Nowy numer 25/2018 Archiwum

Wiary nie sprawdzę georadarem

Poszukiwacze skarbów. Mówi się o nich „znalazcy złotego pociągu”, choć nigdy nie twierdzili, że taki znaleźli. W ciągu kilku dni stali się znani na całym świecie. Kim są i czym zajmują się na co dzień?

W sierpniu ubiegłego roku złożyli w wałbrzyskim Urzędzie Miejskim pismo. Napisali w nim, że wiedzą, gdzie jest ukryty pociąg z czasów II wojny światowej. W najśmielszych oczekiwaniach nie spodziewali się, że wywołają tym takie poruszenie.

Szepty i strach

– Zawsze lubiłem historię – zaczyna Piotr Koper. – A historia II wojny światowej była dla mnie szczególnie interesująca i pasjonująca. W Wałbrzychu zamieszkał 14 lat temu. Wiedział, że jest tu wiele pozostałości po II wojnie i po III Rzeszy. Zaczął się tym interesować. Spotykał ludzi, którzy mówili mu o ukrytych pociągach, skarbach, ciężarówkach, złocie, odstrzelonych tunelach w górach i wielu innych rzeczach. Na początku podchodził do tego z przymrużeniem oka. – Ale, jak mówi przysłowie, im dalej w las, tym więcej drzew – stwierdza. – Zacząłem pewne opowieści weryfikować, docierać do dokumentów, zapomnianych książek. W końcu doszedłem do wniosku, że te opowieści w większości są prawdziwe. Od początku zastanawiała mnie jedna rzecz. Ci wszyscy ludzie mówili o tym szeptem, na ucho, żeby gdzieś z jakąś wypowiedzią nie wychylić się. Czasami nawet ze strachem. To było dla mnie bardzo dziwne. Tyle lat po wojnie, a w nich cały czas tkwi strach, że ktoś może tego pilnować. W pierwszych latach po wojnie strach był oczywiście całkiem uzasadniony. Nowi mieszkańcy Dolnego Śląska bali się oddziałów Wehrwolfu wiernych rozkazom führera, mimo kapitulacji III Rzeszy. Bali się strażników, którzy mieli strzec tego, co ukryto w pośpiechu. Uciekający Niemcy podejrzewali, że wkrótce będą mogli wrócić do swoich miast. Bali się Rosjan i ich tajnych służb, które grabiły wszystko, co miało jakąkolwiek wartość. Wreszcie bali się narzuconej siłą polskiej komunistycznej władzy i jej służb, która także chciała mieć pełną kontrolę nad tym, co jeszcze mogło zostać ukryte przez Niemców. Piotr Koper spojrzał na wszystko z innej perspektywy. Wychowywał się w nieco innych realiach. Jest góralem z Beskidu Żywieckiego. Ma 45 lat, urodził się w Bielsku-Białej, a żona pochodzi z Żywca. Z wykształcenia jest technologiem drewna i budowlańcem. Z pracy w tym fachu utrzymuje rodzinę. Kiedy zaczął bliżej poznawać pasjonatów historii, którzy całe życie spędzili na poszukiwaniach, analizowaniu dokumentów, weryfikowaniu opowieści, wspólnie z nimi powołał stowarzyszenie Dolnośląska Grupa Badawcza. Działając w tejże grupie, Piotr poznał Andreasa.

Jak Niemiec z Polakiem

Andreas Richter ma 53 lata, urodził się w Dreźnie. W latach 90. miał firmę handlującą przyrządami do geodezji. Jeden z oddziałów spółki był w Opolu, więc Andreas często jeździł służbowo do Polski. Będąc w Wałbrzychu, zaczął prowadzić interesy – jak się później okazało – ze swoim przyszłym teściem. – Któregoś dnia to nie on otworzył mi drzwi, a jego córka. To była miłość o pierwszego wejrzenia, jak w filmach – śmieje się Andreas. – Po dwóch latach wzięliśmy ślub. Ponieważ Beata nie chciała zamieszkać w Niemczech, ja zamieszkałem w Polsce. W Wałbrzychu mieszka od 18 lat. Tu ma również swe biuro i prowadzi firmę. Przez przypadek zainteresował się genealogią. Teraz zawodowo tym się zajmuje. Na zlecenia niemieckich klientów tworzy drzewa genealogiczne, poszukuje ich przodków i dokumentów, cofając się czasem aż do XV wieku. Pracuje głównie na Dolnym Śląsku, choć niektóre sprawy wymagają i dalszych podróży. – Nigdy wcześniej nie interesowałem się tajemnicami II wojny światowej – wyjaśnia Andreas. – Po kilku miesiącach od przeprowadzki do Wałbrzycha ojciec mojej żony po raz pierwszy opowiedział mi o przeróżnych tajemniczych historiach związanych z tym miastem, zamkiem Książ i okolicami. Wtedy niezbyt mnie to interesowało. Ale później zaczął mi pokazywać jakieś rzeczy w lesie, przyniósł książki po niemiecku, pisane gotykiem, z prośbą, by przetłumaczyć jakiś fragment. Z biegiem czasu poznawałem więcej ludzi, którzy próbowali rozwiązać tutejsze tajemnice. Pokazali mi różne znaki ukryte w terenie. W końcu pomyślałem, że musi w tym jednak coś być i w końcu tym się zainteresowałem. To trwa już jakieś 15 lat. Cały czas traktowałem to jako hobby. Spotkanie z Piotrem sprawiło, że przerodziło się w pasję. Kiedy Andreas po raz pierwszy usłyszał opowieści o „złotym pociągu”, pomyślał, że to bajka. Piotr Koper powiedział mu jednak, że zna człowieka, który na 65. kilometrze trasy kolejowej Wrocław–Wałbrzych osobiście widział tory biegnące w głąb nasypu. Informacje, jakie mieli obaj panowie, zaczęły układać się jak puzzle. Wydedukowali, że skoro były tam tory, to musi być i tunel, którego istnienie będzie można potwierdzić georadarem. Pomysł chcieli zrealizować w ramach grupy badawczej, której byli założycielami. Nie znaleźli jednak poparcia wśród kolegów. Być może dlatego, że 12 lat wcześniej Tadeusz Słowikowski prowadził już tam prace wykopaliskowe. Na polecenie kolei przerwano je po trzech dniach. Nie udało się wtedy znaleźć dowodów na istnienie tunelu. Andreas i Piotr postanowili więc przeprowadzić badania georadarem samodzielnie. – Wyniki całkowicie nas zaskoczyły – mówi Andreas Richter. – Zamiast przewidywanego tunelu zobaczyliśmy zasypany pociąg. Co działo się później, to już wszyscy wiedzą.

Rodzina – największe wsparcie

Rok temu panowie Koper i Richter założyli spółkę „XYZ”, która zajmuje się georadarowymi badaniami gruntów. – Jesteśmy młodą firmą i musimy dopiero zaistnieć na rynku – tłumaczy Koper. – Wydobycie pociągu bardzo by nas uwiarygodniło w oczach kontrahentów. Porażka nas pogrąży. Postawiliśmy wszystko na jedną kartę nie dlatego, że jesteśmy niezrównoważeni, tylko dlatego, że przeprowadziliśmy tam badania, a ich wyników jesteśmy całkowicie pewni. Dochodzą do tego relacje naocznych świadków. Na początku znalazcy pociągu deklarowali, że są w stanie sami pokryć koszty jego wydobycia. Jednak po badaniach naukowców z krakowskiej AGH, którzy stwierdzili, że pociągu nie ma, wielu potencjalnych sponsorów wycofało się. – To skomplikowało sytuację, ale nadal podtrzymujemy, że jesteśmy w stanie to zrobić. Są osoby i firmy, które nadal z nami współpracują i chcą nas wspierać, często bezinteresownie. Jest swego rodzaju pospolite ruszenie wokół tego pociągu. Niestety, większość kosztów musimy pokryć sami. Piotr Koper tłumaczy, że musiał poświęcić wszystkie oszczędności, które zgromadził, prowadząc wcześniej firmę budowlaną. – Na szczęście Dorota, moja żona, bardzo mnie wspiera – mówi. – Mam wsparcie od najbliższej rodziny. Zresztą wszyscy podzielają moją pasję do odkrywania tajemnic. Muszę przyznać, że trochę ich tym zaraziłem. Ale prawdę mówiąc, nie musiałem się bardzo starać. Sami bardzo chętnie się angażują. Mój starszy syn Paweł i syn Andreasa starają się być wszędzie razem z nami. Również mój najmłodszy, 10-letni Szymon, też już tym się interesuje. Andreas podobnie jak Piotr ma wsparcie w swojej rodzinie. – Christian, mój syn, bardzo chętnie ze mną jeździ we wszystkie miejsca, w których czegoś szukamy – opowiada Andreas. – A żona? Ona chyba jeszcze bardziej interesuje się tymi tajemnicami niż ja sam. – Christian jest bardzo uzdolniony technicznie i informatycznie – dodaje Piotr Koper. – Nauczył się obsługiwać georadar, kiedy miał 12 lat. Później nawet mnie uczył, jak z niego korzystać.

Życie pielgrzyma

– Ludzie są dziś bardzo zabiegani – mówi Piotr Koper. – Praca zajmuje większość ich czasu. Mało jest chwil, które spędzamy z rodziną. U nas wspólna pasja to zmieniła. Jesteśmy ze sobą razem dużo częściej niż kiedyś. Zdarza się, że po prostu wsiadamy wszyscy w samochód i jedziemy w góry. Chodzimy, szukamy, analizujemy. Jest czas na rozmowę. Zawsze chciałem więcej czasu spędzać z rodziną, teraz to się udaje. Dzieciom trzeba coś przekazać. Myślę, że nie zapamiętają ojca z tego, że wybudował kilkadziesiąt domów, a z tego, że razem znaleźliśmy jakąś monetę. – Staram się żyć blisko Kościoła, ale czy mi to wychodzi, to pewnie kiedyś Bóg oceni – wyjawia poszukiwacz. Okazuje się, że jest nie tylko pasjonatem odkrywania dolnośląskich tajemnic, ale również zagorzałym pielgrzymem. W ubiegłym roku przeżywał osobisty jubileusz – uczestniczył po raz 20. w pieszej pielgrzymce na Jasną Górę. Jak wylicza, szedł sześć razy z pielgrzymką świdnicką, 12 razy z bielską i dwa razy z krakowską. Zazwyczaj wędruje jak inni pielgrzymi, ostatnie trzy razy był jednak w służbie medycznej pielgrzymki świdnickiej. – Na pielgrzymce mówi się, że jeżdżę „trupiarką” – śmieje się. – Zabieram z trasy tych, którzy nie mogą już iść. Paweł, starszy syn, był z tatą już 10 razy na pielgrzymce. Teraz zaczyna chodzić również młodszy, jeszcze nie na całość, ale po kilka dni. – Ostatniego dnia zawsze całą rodziną wchodzimy do Częstochowy. Myślę, że to bardzo ważne doświadczenie. Pielgrzymem jest się potem już nie tylko na pielgrzymce, ale w całym życiu. Przynajmniej staram się być nim na co dzień. Wiara i poszukiwanie „skarbów” to jednak różne rzeczywistości. – Tu nie mogę opierać się na wierze, bo to za mało. Liczą się fakty. Wiary nie można sprawdzić magnetometrem, wykrywaczem metalu ani georadarem. A moje hobby mogę.

Czas działań

Jak wyjaśniają znalazcy pociągu, dziś największym blokującym poszukiwania zabytków okazuje się… konserwator zabytków. – To są bardzo zachowawcze działania – tłumaczy Koper. – Z takim nastawieniem nie ma szans na odkrycie czegokolwiek. Blokuje on każdą inicjatywę ludzi, którzy chcą coś odkryć, dotrzeć do prawdy. Są tak bzdurne wymagania, nie do przeskoczenia dla przeciętnego człowieka. Zainteresowanie turystów regionem, jakie wywołali poszukiwacze tajemnic, jest ogromne. Zamek Książ, podziemia „Riese” i inne obiekty historyczne przeżywają najazd turystów. – Jeżeli jakiś urzędnik działa w interesie regionu, to zrobi wszystko, by ułatwić nam sprawę – mówi Piotr Koper. – Jeżeli robi odwrotnie, postępuje wbrew interesom regionu i państwa. Zadam retoryczne pytanie: w czyim interesie występuje urzędnik, który działa wbrew interesom państwa? Mam nadzieję, że dobra zmiana, na którą w Polsce czekamy, będzie również zmianą wojewódzkiego konserwatora zabytków i jego nastawienia do tego, co robimy my i inne grupy badawcze. Zdaniem pana Piotra, musi zmienić się prawo dotyczące poszukiwaczy amatorów, by osoba z wykrywaczem metalu w ręku przestała być synonimem pazernego cwaniaczka, którego działalność przysparza więcej szkody niż pożytku. – Można, jak w innych krajach, wprowadzić licencje dla poszukiwaczy i przeszkolić ich, by wiedzieli, co w zgodzie z prawem mogą zrobić ze znaleziskiem. Trzeba wykorzystać zapał badaczy historii, a nie blokować go – tłumaczy poszukiwacz „złotego pociągu”. •

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma