojego nawrócenia jestem nowym człowiekiem – wyjaśnia. – Mama prosiła całe życie, żebym wrócił do Kościoła. Była smutna, gdy odrzuciłem Boga. Nadzieja wróciła, gdy zostałem chrzestnym, nawet jeśli tak bardzo niegodziwie – ciągnie dalej. – Wiem jednak, że Bóg mnie przygotował nie tylko na śmierć mamy, ale i na nowe narodzenie. Że chrzest Kasi był wyłomem. Zaczynało coś we mnie pękać. Jeszcze płytko, powierzchownie, ale pojawiły się rysy na moim obrazie życia, siebie samego, świata i sensu tego wszystkiego. Gdy strach przed śmiercią mamy rozbił skorupę obojętności, okazało się, że jestem cały pokaleczony. Jezus zajął się mną. Nie wykorzystał okazji, żeby mnie pognębić, żeby mi udowodnić swoją wyższość. Pochylił się i objął czule. Znowu zacząłem słyszeć bicie serca, tym razem jednak nie mamy, bo ono nie miało już siły walczyć, ale Boga – milknie. Po chwili kończy. – Słyszę je na każdej Mszy świętej.

to było tak

Zbigniew Janaś – Z kościoła się nie znaliśmy, ale kojarzyłem go z miasta. Byłem zaskoczony, gdy usłyszałem, że się nawrócił. Wtedy gdy się spotkaliśmy na ulicy, wiedziałem już, z kim mam do czynienia: z nowo narodzonym. A szukałem kogoś takiego do pomocy i zależało mi, żeby był dyspozycyjny. Piotra pasował idealnie. Teraz wiem to jeszcze bardziej. Rozumiemy się na poziomie dużo głębszym niż tylko techniczny. Potrafimy ze sobą rozmawiać o Bogu. To nie jest takie częste, tym bardziej więc sobie to cenię.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama