Nowy numer 43/2020 Archiwum

Ostatnia pielgrzymka

W chwili śmierci widać jak nigdy wcześniej… życie.

Pierwszy odruch zawsze ten sam: szybciej można byłoby się spodziewać wybuchu bomby atomowej niż tej śmierci. Gdy 19 kwietnia zaczęto sobie podawać z telefonu na telefon, z ust do ust i z jednego profilu na drugi: ks. Andrzej Raszpla nie żyje – dziesiątki tysięcy osób nie dowierzało.

Scenariusz ten sam

Prawidłowość ta powtarza się uparcie za każdym razem, gdy ktoś ze znajomych umiera, szczególnie gdy nagle, za wcześnie: właśnie wtedy, z całą ostrością zaczyna się dostrzegać, jak bardzo ten właśnie człowiek był dla nas ważny, ile zrobił i jaką rolę odegrał. Zaskakuje nas, jak wiele tego jest i jakiego ciężaru emocjonalnego, historycznego i osobistego są to sprawy. Gdy już nie można z nim o tym wszystkim porozmawiać, gdy nie można mu za to podziękować, gdy za późno się zrobiło, żeby sprawić mu radość, okazać czułość, szacunek czy uznanie, pojawia się ból. Za późno. Czemu? Bo gdy żył, wtedy bardziej interesujące wydawały się jego potknięcia, błędy i grzechy. Wtedy karmiło się zazdrość. Tymczasem przyszła śmierć. Przyszło rozstanie – i nawet jeśli jest ono tylko na chwilę (bo cóż to są choćby lata całe względem wieczności?), to jednak jest ono dotkliwe. Ogołaca, oczyszcza, upokarza nawet, tzn. pozwala stanąć w prawdzie. Teraz wobec tej relacji, tego człowieka, tej jego historii, w której jakaś chwila, jakiś epizod czy wprost przeciwnie: dziesięciolecia i wielkie dzieła – spotkały nas z nim, skrzyżowały ścieżki, obdarowały obecnością – wydają się drogocenne, nabierają wymowy, domagają się podsumowania. Nie jest łatwo.

Napisali na Facebooku

„Udzieliłeś mi Aktu Chrztu, byłeś przy ślubie mojego brata, byłeś przy chowaniu moich bliskich! Ganiałeś mnie za gadulstwo na mszach młodzieżowych! Kurde! zawsze byłeś, widzieliśmy się we wtorek rano.... a wieczorem?! Miałeś być nieśmiertelny, niezastąpiony! Nie zgadzam się z wolą Boga!” (Artur Marlinga); „Jakby nie było, kościół się budował i budował, przyszedł ks. Andrzej i kościół jakby nam spod ziemi wyrósł. Zawdzięczamy facetowi kawał dobrej roboty. Bo przecież to, co wybudował, wybudował dla nas wiernych! Módlmy się teraz. .. i dbajmy o to, w co tyle serca wkładał przez tyle lat nasz wspaniały i mądry proboszcz. Powiem szczerze, że ja sobie nie wyobrażam, że teraz zamiast niego będzie ktoś inny” (Monika Fronczak); „To nie może być prawda!!! Księże Prałacie, niech Pan przyjmie Cię do grona zbawionych. Dziękujemy Ci za wszystko, za nasze sanktuarium, za wszystkie pielgrzymki, za wszystko, co dla nas zrobiłeś” (Teodozja Olewnik) i może jeszcze jeden wpis: „Niezwykły człowiek, który kochał ludzi i umiał to okazać. Bardzo, ale to bardzo dużo zrobił dla naszej społeczności tutaj na Podzamczu. Mówi się, że ludzie są niezastąpieni, ale to nieprawda, po księdzu Andrzeju zostanie wielka dziura. Zawsze będziemy go pamiętać, jak chodzi lub biega po świątyni, którą sam wybudował” (Alina Sokołowska). I rzeczywiście, najpierw i przede wszystkim był proboszczem, budowniczym. Nawet w kurii.

Konsekwentnie do końca

Gdy trumna ze zwłokami była wystawiona na czas pożegnania i modlitwy, kościół także w nocy odwiedzali księża. Przychodzili, żeby pożegnać się z ekonomem diecezji. W rozmowach nie kryli, że jego zaangażowanie, nawet jeśli niedoskonałe, zawsze miało na celu dobro diecezji. „Potrafił przyznać się do błędu. Wtedy robił, co się da, żeby skutki złej decyzji były jak najmniejsze”; „Dzielił się chętnie swoim doświadczeniem duszpasterskim i z tej perspektywy oceniał różne kurialne pomysły i inicjatywy”; „Można się było od niego uczyć szacunku wobec przełożonych, wobec naszego biskupa i jego decyzji. Słowo biskupa było dla niego święte” – mówią księża. Oni też zwracają uwagę na wyraz twarzy zmarłego: „Uśmiecha się, tak jak to lubił robić za życia”; „I nie wiesz do końca, czy jest to uśmieszek czy radość, czy podśmiechuje się z ciebie, czy gratuluje”; „I co? znowu was zaskoczyłem! – wydaje się cieszyć, gdy leży w trumnie”; „To może być też cień radości, jakiej doświadcza. Przecież to prawdziwie kapłańska śmierć: odprawił Mszę św. i zaczął przechodzić na druga stronę. Teraz wydaje się poświadczać to, co głosił, czemu służył i czemu oddał życie”.

Z księgi kondolencyjnej

„To ja, Asia. Pamiętasz? Śpiewałam u Twego boku, Ty pokazałeś, nauczyłeś, jak się modlić, chwalić Boga, cieszyć się chwilą, sobą. To Ty uratowałeś mnie od niechybnej śmierci, wyrwałeś mnie z jej rąk. Nie umiem Ci za to podziękować, ale Ty na pewno wiesz jak bardzo jestem Ci wdzięczna. Będziesz na zawsze w moim sercu. Kocham Cię”. „Swoją obecnością przyciągałeś ludzi do Pana Boga. Pielgrzymowałeś z nami, a dziś postanowiłeś sam wyruszyć z pielgrzymką do Stwórcy” (Ewa Melewicz).

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama