Nowy numer 2/2021 Archiwum

Podniesione z ulicy

Miłosierdzie? „Na nierobów nie dam!”; „Lenie śmierdzący i alimenciarze!”; „Dziadostwa nie będę wspierał!”.

To tylko niektóre z uwag, jakie padają na cmentarzu. Kobieta z puszką opisaną: „Na rzecz schroniska dla bezdomnych w Świdnicy” słucha takich uwag wiele. – Zupełnie jak w czasach naszego patrona, św. brata Alberta – mówi Gabriela Kowalczyk, prezes towarzystwa, któremu patronuje „brat naszego Boga” – jak nazwał go Karol Wojtyła.

Krzysztof

Ma dopiero 48 lat, mieszkał koło Strzegomia, ale gdy wsadzili go do więzienia za alimenty, rodzina wyrzuciła go z domu. W schronisku jest od tygodnia, ale rok mieszkał na ulicy. – Najtrudniej było znaleźć spanie – mówi. – Zbierałem puszki i butelki, to było moje utrzymanie. W końcu dostałem pracę w Czechach. Pojechałem tam i… na dworcu złamałem nogę. Przez 11 dni trzymali mnie w szpitalu, potem w skarpetkach, bez grosza, kazali wracać do Polski. Trwało to dziewięć dni, zanim znów byłem w Świdnicy. Poddałem się, dlatego tu jestem – dodaje. Opieka już wcześniej kierowała go do schroniska, ale omijał je z daleka. Teraz nie miał wyjścia. Gdy wróci do zdrowia, znów pójdzie do Czech. Tam chce znaleźć nowe życie.

Na krzywy ryj

Mogą tu być najwyżej rok, taki jest regulamin. Ale przecież nikt bezdomnego nie wyrzuci na ulicę z przytułku. Więc żyją tu latami. Różne są ich historie. Wielu to ludzie starzy, zniedołężniali, niepełnosprawni umysłowo. Sfiksowali, bo bieda rozum odebrała, bo choroba się przyplątała, bo ktoś litości nie okazał. Są i tacy, którzy wolą „Alberta”, bo tu jest dobre towarzystwo. Mogliby wrócić do jakiejś kawalerki, ale co tam ich spotka? Telewizor! – czyli samotność. Wolą więc towarzystwo, socjalny komfort, spokojne życie z ludźmi. Z drugiej strony trzeba uważać na naciągaczy. Taki ma mieszkanie, emeryturę, normalną rodzinę, ale jest skąpy, chciwy, cwany. Chce się dostać do schroniska, żeby rachunków nie płacić. Z oszczędności. Takiego wyłapuje opieka społeczna – jak ktoś u nich nie figuruje, znaczy się – powinien sobie radzić sam. I jeszcze jedni nie mają tu miejsca: obrażeni małżonkowie/ojcowie/synowie. Taki żonce chce na złość zrobić, pokłóci się z synową albo ma dosyć jazgotu swojej starej matki – ucieka więc. Pod mostem nieprzyzwyczajony mieszkać, znajomych brak, więc liczy na „Alberta”. Nic z tego.

Jerzy

Ostatnio był zameldowany w Pogorzale. Ma 66 lat. – Gdy wszedłem do sali na 28 osób, uciekłem – przypomina sobie maj sprzed siedmiu lat. – Dwa tygodnie walczyłem ze sobą, w końcu chciałem być lojalny wobec gminy, bo zaczęli za mnie płacić. Wróciłem. Wtedy opiekun zaproponował mi mały pokój na czterech. Zostałem – mówi. Zostanie tu do końca. Zadbany, ogolony, wyperfumowany. Nawyki ze starego życia. Najpierw jako mąż, dopóki w 1996. nie odeszła od niego kobieta. Potem jako ojciec, który przygarnął do siebie syna i synową w ciąży. – Mieszkanie było zadłużone, ja bez pracy, ciepło i woda odcięte. Syn spłacił długi i wtedy zaczęły się szykany, żeby mnie z domu wypchnąć na ulicę. Bezwzględnie – opowiada. Nie słychać, żeby miał żal. Pogodził się z losem. – Człowiek musi mieć swoją godność, więc poddałem się. Niech mają, co chcieli: mieszkanie dla siebie. 62 metry kwadratowe, trzy pokoje, kuchnia, przedpokój – wylicza. Niedługo dostanie emeryturę. Będzie może 1500 zł. Z tego część na opłacenie schroniska, druga na spłatę alimentów z dawnych lat. Na życie nie zostanie pewnie nic. – Tutaj mam dach nad głową, ciepło, jedzenie trzy razy dziennie – na swoim nie dam rady żyć w takim komforcie – ocenia.

Bez gwiazdek

Miejsca jest tu na dobrą setkę, ale gdy temperatura spada do –10 st. C, kolejna czterdziestka musi się zmieścić. Altanka, rury ciepłownicze, namiot w chaszczach, śmietnik, piwnica, pustostan – to już o wiele za mało, gdy zimno dopadnie. Wtedy więc u „Alberta” rozstawiają łóżka polowe, gdzie tylko można, i każdy, kto się w mroźną grudniową noc zgłosi, zostanie nakarmiony i przenocowany. Jeśli będzie chciał zostać dłużej – konieczna będzie rekomendacja z opieki społecznej. Takiego też może przywieźć straż miejska czy policja. Ci pierwsi wiedzą, gdzie ich szukać, regularnie patrolują miejsca schronienia dla wykluczonych. Wielu z nich liczy tylko na ciepły posiłek, dodatkowy koc i święty spokój, ale większość daje się namówić na przeprowadzkę. Byle nie do domu opieki społecznej. Tam źle się czują. Zbyt wysoki standard onieśmiela. U „Alberta” jest swojsko. Straż miejska ceni sobie wrażliwych mieszkańców. Ich reakcja, zawiadomienie, zainteresowanie może ratować życie i zdrowie bezdomnych.

Stanisław

Od 10 lat nie ma adresu, od 6 mieszka na Westerplatte. Świdniczanin. Po rozwodzie żona miała go spłacić. Po dziś dzień nie dostał ani grosza. – Sama nie ma z czego – usprawiedliwia. – Mieszkałem w wynajętej kawalerce – mówi trochę z trudnością. – Była praca, były pieniądze. Przyszła choroba, pracy zabrakło, przez 40 lat byłem zawodowym kierowcą. Po wylewie nie siądę za kierownicą – dopowiada. Córka mieszka z matką. Nie odwiedza ojca. Inaczej z synem. Ten założył rodzinę, ma dzieci, te swojego dziadka znają. – Nie jestem jednak na łasce ludzi – zapewnia. – Mam zasiłek i gmina dopłaca do mnie tylko 100 zł, żebym mógł tu mieszkać – mówi, nie kryjąc dumy. Gdy opowiada o życiu w schronisku, jak każdy facet na początek wylicza: prąd jest, ciepła woda jest, trzy posiłki są. – Gorzej z towarzystwem – zastrzega. – Bo u nas we wtorki i piątki jest w pralni ciepła woda. Można robić swoje prywatne pranie. I co? Są tacy, co wolą w smrodzie. Wody się boją, ubrań nie zmieniają. Z takimi trudno. W moim pokoju jest kultura. Każdy ma pół szafy, a jak potrzebuje więcej, to trzyma rzeczy w kartonie albo w walizce – tłumaczy i za chwilę opowiada o kolegach: ten lubi szachy, tamten ma gadane, jeszcze inny śpiewa jak Kiepura albo Bocelli. – Bo u nas kultura też jest, to takie ludzkie – śmieje się.

Kobieta silna

Świdnickie schronisko powstało 16 lat temu. To było dzieło jubileuszowe Towarzystwa Pomocy im. św. Brata Alberta. Zaczynali od zera, ale z błogosławieństwem ówczesnych proboszczów i władz miasta otrzymali budynek dawnego biurowca. Zaadaptowali go na swoje potrzeby i tak powstał dom dla każdego – kto domu nie ma, kto domu został pozbawiony, kto dom zmarnował, kogo z domu wyrzucono, kto domu się wyrzekł, na dom się obraził, bez domu się obywa. Szybko zebrała się grupa kilkudziesięciu członków towarzystwa. Byli zdeterminowani i przejęci wzorem św. brata Alberta. Potrzebowali jednak przewodnika – okazała się nim Gabriela Kowalczyk, pani prezes, dla której nie ma rzeczy niemożliwych. Obrotna, doświadczona profesjonalistka. Skuteczna, bardzo skuteczna, dlatego towarzystwo buduje schronisko dla kobiet i matek z dziećmi. Bezdomność kobiet jest inna niż mężczyzn, jest bardziej tragiczna, obezwładniająca, bolesna. Pewnie dlatego, że kobieta kojarzona jest z życiem, z bezpieczeństwem, z macierzyństwem – z domem właśnie. Wyrzucona przez dzieci lub porzucająca z własnej woli dom – kobieta staje się zaprzeczeniem siebie. Bezbronna, wydana na pastwę świata mężczyzn, szybko traci godność albo ucieka w obłęd, dziwactwo czy wyuzdanie. Wystarczy jednak w porę dać jej własny kąt, a zaraz będzie u siebie i rozkwitnie.

A to życie właśnie!

Co roku na świdnickich cmentarzach ludzie wspierają „Alberta” kwotą od 8 do 10 tys. zł. Zazwyczaj pieniądze idą na opał. W tym roku – na budowę. – Będziemy słyszeć: „Na nierobów nie dam!”; „Lenie śmierdzący i alimenciarze!”; „Dziadostwa nie będę wspierał!” – pewnie tak, ale może Rok Miłosierdzia sprawi, że będzie tego mniej, a w naszych puszkach będzie więcej – uśmiecha się Gabriela Kowalczyk i oprowadza po budowie: dom będzie piętrowy, pomieści nawet 60 kobiet, każdy pokój z własną łazienką, będzie świetlica, plac zabaw, będzie też życie – to ocalone, wydarte śmierci, ochronione przed agresją, podniesione z ulicy.

Jestem z towarzystwa

Danuta Jarosz Należę do towarzystwa od samego początku. Zachwyciłam się postawą św. brata Alberta, dlatego poszłam jego śladem – na tyle, na ile mogę. Lubię pomagać, zwłaszcza tym, którzy jakoś nie radzą sobie z życiem. Nie pytam, czy z własnej, czy z cudzej winy. Jakie to ma znaczenie – skoro potrzebują mojej pomocy, nie mam prawa ich osądzać, a tym bardziej odtrącać. Spotkałam tu ludzi wielkiego serca, co szczególnie cieszy i dodaje otuchy. Świat wcale nie jest taki zły! Tylko dobro jest takie dyskretne. Stanisław Kucharski 16 lat temu zebrała się grupa zapaleńców, działaczy, dla których los drugiego człowieka ściśle splata się z ich własnym. Nie chcemy przechodzić obojętnie wobec ludzkiego nieszczęścia, a 1 listopada na cmentarzach będziemy do takiej wrażliwości zachęcać innych. Przewodniczę komisji rewizyjnej naszego towarzystwa, więc mogę zapewnić, że każda złotówka nam oddana jest wykorzystana w sposób optymalny. Zachęcam do wsparcia nas 1 listopada. Barbara Zerka Zostałam zaproszona do pomocy w działalności towarzystwa i sprawia mi to wiele satysfakcji. Mam społecznikowską żyłkę, więc nie trzeba było mnie długo namawiać. Przyglądając się bliżej życiu naszych pensjonariuszy, dotykam nie tylko ludzkich losów, czasem tragicznych, ale też ludzkiej wielkości, bo przecież gdy powstajemy z upadku – stajemy się wielcy. To bardzo buduje, dodaje skrzydeł i daje perspektywę, z której inaczej patrzy się na własne sprawy. Dojrzalej – tak bym to ujęła.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama