GN 41/2018 Archiwum

Kilometry oczekiwane

Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę. Dwóch franciszkanów, matka z synem, paralityk i 75-latka opowiadają o swoim pierwszym dniu.

Wprawdzie pielgrzymi właśnie docierają na Jasną Górę, jednak zupełnie świadomie chcemy im przypomnieć pierwszy dzień tej świętej wędrówki. Żeby mogli się przekonać, jaką drogę przeszły nie tylko ich nogi, ale również ich serca, umysły i dusze.

31 lipca. Sprawdzam skuteczność

Nawet jeśli to już po raz trzeci, trudno mówić o rutynie. – Przygotowanie do pielgrzymki – mówimy o organizacji wszystkiego – to na pewno w jakiejś mierze pewien schemat. Wiadomo, co ma być: nagłośnienie, bagażowi, zaplecze medyczne, znak (zawsze, w każdej grupie, bez tego się nie da), ale tam, gdzie są ludzie, tam też są niespodzianki – mówi o. Augustyn Feliszek, kłodzki franciszkanin, przewodnik grupy 3. Pieszej Pielgrzymki Świdnickiej na Jasną Górę. – W tym roku jednak miałem poważne problem z muzycznymi. Do dostatniego momentu wyglądało na to, że nie będzie grających. Każdy, kto był na pielgrzymce, doskonale wie, jak ważna jest to sprawa. Bez dobrych muzyków idzie się o wiele trudniej, atmosfera nie jest radosna, modlitwa nie taka, jak być by mogła. Zmęczenie, słońce czy deszcz – to daje się we znaki – wyjaśnia i pokazuje swój kwiatek. Na jednym z jego płatków narysował gitarę – Bo okazało się, że w grupie idą siostry, które z radością będą nam służyć muzycznie – wyjaśnia. Na tym samym płatku narysował też kwiatek – Bo pierwszego dnia na zakończenie modlitwy wieczornej w Brzeźnicy otrzymaliśmy kwiatki wycięte ze sklejki – dodaje. I faktycznie, każdy pielgrzym franciszkańskiej grupy ma zawieszony na szyi sklejkowy kwiatek z pięcioma płatkami. Pięć z jednej strony i pięć z drugiej daje liczbę dni w drodze. – Ustaliliśmy, że każdego dnia na kolejnym płatku będziemy rysować coś, co jest dla nas znakiem Bożego błogosławieństwa, którego doświadczyliśmy w drodze – dorzuca o. Augustyn. Zresztą szukanie pomysłu na pielgrzymkowe dni, tego, co będzie grupę wyróżniać spośród pozostałych pięciu, to jedno z większych wyzwań organizacyjnych. – Żeby wypracować coś, co będzie treściwe i sensowne, spędziłem wiele czasu na modlitwie, rozmowach z ludźmi i przyglądaniu się temu, czym żyjemy, a co za tym idzie, z czym, z jakim bagażem wyruszamy na Jasną Górę – dodaje przewodnik w brązowym habicie.

31 lipca. Wreszcie ich spotykam

Jego franciszkański brat, o. Wiktor Lata, jest wolny od organizacyjnych zmartwień. Po raz drugi wyruszył z Kłodzkiem na Jasną Górę i już mówi o tej pielgrzymce: „moja”. – W ubiegłym roku o. Augustyn obawiał się, że może zabraknąć księży w grupie, dlatego ściągnął posiłki z zewnątrz – dorzuca zakonnik. Ojciec Wiktor na co dzień pracuje w duszpasterstwie powołaniowym na Górze św. Anny. – Wziąłem nawet udział w pielgrzymce opolskiej, jednak to właśnie świdnickiej nie mogłem się w tym roku doczekać – zdradza. Podoba mu się malownicza trasa? – Ona też jest ciekawa, jednak ciągnie mnie tutaj z powodu ludzi – mówi. – Rok temu poszedłem przynaglony prośbą o. Augustyna, w tym roku nie trzeba było mnie prosić. Z niecierpliwością czekałem na pielgrzymkowy start, bo wiedziałem, że spotkam świetnych ludzi i przez kolejne dziesięć dni będą się z nimi modlił, bawił, służył im jako kapłan i wspierał w drodze jako człowiek idący tą samą drogą, w tym samym kierunku, z tego samego powodu – wyjaśnia. Franciszkanin podkreśla klimat, jaki towarzyszy pielgrzymce. – Nie tylko między nami, w grupie, ale także sposób, w jaki nas witają ludzie, jak się nami cieszą, gdy okazują nam swoją życzliwość – to jest niepowtarzalne. – Poza tym wieczorem wciąż jesteśmy razem. Na opolskiej pielgrzymce nie ma grup namiotowych, wszyscy nocują na kwaterach, tutaj jest inaczej. Lepiej. Bo jak mokniemy, mokniemy razem, jak marzniemy, marzniemy razem, jak chrapiemy – też wszyscy o tym wiedzą – uśmiecha się.

1 sierpnia. Zaczynam świętować

– Ja sobie na namiot pozwolić nie mogę – zaczyna swoją historię o pierwszym pielgrzymkowym dniu Alicja Sinicka z Pieszyc. Mieszkanka Pieszyc od lat nocuje u tych samych dobrych ludzi w kolejnych wsiach na trasie do Częstochowy. – Pierwszy raz poszłam na Jasną Górę w roku 1989, potem na Światowe Dni Młodzieży w roku 1991 i jeszcze w roku 1998. Kolejne lata trzeba było poświęcić dla rodziny. W roku 2003 byłam już z Marcinem – mówi uśmiechając się do dwudziestoletniego dzisiaj syna. Ten jest na pielgrzymce po raz trzynasty i dla niego jest to wydarzenie roku. – Rok temu wzięliśmy udział w rekolekcjach Domowego Kościoła, dlatego nie poszliśmy na pielgrzymkę. Bardzo się to nie spodobało Marcinowi, dał nam wtedy popalić – przyznaje. Marcin jest po dziecięcym porażeniu mózgowym. Przez pierwsze półtora roku życia był karmiony sondą. Od 15. roku życia chodzi samodzielnie, ale tylko po twardej, prostej podłodze, dlatego na pielgrzymce jedzie w specjalnym wózku. Nie mówi, ale z mamą i każdym, kto go lepiej zna, porozumiewa się za pomocą gestów i spojrzeń. Ma problem z przełykaniem, dlatego trzeba mu przygotowywać specjalnie rozdrobnione jedzenie. – Dużo tego – mówi matka. – Już dawno nie zadaję sobie pytania: po co iść na pielgrzymkę z tak niepełnosprawnym synem. Przekonałam się już dwanaście razy i chcę się przekonać po raz trzynasty, jak wielkim błogosławieństwem dla mnie i dla całej naszej grupy jest jego obecność – zapewnia. Marcin zresztą doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jaki termin zbliża się wraz ze zmianą kolejnych kartek w kalendarzu. Gdy trzeba się pakować, nie odpuszcza ani przez chwilę, aż wszystko będzie gotowe. Dyryguje, upomina się, zwraca uwagę. Cała rodzina wie: jest Boże Narodzenie ze swoim świątecznym zamieszaniem, jest Wielkanoc ze swoimi obrzędami i jest pielgrzymka – ona też ma prawo do swojego. Te trzy się liczą. W tej rodzinie najbardziej. Matka z synem idą w grupie drugiej (ziemia dzierżoniowska). Ta grupa jest szczególna, ponieważ pierwszego dnia pielgrzymki wychodzi ze Świdnicy, ale w Pieszycach, gdzie jest nocleg, przestaje istnieć. Wszyscy wracają do swoich domów. – Dlatego dla mnie pielgrzymka zaczyna się dopiero 1 sierpnia – wyjaśnia. Od 2009 r. pielgrzymka dla Sinickich to jeszcze jedno: czas eucharystycznego święta. Na pielgrzymce bowiem Marcin w wieku 15 lat przyjął Pierwszą Komunię św. To także rocznica innego cudu: Marcin po Komunii św. zaczął przełykać, woda przestała być dla niego za rzadka. – Od pierwszego dnia, gdy tylko spotkamy się w naszej grupie, aż do dnia ostatniego żyję tym, co się tutaj dzieje, oddycham inną atmosferą, w której słowa solidarność, braterstwo, ofiara i radość dzieją się na oczach nas wszystkich – zapewnia.

Posłowie od matki Alicji

Wieczorem, po pierwszym dniu przychodzi jeszcze SMS: „Moim marzeniem jest pojechać z Marcinem w przyszłym roku na spotkanie z Franciszkiem w Krakowie, bo do Rzymu jest dla nas za daleko”. A dwanaście godzin później jeszcze jedna wiadomość na redakcyjnej komórce: „Najważniejsze na pielgrzymce jest to, że ja, Alicja, staję w prawdzie przed samą sobą, bo Bóg wie, jaka jestem, a Matka czeka aż przyjdę do Niej i się wypłaczę a Ona mnie przytuli. Dlatego idę co roku. Nie dostanę tego nigdzie indziej i od nikogo innego”.

30 lipca. Zaczynam rozruch

Chodzi jak paralityk. – Bo paralitykiem jestem – uśmiecha się Grzegorz. Uśmiecha się też jakoś tak krzywo. – Dostałem w łeb. Pracowałem w firmie windykacyjnej. Dłużnikowi nie podobało się, że ma oddać, co nie jego. Chciał mnie zabić. Jak myślisz, czym? Tak, tak – kijem do bejsbola – wspomina wydarzenia sprzed 10 lat. Ma 38 lat. Gdy jego życie zawisło na włosku, lekarze spisali go na straty. Ojciec Grzegorza usłyszał: będzie warzywem i jako warzywo rodzina odebrała go ze szpitala. – Pięć lat temu, gdy ledwo zacząłem chodzić, usłyszałem od ks. Strugarka, mojego proboszcza, że jak się ktoś czuje na siłach, komu zdrowie pozwala, to niech wybierze się na Jasną Górę – wspomina ogłoszenia parafialne w Szczawnie-Zdroju. – Pomyślałem o sobie: byłem warzywem, jestem paralitykiem – znaczy się postęp ogromny. Znaczy się mam zdrowie i mam siły. Nawet ochota przyszła. Lekarz nie chciał się zgodzić. Paralityk nie chodzi przecież normalnie. Grzegorz ma uszkodzony móżdżek i błędnik, dlatego zarówno mówienie, jak i wszystkie ruchy ma spowolnione. – Poszedłem jednak i doszedłem – uśmiecha się. – A w tym roku było jeszcze gorzej, bo dopiero wczoraj wróciłem ze szpitala. Pierwszy dzień nie jest więc łatwy, szczególnie podejście z Nowego Miasta na Poniatów. Dla wielu z nas to już wspinaczka alpinistyczna – mówi, komentując trasę z Wałbrzycha do Świdnicy. Ale i tak najważniejszym wydarzeniem tego dnia (w numeracji ogólnopielgrzymkowej nosi on miano „zerowego”) jest dla Grzegorza to, co właśnie dobiega końca: rozmowa z dziennikarzem.

30 lipca. Idę za głosem

– Ja też jestem przejęta – zapewnia zaraz na początku Maria. Ma 75 lat, a swój pierwszy pielgrzymkowy dzień przeżywa po raz 14. – Tak, zaczęłam całkiem późno – uśmiecha się, rozbijając swój namiot. Nie musi tego robić. W Witoszowie, gdzie nocuje jej grupa, każdy, kto chce, może iść na kwaterę. Mieszkańcy są bardzo gościnni i widzą w pielgrzymach znak Bożego błogosławieństwa. – Ja zostaję. Nie lubię kwater. Lubię świeże powietrze i to zdanie się na łaskę Boga bardziej niż ludzi – klaruje. Jest zmęczona, ale wciąż się uśmiecha. – Nocy nie przespałam z tych emocji. Co roku to samo. Nie mogę się doczekać. Sprawdzam, czy wszystko mam. Dorzucam to to, to tamto. Córka też ma swoje pomysły, czego nie powinnam zapomnieć, więc trzeba się tym pomysłom przyjrzeć. W sumie mam wrażenie, że wzięłam cały swój dobytek, ale mieści się ze mną w namiocie, więc jest przyzwoicie – żartuje. Jak to się zaczęło? Jak 61-leniej kobiecie przychodzi do głowy: idź na piechotę do Częstochowy? Odpowiedzi są dwie: albo głupieje, albo ma Boży nakaz. – Na głupią nie wyglądam, wiec zostaje Boże wezwanie. I tak było w istocie. Usłyszałam: Musisz wyjść z domu i przyjść do mnie. Jak Abraham. Identycznie. Więc poszłam. Pierwszy dzień na pielgrzymce to pierwszy z kolejnych jedenastu, kiedy przekonuję się, że kto zaufał Panu, nie zachwieje się na wieki – kończy.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy