Nowy numer 33/2018 Archiwum

Radość Ewangelii (08.12.2017)

Łk 1,26-38: Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą. Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca. Na to Maryja rzekła do anioła: Jakże się to stanie, skoro nie znam męża? Anioł Jej odpowiedział: Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego. Na to rzekła Maryja: Oto Ja służebnica Pańska, niech Mi się stanie według twego słowa! Wtedy odszedł od Niej anioł.

Ciekawa rzecz, że Maryja - słysząc tak wielkie rewelacje na temat Syna, którego ma porodzić - nie docieka, jak się spełnią te wielkie zapowiedzi. Pyta tylko o jedną rzecz, tę dotyczącą Jej: jak Ona ma porodzić tego Syna, skoro nie zna męża? I najwyraźniej - co logicznie wypływa z Jej wypowiedzi - nie ma zamiaru poznać męża. Tu trzeba wiedzieć, co znaczy w języku Biblii „znać”. Na przykład już po wypędzeniu z raju Adam poznał Ewę i w wyniku tego procesu Ewa poczęła i porodziła syna, potem drugiego… W Biblii Tysiąclecia jest przetłumaczone jako „zbliżył się” a dosłownie pada tu hebrajski termin jada, który oznacza właśnie poznanie. Jego odpowiednikiem greckim jest słowo, którego używa Maryja: ginosko. To ważne słowo w Nowym Testamencie, bardzo często używane. Ostatecznie Jezus powie, że życie wieczne polega na tym, aby poznali (właśnie: ginosko) Jedynego Prawdziwego Boga. To poznanie, owo ginosko, to ścisła więź, relacja egzystencjalna, osobowa, całkowite przylgnięcie aż do zjednoczenia. Adam i Ewa po grzechu skupili się na zjednoczeniu cielesnym - i to nam towarzyszy aż do dzisiaj: że łatwiej nam jest poznawać rzeczywistość i osoby na drodze cielesnej. Na drodze doświadczeń zmysłowo-emocjonalnych. Tego też pragniemy w relacji z Bogiem: doświadczeń zmysłowo-emocjonalnych. Kiedy tego nie mamy, zdaje nam się, że w ogóle nic nie mamy… I dokładnie na tym zawiesił się zły duch w rozmowie z Ewą: na rzekomym braku. Skoro nie doświadczasz cieleśnie, zmysłowo, emocjonalnie, to nie masz. Czegoś ci brakuje. I faktycznie udało się Ewę skupić na owocach, które dają przyjemność zmysłom i emocjom. To w nas pozostało do dzisiaj: pragnienie poznawania, doświadczania na drodze zmysłowo-emocjonalnej. Do dzisiaj pozostała w nas skaza, przekonanie że jeśli ja nie mam czegoś, co mogę poczuć, doświadczyć zmysłowo-emocjonalnie, to nie mam nic.

A Maryja w tej wypowiedzi jakby potwierdza ze swej strony to, co mówi do Niej Anioł, gdy nazywa Ją „Łaski Pełna”: Ona jest wolna od skazy Ewy, nie szuka owoców miłych z wyglądu i nadających się do zdobywania wiedzy na drodze zmysłowo-emocjonalnej. Ona jest - jak stwierdza Ewangelista - Dziewicą. I to dziewictwo Maryi obejmuje Ją całą, dotyczy nie tylko relacji damsko-męskich. Obejmuje całość jest jestestwa: Niepokalana. Niepokalana, bo nie skażona pragnieniem potwierdzania sobie na drodze zmysłowo-emocjonalnej… Życie Maryi, to co o Niej czytamy w Ewangelii, przekonuje, że faktycznie Maryja nie szukała potwierdzeń od Boga - lecz wierzyła, nawet gdy nie rozumiała, gdy po ludzku nie pojmowała, nie doświadczała. Owszem, po ludzku cierpiała - z bólem Serca szukała Syna - ale nie podważała tego, że ma. Ma Syna. Inaczej by nie szukała.

W dzisiejszej Ewangelii także widać wielką troskę Maryi o to, by zachować w sobie tę czystość, Niepokalaność: po pierwsze Maryja zadaje sobie pytanie, jakiego rodzaju jest pozdrowienie. Tak dokładnie mówi Ewangelista: owszem, mówi do Niej Anioł. Owszem, mówi piękne słowa. Ale Maryja jakby przekopuje się przez te słowa, przez to co one wzbudziły w Niej - a wedle relacji Ewangelisty Maryja wpadła w stan emocjonalny podobny do sztormu na morzu - więc przekopuje się przez całą warstwę zmysłowo-emocjonalną. Przez to co materialnie słyszy, przez emocje które w Niej wzbudza to, co słyszy - żeby dokopać się do sedna sprawy. Tyle znaczy słowo, którego używa Łukasz: dialogidzomai. Maryja dokopuje się to tego, co w Niej jest fundamentalne: do rozumu, do czegoś co greka nazywa logos, a co oznacza „słowo”, ale nie w sensie tego, co się słyszy, ale tego, co oznacza. W sensie najgłębszego znaczenia, sedna. To słowo - logos - odwołuje się także do myślenia, do rozumu, do tego co w człowieku jest obrazem Boga. I do tego właśnie Bóg odwołuje się w Maryi w czasie zwiastowania: po pierwsze do rozumu - i Maryja właśnie używa rozumu, cierpliwie przekopuje się przez wrażenia zmysłowo-emocjonalne, żeby dotrzeć do sedna - a potem Bóg odwołuje się do woli, i Maryja używa woli: gdy z pomocą Anioła dociera do sedna, wyraża zgodę. Decyduje. Rozum i wola. Ale w Maryi te władze są czyste - Maryja nie pozwala, jak Ewa, żeby zostały zanieczyszczone wrażeniami zmysłowo-emocjonalnymi. U nas zazwyczaj tak to działa: że rozum i wola podporządkowujemy mniej czy bardziej świadomie wrażeniom zmysłowo-emocjonalnym, uważamy je za źródło i potwierdzenie. U Maryi jest inaczej niż u Ewy. Ewa opiera się na tym, że owoc jest „miły dla oczu”, że sprawia dobre wrażenia w jej zmysłach i emocjach - i temu podporządkowuje swój rozum i wolę. Temu podporządkowuje swojego ducha, tego co jest w niej obrazem Boga: rozum i wola. Tu się dokonało pęknięcie, którego doświadczamy do dzisiaj: to duch miał panować w człowieku, rozum i wola. A niestety zapanowało ciało, zmysły i emocje, namiętności i popędy. I rozum wraz z wolą zostały zatrudnione przez nas do spełniania pragnień zmysłów, emocji, popędów, namiętności… A miało być odwrotnie: rozum i wola w nas miały „dokopywać się” do sedna sprawy, do woli Boga - i poddawać cielesność, zmysłowość, emocjonalność woli Boga. Raz zaciemnione - rozum i wola - nie potrafią na nowo ujrzeć woli Boga. Błądzimy w ciemnościach. A przecież chcielibyśmy tę wolę spełniać… Maryja do tego nie dopuszcza: choć zrywa się w Niej sztorm emocji, Ona cierpliwie wypływa na głębię, dokopuje się do tego, co w Niej fundamentalne, nie rzuca się głową naprzód w ten sztorm, ale cierpliwie szuka sedna, istoty sprawy. Wie, co Jej grozi, zna historię Ewy…

Tu jednakowoż - jeśli o nas chodzi - pojawia się drugie niebezpieczeństwo: skoro już odkryliśmy, że spełnianie woli naszych zmysłów i emocji prowadzi nas na manowce, to dochodzimy jednakowoż do pragnienia spełniania woli Boga, przekonani - całkiem słusznie - że tylko ta wola może nas wyprowadzić z bagna, w które weszliśmy. Ale ponieważ nie za bardzo potrafimy odzyskać to, co pękło w czasie grzechu pierworodnego, to wpadamy w drugą pułapkę: domyślanie się. Domyślanie się, czego chce Bóg. No i próbujemy z siebie to wycisnąć, wymusić na sobie to, co - jak się domyśliliśmy - Bóg od nas chce. I wtedy doświadczamy, że nie dajemy rady… Pękamy, przewracamy się itd. I to jest właśnie druga konsekwencja grzechu: domyślanie się. Ja wiem. A zazwyczaj to polega na „ja wiem najlepiej”. Właściwie to nawet uprzedza poddanie się zmysłom i emocjom: Ewa dała się najpierw wprowadzić w to przekonanie: że ja wiem lepiej czego chce Bóg. W jej odpowiedzi danej wężowi wola Boga już jest nieco przekręcona. Ewa już postawiła się ponad Bogiem - już dopowiedziała sobie po swojemu. Skutek jest właśnie taki: że jak ja dopowiadam sobie po swojemu, to zawsze padnę. Zawsze pęknę, nie wytrzymam.

I tu dotykamy istoty rzeczy: Bóg prowadzi mnie do siebie, do poznania Go w pełni, twarzą w twarz, drogą najlepiej do mnie dopasowaną. Cały kłopot rozpoczyna się właśnie od domyślania się: że może trzeba czegoś więcej, inaczej, może tu trzeba coś ulepszyć, coś po swojemu dodać lub ująć… I w tym momencie jest po wszystkim: wchodzę na drogę niedopasowaną. Drogę, którą po pierwsze ja nie jestem w stanie iść - a po drugie która nie prowadzi do poznania Boga. Do wchodzenia w coraz głębszą relację z Nim, coraz głębszą Jedność… To jest właśnie zaproszenie Boga: by żyć w Jedności z Nim. W relacji, które panują w Trójcy. Niepojęte zaproszenie… To jest dar, to nie jest coś co można sobie wziąć. To można otrzymać tylko - i tylko można przyjąć. Nie da się zasłużyć, zarobić itd. Nie da się wziąć po swojemu. Można otrzymać - dokładnie tak, jak Dar chce się dać. Dar to dar. I to jest właśnie wola Boga: by mnie, człowieka obdarować Nim samym, wprowadzić mnie w Jego Jedność. We wnętrze Trójcy. To On mnie tam zaprasza i On mnie prowadzi - to jest Jego wola. Kiedy ja próbuję sobie to wziąć, zasłużyć na to, kupić, zarobić, po swojemu tam dojść - jest po wszystkim. I tu właśnie dotykamy istoty wszystkich kłopotów między nami a Bogiem: uznaliśmy, że trzeba coś ulepszyć - a potem w tym ulepszaniu, szukaniu lepszej drogi, oparliśmy się na wrażeniach zmysłowo-emocjonalnych, na pragnieniach i doświadczeniach ciała. I tak to funkcjonuje do dzisiaj. Zaś w Maryi tak nie było. U Niej do końca działa wola i rozum. Do końca opiera się na tym, co w Niej duchowego, co jest w Niej obrazem Boga: niezanieczyszczonym. I do końca walczy o to, by iść drogą, jaką Jej wyznaczył Bóg: nie znam męża… Wszystko pięknie, Bóg uczyni mojego Syna takim, jak Anioł zwiastuje, to jest rzecz Boga, ale jeden szczegół: nie mam zamiaru zejść z drogi, jaką mnie prowadzi Bóg. Ani na krok w lewo bądź w prawo…

Tu Maryja okazuje się idealną Córką Izraela: w Starym Testamencie, zwłaszcza w Księdze Powtórzonego Prawa, ciągle się pojawia takie wezwanie: bądź mężny i nie schodź z drogi, którą cię prowadzę, ani w lewo, ani w prawo… Maryja tego właśnie się trzyma: ani w lewo, ani w prawo. Ona nie zna męża, nie ma oparcia w jakimkolwiek człowieku, w jakimkolwiek stworzeniu - Jej dziewictwo, o które tak walczy, ma jeszcze jeden wymiar: Jej JEDYNYM oparciem jest Bóg. Relacja z Nim. I Ona w to wierzy bezwzględnie: że jeśli idzie drogą, którą Jej wyznaczył Bóg, to jest w tej Jedności. I w tę Jedność jest wprowadzana coraz głębiej, bez względu na to, co Jej mówią zmysły i emocje. Wiara. Czysta wiara, że Bogu wystarczy dokładnie ta droga, którą mnie prowadzi w mojej codzienności. Że właśnie na tej drodze, którą Bóg mnie prowadzi w codzienności, jestem z Nim w Jedności i wchodzę w tę Jedność, jestem wprowadzany w tę Jedność coraz głębiej. Wbrew temu, co mi mówią zmysły i emocje. To jest właśnie docieranie do sedna sprawy - za pomocą rozumu. A wola decyduje: tak, chcę. Chcę dziś pójść tam i taką drogą, jaką Ty mnie dziś poprowadzisz - bo wierzę dogłębnie, że właśnie tak doświadczam Jedności z Tobą, tak jestem już tu i teraz w Jedności z Tobą.

I tu kłania się pokusa pustyni: pójdź własną drogą, po swojemu. Choćby jeden szczegół nagnij, jeden pokłon… albo poddaj próbie - czy na pewno jesteś w tej Jedności… ale w ten sposób już zwątpiłem… I pokusy Krzyża: zejdź! Zejdź z Krzyża! I wezwanie Jezusa: kto nie niesie SWOJEGO krzyża NA KAŻDY DZIEŃ. Maryja spełniła to do końca - Niepokalana. Nie dała się zwieść jak Ewa. Poszła do końca swoją drogą, drogą swojej codzienności - taką, na jaką dzień po dniu zapraszał Ją Bóg. Nawet jeśli po ludzku kosztowało Ją to ból Serca - ważniejsze jest przekonanie, że wbrew temu, co mówią zmysły i emocje, nawet gdy boli - jeśli to jest moja droga, droga mojej codzienności, to jestem w Jedności z Nim i w tę Jedność daję się wprowadzać…

Nasz problem zaś polega na tym, że ciągle szukamy ulepszeń… Ciągle zbaczamy to w prawo, to w lewo… Ciągle robimy za dużo albo za mało, albo nie tak, albo nie to… To jest właśnie praktyczny skutek skazy grzechu pierworodnego: szukając owoców miłych z wyglądu i smacznych, owoców sycących naszą zmysłowość, emocjonalność, owoców odpowiadających naszym oczekiwaniom, dajemy się albo znęcić albo wystraszyć: albo gonimy za takimi owocami, albo uciekamy gdy nie ma nasycenia naszych oczekiwań. Nie jesteśmy niepokalani jak Maryja: schodzimy ciągle na prawo albo lewo… A Miłość Jezusa polega na tym, że biegnie za nami. Że z nas nie rezygnuje. To jest kłopot: że po grzechu uwierzyliśmy, że Miłość z nas zrezygnowała, bo odkryliśmy, że nie jesteśmy tacy, jak chcemy być… A Zbawienie polega na objawieniu, że Miłość z nas nie zrezygnowała. To jest Dobra Nowina, Ewangelia którą jest Jezus, ogłaszana na każdej Eucharystii, w każdym konfesjonale: PRAGNĘ! NIE ZREZYGNOWAŁEM Z CIEBIE! Miłość Boga zrobiła w Chrystusie coś niepojętego: dopasowała się do Krzyża, który myśmy naszymi poszukiwaniami na ślepo uszyli sobie…. Niepojęta Miłość, która nagięła się do naszej woli… Tylko że myśmy tego nie zrozumieli: ciągle myślimy, że skoro Miłość nie spełnia naszych oczekiwań, to nie kocha… A Ona dokładnie spełnia to, co wybraliśmy. Zostaje na Krzyżu do końca. Razem z nami, chociaż On nic złego nie uczynił…

Właśnie tak wygląda nasze odkupienie: Bóg okazał nam Miłość, chociaż my zeszliśmy z drogi, którą On chciał nas prowadzić. Na tym polega Miłość, że On nie zrezygnował ze swojego zamiaru, by dać nam się poznać w pełni. Nie poddał się - ale przyszedł przez Maryję, przez Niepokalaną przyszedł Nieskalany. Przez Niepokalaną Maryję Miłość przyszła nietknięta - przemieniła Maryję w siebie, przemieniła świat. Miłość przyszła by wyznać nam się w sposób widzialny i doświadczalny: byśmy mogli dotykać rękoma, widzieć na oczy. To się dzieje w każdej Eucharystii: fizycznie doświadczalny pocałunek Boga, w którym On daje się nam doświadczalnie. To się dzieje w Sakramencie Pokuty: doświadczenie przebaczenia, przygarnięcia. To z każdym z nas stało się w Sakramencie Chrztu: doświadczenie oczyszczenia, przygarnięcia, obmycia, zanurzenia w Miłości, która kocha mnie i przyjmuje mnie takim jakim jestem. Tak przegrał szatan: bo Chrystus pokazał i nieustannie pokazuje, że przygarnia nas takimi jakimi jesteśmy. Że nie rezygnuje, nie poddaje się. To jest nasza niepokalaność, o której pisze św. Paweł w Ef 1,6: tam po raz drugi pojawia się tajemnicze słowo, którego Anioł użył w dzisiejszej Ewangelii jako określenie Maryi: charitoo. O ile jednak Maryja jest taka od poczęcia, o tyle my się tacy stajemy przez Chrzest. I to nie dlatego, że Łaska zaciera w nas ranę grzechu pierworodnego - ale dlatego, że Łaska polega na tym, że daje poznać Miłość, Boga Prawdziwego, grzesznikom. To jest potęga Boga: że choć my zeszliśmy i ciągle schodzimy z drogi poznania Boga, z drogi Jedności z Nim, to On nieustannie okazuje nam Miłosierdzie, idzie za nami nawet za cenę Krzyża, odnajduje nas, bierze w ramiona i zanosi do Domu… Bóg nawet grzech wykorzystał do tego, by dać się poznać jako Miłość Miłosierna. I to jest właśnie to, o co Bogu chodzi: byśmy się dowiedzieli kim On jest - żeby Jego Chwała zajaśniała: żebyśmy się dowiedzieli jak On nas kocha. I to właśnie czyni nas niepokalanymi: to właśnie ciągle upewnia nas o Miłości, to „łata” w nas pęknięcie grzechu - niewiarę w Miłość. Niewiarę spowodowaną tym, że podporządkowaliśmy naszego ducha, nasz rozum i wolę, oczekiwaniom zmysłów i emocji. Dlatego Chrystus przychodzi przez Maryję Niepokalaną i składa się w nas, byśmy mieli do dyspozycji Jego Wolę. Ale że to jest wola Miłości, więc potrzebuje naszej wolności - naszego wybierania codziennego: między pragnieniami Nowego Człowieka, czystego, odkupionego, pragnieniami Człowieczeństwa Chrystusa, Jedynego Sprawiedliwego, a pragnieniami starego człowieka, skupionego na swoich oczekiwaniach… Jestem odkupiony. Jestem zbawiony. I walka, którą w sobie obserwuję, jest tego dowodem: że są we mnie pragnienia Nowego Człowieka i pragnienia starego człowieka. Walka duchowa nie jest dowodem, że coś jest nie tak - walka duchowa jest dowodem, że właśnie jest tak. Że to, co pisze św. Paweł jest prawdą: zostaliśmy ułaskawieni w Chrystusie. I dlatego możemy wybierać. Gdyby odkupienie się nie dokonało, nie mielibyśmy wyboru: bylibyśmy poddani bezwolnie zmysłom i emocjom. Dlatego warto podejmować codzienną walkę - jak Maryja - wierząc w łaskę Chrystusa żyjącego we mnie przekopywać się uparcie do tego, co czyni mnie człowiekiem: woli i rozumu. By doprowadzać w mojej codzienności wciąż na nowo do zjednoczenia woli: jak Maryja, która ostatecznie łączy swoją wolę z wolą Boga. Wierząc niewzruszenie, że dla Boga nie ma nic niemożliwego: że nie ma takiej rzeczy, którą można zignorować w mojej codzienności. Że każda okazja do czynienia Miłości jest doświadczaniem Jedności z Panem, że każda z tych okazji jest doświadczaniem mojej godności, która polega właśnie na tym: że mogę - jak Maryja - dawać światu Boga, Miłość.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy

Rekalma