Nowy numer 3/2021 Archiwum

Wybrańcy szos

Rafał Majka, Maciej Bodnar, Paweł Poljański – to ich starsi koledzy ze szkolnej ławki, a raczej z rowerowego siodełka.

Zjeżdżają się do Świdnicy z całej Polski, choć czasami mają bliżej do Torunia czy Żyrardowa. Oni wolą jednak Dolny Śląsk – bo tutaj są mistrzowie.

Przyszli i poszli

Mistrz to bardzo pojemne słowo – wieloznaczne, niemniej zawsze dobrze odbierane przez młodych, którzy sięgają po więcej niż tylko życiowy luz. W świdnickiej Szkole Mistrzostwa Sportowego w Kolarstwie jest ich w sumie 60 (27 w klasie pierwszej, 13 – w drugiej i 20 – w trzeciej). – Z tej szkoły rezygnuje się najpierw w klasie pierwszej, bo to czas weryfikacji i mierzenia się nie tylko ze swoimi siłami, ale też z tęsknotą za rodziną i przyjaciółmi – mówi Franek Krażewski z Lubina. – W klasie drugiej odchodzi się z powodu urazów, chorób i pewności, że jednak ten sport nie jest dla mnie. Można mieć także dość tej szkoły – po prostu – dodaje Artur Jatczak z Leszna, a obraz uzupełnia Sandra Traczyk ze Złotoryi. – W trzeciej klasie sam nie rezygnujesz, ale wtedy możesz wylecieć za niesubordynację, sięganie po używki czy łamanie regulaminu – wylicza.

Bracia, siostry i ojciec

Jest ich tu bardzo mało, wszyscy doskonale się znają. Razem ze sobą ćwiczą, uczą się, odpoczywają, współzawodniczą. – Jesteśmy jak bracia i siostry – mówi Sandra. No właśnie, dziewczyny – pojawiły się zaledwie dwa lata temu, jest ich tylko siedem. – na początku nie czułyśmy się komfortowo, ale teraz jest inaczej – wyjaśnia Sandra. – Mają z nami trochę problemów, bo jednak nie wytrzymujemy takiego tempa i rytmu treningów, jakie mają chłopaki, ale ostatecznie dajemy radę – uśmiecha się. Są rodziną, dlatego potrzebują ojca. Znajdują go m.in. w swoim katechecie – ks. Wojtku Iwanickim. – To charakterystyczne dla wielu pedagogów pracujących w tej szkole: nasze zaangażowanie nie ogranicza się do siatki godzin lekcyjnych czy treningów, ale jest rozciągnięte na wiele innych wydarzeń szkoły i internatu – zapewnia. – Inaczej się tu nie da, bo albo się jest kimś bliskim, tak jak uczniowie dla siebie nawzajem, albo stajesz się obcy, wyalienowany – ocenia.

Mistrzostwo wiary

Pewnie dlatego gdy ktoś z uczniów potrzebuje noclegu, bo zbyt późno wrócił do internatu – znajdzie pomoc na plebanii (niedaleko szkoły), a gdy nie zdąży na ostatni pociąg z Wrocławia do Świdnicy, sięga po ostatnią deskę ratunku: telefon do przyjaciela – czyli księdza. – Wielu z nas ma swoje pobożne rytuały: krzyżyki pod siodełkiem, znak krzyża na początku treningu czy wyścigu, koronka na kierownicy – mówi Franek. – Jednak dopiero teraz, gdy znamy księdza Wojtka, przekonujemy się, że te znaki nie muszą być wyłącznie swego rodzaju zaklinaniem rzeczywistości, ale może stać za nimi konkret relacji: z Bogiem i z człowiekiem – bo ksiądz to też człowiek – wyjaśnia. Co więcej, prywatne praktyki wiary nabierają takiego znaczenia, że uczniowie chcą więcej: dlatego w klasach nareszcie zawisły krzyże. – To była inicjatywa uczniów, chcieli pójść dalej w wierności Bogu, dlatego poprosili dyrekcję o pozwolenie na te krzyże – dopowiada katecheta. – Mamy swoich mistrzów kolarstwa, naszych starszych kolegów, dzisiaj sportowe sławy. Bardzo ich potrzebujemy, ale mamy też Mistrza w Bogu, a ten okazał się dla nas ważny dzięki jeszcze jednemu mistrzowi – duchowemu, naszemu katechecie – podsumowuje Artur.

Bóg dla sportowca

Klaudia Królikowska, 18 lat, Jelcz-Laskowice – Każdy musi w coś wierzyć. Lepiej, gdy jest to Ktoś taki jak Bóg. Nie jest łatwo budować z Nim relację, ale jest to możliwe, tego się uczę, bo jest mi potrzebna Jego pomoc. Nie chcę być sama. Ani w czasie zwycięstw, ani w czasie porażek.Rzadko chodzę do kościoła, bo zawody i treningi przeszkadzają, ale lubię tam być – odzyskuję wtedy spokój. Norbert Śmieszek, 17 lat, Grodzisk Wlkp. – Można skupić się na tym, co namacalne: wysiłku, pracy, miejscu na podium, ale moje życie musi mieć głębszy sens. Jaki? O tym dowiaduję się od Boga. Bez jego zaangażowania w moje życie wszystko byłoby puste. Co więcej, jestem tu dzięki Niemu i wytrzymuje tu także dzięki Niemu – On jest inspiracją do działania i wytrwałości. Natalia Mierzyńska, 18 lat, Leszno – Pochodzę z bardzo religijnej rodziny, więc łatwo mi znajdować Boga w tym, co się dzieje: w wydarzeniach, spotkaniach z ludźmi i poruszeniach serca. Jestem obdarowana – tak to widzę. Boga sprawdziłam już w swoim życiu, dał radę! Gdy nie wiem, co robić, wtedy pytam siebie: „A co na to Jezus?” – i już wszystko jasne. On naprawdę jest drogą, prawdą i życiem. Hubert Zdeb, 18 lat, Zamość – Dwa razy w życiu Bóg zawrócił mnie z drogi ku śmierci. Kiedyś, gdy byłem mały i przeżyłem wypadek samochodowy, i niedawno, gdy poważnie zachorowałem. Wiem więc, że On ma dla mnie jakiś plan. Staram się go poznawać i realizować. Wiele Bogu zawdzięczam, szczególnie wtedy, gdy działa przez swoich księży. Nigdy nie jestem sam – to dla mnie ważne.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama