Nowy numer 43/2020 Archiwum

Radość Ewangelii (19.01.2018)

Mk 3, 13-19: Jezus wszedł na górę i przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli, by mógł wysyłać ich na głoszenie nauki i by mieli władzę wypędzać złe duchy. Ustanowił więc Dwunastu: Szymona, któremu nadał imię Piotr; dalej Jakuba, syna Zebedeusza, i Jana, brata Jakuba, którym nadał przydomek Boanerges, to znaczy synowie gromu; dalej Andrzeja, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Tadeusza, Szymona Gorliwego i Judasza Iskariotę, który właśnie Go wydał.

Po doświadczeniu uczniów - kim są, że są „jednymi z wielu”, że nie są wybrańcami, herosami bez skazy, że są jak wszystkie tłumy, które idą za Jezusem - Jezus wybiera spośród nich Dwunastu. To doświadczenie - że nie jestem wybrańcem bez skazy, że nie jestem oddzielony od innych, nie jestem lepszy od innych i Jezus nie wybrał mnie, nie powołał ze względu na moją „lepszość” ale ze względu na to, że On chce.

Właśnie to jest coś, co nie pozwalało faryzeuszom uradować się ze zbawienia. Samo w sobie słowo „faryzeusz” oznacza „oddzielony”. Z jednej strony oni, z drugiej wszyscy inni, uważali ich za „oddzielonych” właśnie ze względu na ich „sprawiedliwość” czy „świętość”. Faryzeusze - z dobrej woli - ciężko pracowali na zbudowanie swojej świętości zgodnie z własnymi wyobrażeniami. Studiowali Prawo - z pomocą uczonych w Prawie - żeby z Prawa wydobyć wizję świętości. Bardzo kulawą wizję, polegającą na „zaliczeniu” mnóstwa zasad, nakazów i przepisów. Wizja świętości, która jest moim dziełem - i która dlatego w moich oczach czyni mnie „oddzielonym” od tych, którzy takiego dzieła nie wykonują, nie wspięli się po drabinie, po której ja cierpliwie wchodzę, dzień po dniu zaliczając mnóstwo zasad, przepisów, zakazów i nakazów. Jednakowoż faryzeusze czuli, że coś tu nie gra - dlatego niektórzy z nich pytali Jezusa o Jego wizję świętości, o to co jest najważniejsze w Prawie. Jezus nie wskazał na zasady, nakazy i zakazy do zaliczania, ale na obietnicę: będziesz miłował… Będziesz jak Bóg!!! To jest obietnica, która od zawsze myli nam się z zadaniem do spełnienia: ciągle sami chcemy się stać równi Bogu… Pytamy się o to, jaki jest Bóg - mając zamiar samemu, po swojemu, o własnych siłach naśladować Boga, stać się jak On. Tu jest właśnie pułapka na wierzących i niewierzących… A tymczasem to jest obietnica dla tych, którzy sami z siebie nie są w stanie być jak Bóg - dlatego Jezus potrzebuje, żebyśmy najpierw wyszli ze schematu Adama, schematu budowania samemu swojego podobieństwa do Boga, bo to zawsze skutkuje karykaturą. Choćby z tego powodu, że nikt nie zna Ojca, tylko Syn, więc my po prostu nie wiemy jaki jest Bóg. Mało tego: nawet gdy szukamy Jego Obrazu w Piśmie, nie wiedząc jaki On jest, automatycznie narzucamy swoje wyobrażenia i nasze odczytywanie Słowa od razu robi się karykaturalne. Dlatego bez Chrystusa nawet mając Pismo jesteśmy bezsilni. Ewangelie uparcie twierdzą, że to właśnie Jezus wyjaśnia Pisma, że to On daje światło umysłowi by Pismo rozumieć. Inaczej robi się karykatura. A Jego Światło to Miłość wyznana z Krzyża. Wezwanie z Góry - która ma na imię Golgota. Nie ma innej Miłości jak ta właśnie - bo nie ma innego Boga. I dlatego w żadnym innym nie ma zbawienia, jak tylko w Nim - bo tylko On jest Obrazem Boga niewidzialnego i tylko On ma Moc bycia jak Bóg. W szczególności zbawienia nie ma we mnie - ani nie jestem jak Bóg, ani nie znam Boga, ani nie mam mocy bycia jak Bóg. W szczególności zbawienie nie płynie z moich wysiłków, zasług, zaliczania itd. Jest dokładnie odwrotnie: ja mogę kochać, mogę czynić dobro i unikać zła itd. właśnie dlatego, że zostałem zbawiony. Ja mogę głosić Ewangelię, mogę wyrzucać złe duchy itd. bo zostałem zbawiony - zostałem wezwany przez Chrystusa na Górę. Mogę chodzić na Mszę, mogę się modlić, mogę się spowiadać, mogę miłować braci i siostry, mogę pracować, uczyć się, mogę rano wstawać itd. - bo zostałem zbawiony, wezwany przez Chrystusa do bycia z Nim. Mogę to wszystko robić, mogę doświadczać świata, codzienności itd. - bo zostałem zbawiony, zostałem zawołany przez Chrystusa wielkim głosem z Golgoty, gdy Chrystus wykrzyczał z Krzyża moje Nowe Imię, choć to ja Go ukrzyżowałem, choć to ja miałem zawsze przygotowany Krzyż dla Niego…

Właśnie to jest fundamentalne: żeby w Chrystusie odkryć Prawdę. Moje życie nie jest zasługiwaniem na zbawienie - jest korzystaniem ze zbawienia, jakie dokonało się na Krzyżu, na Górze Golgota. Jest korzystaniem z Życia, jakie kupił mi Jezus przez swoją Paschę. Bóg zesłał Syna swego gdy nadeszła pełnia czasu - gdy czas się wypełnił, skończył… Nasz czas się skończył - dwa tysiące lat temu. Syn przyszedł nie dlatego, żeśmy zasłużyli - ale dlatego, że wszystko się skończyło, wyczerpało… Przyszedł kupić nam czas, kupić nam Życie… On to uczynił - wszystko zasługi są w Nim, w Jego dziele, On wypełnił Prawo, którego my nawet nie byliśmy w stanie zrozumieć. On wszystko wypełnił - całe Pismo. Zasługi są w Nim - nie we mnie, nie w nas. Dostajemy za darmo to, co On wysłużył dla siebie i dla nas. I właśnie dopiero odkrycie tego darmowego wezwania, obdarowania porywa człowieka. Zderzenie świadomości mojego pomylenia, mojej niemocy i mojego braku zasług z darmowością Jego wezwania dopiero porywa, podnosi, sprawia że już nikt inny tylko On… Ale dopóki żyję jak faryzeusz, wpatrzony w moje wysiłki i rzekome zasługi, ciągle nie doświadczę radości bycia zbawionym - nie zauważę, że jestem zbawiony, nie nauczę się korzystać z Życia, bo ciągle będę przekonany, że Go nie mam, że muszę jeszcze więcej zasłużyć. Skupienie się bowiem na sobie zawsze skutkuje niezadowoleniem i poczuciem braku i nienasycenia. Dopiero skupienie się na Tym, który zszedł do mnie by mnie wezwać na Górę skutkuje odkrywaniem Tego, którego mam. Nasycaniem się Nim. Jego Miłością. Owszem, mogę żyć skupiony na sobie i odkrywać krok po kroku swoją nędzę. Owszem, mam takie prawo. A mogę usilnie skupiać się ciągle i ciągle na nowo na Nim: na Tym, który wyszedł dla mnie na Górę, by z Góry wielkim głosem wołać mnie po imieniu. Mogę słyszeć jęki mojego egoizmu i mojej pychy - mogę zasłuchać się w Głos z Góry, Głos z Krzyża. I usłyszę: zaprawdę, powiadam ci: dziś ze Mną BĘDZIESZ - i to w raju… Obietnica - nie zadanie. Łotr jest ukrzyżowany, już nic nie jest w stanie zrobić. Wreszcie nie jest w stanie przeszkadzać! Właśnie tak trzeba: dać się wreszcie przybić z Chrystusem do Krzyża, żeby przestać Jemu przeszkadzać.

To jest właśnie pierwsze do czego Jezus wzywa Dwunastu: aby z Nim BYLI. Z Tym, który JEST. To jest pierwszy Dar, jaki otrzymujemy od Tego Który JEST: wywołuje nas z nicości, abyśmy byli. I to nie tylko po prostu byli - jak kamienie, rośliny, zwierzęta. Ale żebyśmy byli z Nim. W Jedności z Nim. We Wspólnocie, którą jest On. Wspólnocie Ojca i Syna i Ducha Świętego. Myśmy tego nie poznali - że jesteśmy w tej Wspólnocie. Daliśmy się skupić na sobie, uwierzyliśmy że czegoś nam brakuje i poszliśmy to zdobywać po swojemu. Tak właśnie zniszczyliśmy nasze bycie z Nim, które mieliśmy od początku. Życie jest Światłością ludzi: wystarczy odkryć, kim jest moje Życie jako człowieka - zauważyć, że istnieje różnica między mną a resztą stworzeń i że ta różnica płynie z tego, że ja nie tylko jestem, ale JESTEM z NIM. Różnica między mną a resztą to nie jest różnica w wysiłkach, w osiągnięciach itd. - to wszystko wypływa z tej różnicy. Różnica między mną a resztą stworzenia to On. Który zapragnął, bym akurat ja był z Nim. Akurat to a nie inne ziarno prochu. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy to ziarno prochu, którym jestem, zacznie sobie wmawiać, że On mnie pokochał taką Miłością ze względu na jakieś moje cechy wyjątkowe, osiągnięcia itd. Wtedy wejdę w wykazywanie się, w faryzeizm, w poczucie wyższości itd. A skończę zawsze w rozpaczy. Piotr. To jest jedna skrajność. Druga to jest Judasz - sprzedam Jezusa, uznam wszystko inne za bardziej atrakcyjne, doświadczając, że nie mam zasług. Nie zauważyłem Miłości, która myje mi nogi, która mi służy chwila po chwili, która karmi mnie Chlebem umaczanym w Misie… Nie zauważyłem, Kim jest moje Życie, którym właśnie żyję… Poszedłem sprzedawać Życie za srebrniki - za karmienie moich namiętności, zmysłów, emocji, za gromadzenie, zdobywanie itd. A tymczasem On wszedł na Górę i zawołał gromkim głosem - byśmy byli. I to z Nim. Jestem - i to JESTEM człowiekiem - tylko dlatego, że On tego chce tak bardzo, że nawet z Krzyża woła „PRAGNĘ!” Kogo pragnie? Z kim chce być? Ze wszystkimi, którzy stoją pod Krzyżem. Ciekawostka, że tam była tylko Jedna bez winy - a Ona akurat nigdy nie uważała się za oddzieloną… Żyła zwyczajnie, pośród nas - i dalej to czyni. Akurat ta Jedyna, która miałaby prawo uważać się za oddzieloną - akurat Ona nigdy tego nie zrobiła… Bo Ona od początku do końca wiedziała, że nic nie zawdzięcza sobie: wielkie rzeczy uczynił mi Wszechmocny… a to my ciągle wszystko przypisujemy sobie: ja wstałem, ja się obudziłem, ja zrobiłem itd. itd. A to prowadzi do czego? Ja jestem zmęczony, ja się napracowałem, i nie zostałem doceniony… Skutek grzechu pierworodnego czyli przypisania wszystkiego sobie.

Dlatego przychodzi Jezus, żeby wszystko poustawiać na nowo - jednak najpierw trzeba zrozumieć i zaakceptować, że ja tylko wszystko poprzewracałem i że sam poustawiać nie dam rady. Że mogę zostać tylko ustawiony. Albo ustanowiony. A konkretnie rzecz biorąc: uczyniony. Tak mówi dzisiejsza Ewangelia: Jezus uczynił Dwunastu. Stworzył. Jak? Wezwaniem. Wywołał ich. Z czegoś, co jest gorsze od nicości: z otchłani grzechu. Jak? Wszedł w tę otchłań, stanął w Jedności z tłumem grzeszników w kolejce do Jana Chrzciciela. To jest niepojęte: On bezgrzeszny stał się grzechem - dla nas. Ponieważ my nie byliśmy z Nim - On przyszedł być z nami. W otchłani. I tak przemienił otchłań w raj bycia z Nim. A jest z nami w naszym losie by chwila po chwili, krok po kroku swoją Miłością wyprowadzać mnie w Górę. Swoją Mocą Zmartwychwstałego - dawać mi doświadczać zbawienia. A ja mogę korzystać ze zbawienia po to, by się wykazywać jak Piotr i skończyć w odkryciu mojej nędzy na dziedzińcu arcykapłana, mogę korzystać ze zbawienia by sprzedawać swoje Życie za srebrniki, a mogę korzystać z Życia by być z Nim. Chwila po chwili, tu i teraz. Już u i teraz - bo On przyszedł tu i teraz. Tu i teraz pełnić Jego dzieła: głosić Dobrą Nowinę o niepojętej Miłości Boga każdym gestem i słowem i w ten sposób wyrzucać złe duchy, których panowanie zasadza się na kłamstwie. To jest środek, który mogę uchwycić tylko wtedy, gdy ujrzę Prawdę. Dlatego Jezus wyprowadza nas na Górę - by ukazać nam Ojca, Jedynego PRAWDZIWEGO Boga. A to jest Życie Wieczne: aby znali Ciebie, JEDYNEGO PRAWDZIWEGO Boga. Właśnie tam prowadzi mnie Jezus: do ujrzenia Ojca twarzą w twarz. Tylko On zna Ojca - tylko On może Go ukazać. Temu, komu chce. To nie jest zapłata za zasługi - to jest Jego Pragnienie: ukazać nam Ojca. On z Krzyża ukazał Ojca wszystkim ludziom. Skoro jestem człowiekiem to znaczy, że On chce mi ukazać swoje Oblicze - po to mnie stworzył i nigdy tego pragnienia nie odwołał. I robi to - nawet z Krzyża, nawet wobec torturujących Go. A wszyscy należymy do grona grzeszników torturujących Miłość, zniekształcających Miłość. A On chce - bo wie, że robimy to tylko z nieświadomości, bo nie wiemy co robimy. Zniekształcamy Miłość dokładnie dlatego, że nie znamy Prawdziwego Boga - i tylko tak można nas wyleczyć: pokazać nam Miłość. I On to robi - na Górze. Pokazuje Miłość. Pociąga Miłością byśmy dali się dzień po dniu poprowadzić, aż ujrzymy twarzą w twarz i wtedy wszystko się stanie Nowe. Właśnie o to chodzi: by uwierzyć. Że tak się stanie - jeśli tylko uparcie będę dawał się zbawiać, przyzywać Jezusowi. Jeśli tylko uparcie będę wracał do Niego, na Górę. Uparcie, dzień po dniu na nowo sobie przypominać: idę zobaczyć Ojca. Idę bo jestem z Nim. Od rana sobie o tym przypominać: obudziłem się, bo On chce, aby z Nim był. I żebym zobaczył Jego Ojca. Dlatego wstaję i idę - z Nim. Bo jestem z Nim. Bo On chce, woła, zaprasza - płaci Górą za to, żebym dziś był. I to z Nim. On wstał z łoża śmierci - abym był z Nim. A dla mnie - czy to jest warte wstania z łoża snu, z łoża lenistwa, z łoża grzechu? Tyle kosztuje moje codzienne wychodzenie z otchłani: wyjście Jezusa na Górę. Ile dla mnie jest warte to, by dać się Jemu przywołać - Jemu, który już wszystko spłacił i czeka tylko na moją decyzję?

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama