Nowy numer 48/2020 Archiwum

Miłość przyszła i została

Uśmiecha się łagodnie. – Tylko prawdę mów – powtarza swój refren. Janek kiedyś, dzisiaj Jan. Głuchawy już, więc się nie wtrąca. Tylko ostrzega, do porządku przywołuje. Żartobliwie.

Chodził wzdłuż płotu w Krzywej Wsi, powiat niżański, na Rzeszowszczyźnie. Chodził do siostry ciotecznej. Maszerował dumny, zadurzony. Miał nadzieję. Nie widział oczu wyzierających zza furtki. Tyle razy przechodził, a nie zaszedł do Gieni. Bo ona młoda, dziecko jeszcze. On rocznik 1923, ona całe sześć lat późniejsza. Taż to przepaść, gdy dwudziestki się jeszcze nie ma.

Młoda ja byłam

Życia nie znałam, w głowie mi chłopaki nie były – zapewnia.– Mama nas trzymała mocną rękę. Na wszystko przyjdzie czas, powtarzała i na czas się czekało – wspomina Genowefa. – Takie sobie imię przyniosłam, takie mi na chrzcie świętym dali. 3 stycznia się urodziłam. Czwarta byłam z trzynaściorga, jak się potem okazało – dodaje.

Dzisiaj sami zostali. Wszyscy poumierali. – To ciężar wieku. Pan błogosławi długim życiem, tak Pismo Święte mówi, ale to długie życie skazuje na samotność. Janek wszystkich kolegów ma już na cmentarzu. Odwiedza ich tam, no ale tylko pogada, nic poza tym – zauważa Genowefa. – Zresztą my w Wolbromku już chyba jedyni z tych, co się tutaj po wojnie osiedlili jako pierwsi. Reszta to już młodzież – przyznaje. Wywodom matki przysłuchują się córki: Teresa i Grażyna. – Pierwsza ma imię po świętej, co mi się bardzo podobała, ale i po kuzynce, co bardzo dobrą kobietą była, a druga z gazety ma imię. Czytałam wtedy (56 lat temu) coś, co było w odcinkach i o Grażynie właśnie. No to Mickiewiczowskie imię dostała. Ale tego to wtedy nie wiedziałam, że sam Mickiewicz to imię wymyślił – zaznacza uczciwie.

Jak Niemcy przyszli

Skończyła się szkoła. Zaledwie cztery klasy udało się zrobić. Szkoła życia już tylko potem została, ale ona na całe życie wystarczyła. Gienia rosła była, więc bała się, że na roboty będzie wywieziona. Dlatego poszła do pracy do sanatorium dla żołnierzy Wehrmachtu. Prała zakrwawione mundury, prała sanatoryjną pościel i bieliznę, prała aż Niemcy uciekli. W 1945 ona pojechała na Zachód. – Trzy dni jechałam to, co teraz w pięć godzin samochodem można – mówi. W bydlęcym wagonie, w smrodzie, zaduchu i z duszą na ramieniu, bo pierwszy raz w wielki świat się wybrała. A to wszystko przez dziadka. On to zabrał ją kiedyś na odpust i oprócz świętych obrazów w Leżajsku, pokazał jej rynek i pociąg. Gdy go Gienia zobaczyła, zaczęła marzyć, żeby takim podróżować. – Siedziałam ja w tym wagonie trzy doby i myślałam, że głupia ze mnie dziewczyna – przyznaje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama