Nowy numer 46/2018 Archiwum

Drugie życie obrazu

Wydawało się, że zaginął bezpowrotnie. Tymczasem wisi w kościele i wygląda, jakby przed chwilą wyszedł spod ręki malarza.

Kościół Wniebowzięcia NMP w Kamieńcu Ząbkowickim zbudowali cystersi w latach 1247–1350. Potężna świątynia powstała jako gotycka budowla trzynawowa na planie krzyża łacińskiego. W XVII w. nabrała cech baroku. Wewnątrz znajduje się m.in. ołtarz główny z drewna sosnowego ozdobiony dwoma obrazami pędzla Michała Willmanna i figurami z drzewa lipowego. To jeden z najwyższych drewnianych ołtarzy w Polce; ma ponad 22 m wysokości.

W tym roku dzięki dotacji urzędu marszałkowskiego i wojewódzkiego konserwatora zabytków prowadzone były kolejne etapy konserwacji przy dwóch ołtarzach bocznych: MB Bolesnej autorstwa Thomasa Weisfelda z 1712 r. oraz św. Bernarda powstałego w latach 1708–1710, będącego dziełem Antona Jorga, Johanna Christopha Liški i Christopha Johanna Königera. W trakcie renowacji wyszła na jaw niezwykła i burzliwa historia obrazu św. Bernarda, która ma szczęśliwe zakończenie. Obraz od połowy listopada nie tylko znowu jest na swoim miejscu, ale też prezentuje się niemal tak jak 300 lat temu. – Zlecenie na ten obraz otrzymał jeszcze Michał Willmann, najbardziej ceniony malarz tamtego czasu. Niestety zmarł już na początku tworzenia tego dzieła. Wdowa po artyście postarała się jednak o dokończenie obrazu – przyznaje ks. Wojciech Dąbrowski, miejscowy proboszcz. Uczynił to jego pasierb, Johann Christoph Liška. Najgorsze przyszło w 1945 r., tuż po zakończeniu wojny. Kiedy czerwonoarmiści weszli do tego kościoła, wycięli z ram 8 obrazów i ukradli je. Ten z wizją św. Bernarda został odnaleziony 20 lat później i poddany pobieżnej konserwacji. Niestety zrobiono to bardzo nieodpowiedzialnie, że stracił cechy malarstwa Liški. Kiedy kilkanaście lat później robiono kwerendę obrazów znajdujących się w kościele, uznano, że to nie on jest jego autorem, i przyjęto, że zaginął. W tym roku obraz trafił do renowacji. – To była tytaniczna, benedyktyńska robota – tłumaczy kapłan. – Zespół pod kierunkiem Ryszarda Wójtowicza i jego małżonki Danuty Drabik-Wójtowicz przeprowadził niebywałe prace, które znacznie przekroczyły to, co zamierzyliśmy w kosztorysie. Cieszę się, że to na nich trafiło, bo kiedy się okazało, jaka jest sytuacja, powiedzieli, że skoro zaczęli, to muszą skończyć jak najlepiej. Okazało się, że pod spodem w niektórych miejscach brakuje do 40 procent warstwy malarskiej. Renowacja w latach 60. sprowadziła się do tego, że całość zaciągnięto masą szpachlową, przemalowano i zdublowano. Dublowanie to doklejenie kolejnej warstwy dla wzmocnienia. Teraz trzeba było więc obraz rozdublować, co jest karkołomnym przedsięwzięciem. Usunięto wszystkie dodatkowe warstwy i dotarto do oryginału. Dopiero wtedy odkryto, że to autentyczny obraz Liški. Obraz już niemal w oryginalnych barwach, można podziwiać w kamienieckiej świątyni.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zapisane na później

Pobieranie listy