Nowy numer 43/2020 Archiwum

Radość Ewangelii (23.01.2018)

Mk 3, 31-35: Nadeszła Matka Jezusa i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. A tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: „Oto Twoja Matka i bracia na dworze szukają Ciebie”. Odpowiedział im: „Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?” I spoglądając na siedzących dokoła Niego, rzekł: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten jest Mi bratem, siostrą i matką”.

Jezus dopiero co przywołał do siebie Dwunastu. Potem przywołał do siebie uczonych w Prawie, którzy zarzucali Mu, że jest opętany. Przywołał do siebie - kolejny razi i kolejny - Piotra, który też uznał Go za opętanego pod Cezareą Filipową. To jest jedyny sposób, żeby się przekonać, że Jezus jednak nie jest opętany, że jest wiedziony Duchem Boga, Duchem Ojca - i że tego właśnie Ducha nam przekazuje: zaufać wbrew wszystkiemu, wbrew swoim przekonaniom i dać się przywołać Jezusowi, choć wszystko we mnie krzyczy „nie!!!” Rzucić się w Niego, w relację z Nim, rzucić się ZA NIM wbrew wszystkiemu - dopiero wtedy Jezus ma szansę pokazać mi i wyznać Ojca i dopiero wtedy ja mam szansę przekonać się, że jednak Jezus nie jest opętany, że jednak ma Ducha Ojca. I że tego właśnie Ducha - Ducha Ojca - przekazuje mi, bym ja wiedziony tym samym Duchem odkrył Prawdę niepojętą: że jestem zaproszony przez Ojca i przyjęty jako Jego dziecko umiłowane. Że Ojciec przygarnia mnie z radością a nie z odrazą. Tu pojawia się obraz Dawida, który sprowadza do Miasta Dawidowego Arkę Przymierza po to, by umieścić Ją w przygotowanym dla Niej namiocie. Dawid tańczy przed Arką, muzykanci grają i śpiewają, co sześć kroków Dawid składa ofiarę, a gdy Arka spoczywa wreszcie w przygotowanym dla Niej namiocie - przez ręce Dawida rozlewa się błogosławieństwo i nastaje święto… Obraz Boga, który z radością w sześć dni wyprowadza z nicości swoje umiłowane stworzenie, które jest tak naprawdę Jego Arką, w której On sam wśród radości wkracza w świat, by rozlać przez ręce swojego umiłowanego stworzenia, w którym sam się złożył, błogosławieństwo na wszelkie stworzenie i żeby zapanowało wieczne święto, szabat… Człowiek. Witany przez Boga z taką radością! Przyjęty w sześć dni, za cenę ofiary Syna… Namiot - Słowo stało się Ciałem i rozbiło namiot pośród nas… Po to tylko, żeby nam przypomnieć kim jesteśmy naprawdę… Trzeba zobaczyć wreszcie RADOŚĆ BOGA, która w Nim się rozpaliła, gdy zaistniałem: oto JEST!!! Kto? No właśnie ja - po imieniu JA! Właśnie po to Bóg staje się Człowiekiem, po to składa ofiarę z siebie samego - żebym wreszcie zrozumiał, że jestem Jego radością.

Dzisiaj ludzie się udręczają - pod wpływem popłuczyn po Freudzie i Youngu - zagadnieniami ze swojego dzieciństwa. Czasem zgłębiają też swoje życie w łonie matki i domyślają się reakcji rodziców na swoje poczęcie. I się udręczają tymi domysłami: że poczęli mnie z chęcią albo bez chęci, że się cieszyli albo nie cieszyli itd. A tutaj każdy z nas ma do dyspozycji RADOŚĆ BOGA, którą On rozlewa na całe stworzenie - RADOŚĆ, która wybuchła w Nim w momencie, gdy powołał mnie do istnienia, i która nigdy w Nim nie zgasła. Radość po ludzku niepojęta, którą On rozlewa na nas nawet z Krzyża - radość z tego, że jesteśmy i że może nam wyznawać swoją Miłość. Choć my jesteśmy jak rozkapryszone bachory, choć tylko w kółko się wkręcamy w żale za tym, czego rzekomo nie mamy - i w kółko zajęci tym, czego rzekomo nie mamy, nie dostrzegamy Jego Miłości i Jego Radości - On nie ustaje w Miłości, nie ustaje w Radości. I nie ustaje w wysiłkach, by nam uparcie przypominać. Tańczy i śpiewa, żeby tylko zwrócić na siebie naszą uwagę - żebyśmy wreszcie zainteresowali się Nim i tym co On robi dla nas, a nie w nieskończoność udręczali się tym, czego rzekomo nie robi albo tym, co sobie nawzajem zrobiliśmy.

Właśnie to jest obraz z dzisiejszej Ewangelii: Jezus w Domu z tymi, którzy dali się przywołać. Ci, którzy zaryzykowali i wbrew wszelkim podejrzeniom dali się zawołać - zostali wprowadzeni do Domu. Rodzina. Nowa Rodzina. Bóg, w którego wierzymy jest Rodziną: jest Wspólnotą, Jednością Ojca i Syna i Ducha Świętego. I Jezus przyszedł, by nam o tym przypomnieć: że człowiek to istota, która od momentu zaistnienia jest włączona w tę Wspólnotę. Człowiek jest osobą tylko i wyłącznie dlatego, że jest włączony we Wspólnotę Osób. Mogę się wkręcać w to, jaka jest (czy była) moja ziemska rodzina - a mogę zacząć widzieć Prawdziwą Rodzinę, której jestem członkiem. I właśnie to przyszedł przypomnieć nam Jezus: kim naprawdę jesteśmy, jaka jest nasza prawdziwa tożsamość. Stał się naszym Bratem - Syn Boży - żebyśmy zrozumieli, do jakiej Rodziny należymy naprawdę. I nie przestał być naszym Bratem nawet przez nas krzyżowany - żebyśmy zrozumieli, że to przygarnięcie nas do Wspólnoty z Ojcem i Synem i Duchem, które się dokonało w momencie naszego stworzenia, jest nieodwołalne. Problem nie jest po stronie Boga - On ma radość z naszego istnienia, z tego że ma dzieci. Problem jest po naszej stronie, to my wkręcamy się w przekonanie, że skoro z naszego punktu widzenia jesteśmy niedoskonali, popełniamy błędy, odkrywamy nasze słabości itd. tracimy Jego Miłość. A On przychodzi nas przekonać, że to kłamstwo jest. Tak jak Pawła potrzebował przekonać. Pawła, który trzykrotnie sam prosił Pana, by Pan zrezygnował z niego, bo on, Paweł, według Pawła się nie nadaje do tego, do czego powołał go Pan. On sam, Paweł, doświadczając swoich ludzkich słabości, uznał że lepiej, żeby Pan z niego zrezygnował… Co usłyszał od Pana? Wystarczy ci Mojej łaski… Ja, Pan, powołałem cię słusznie - już w łonie matki… A ja, Wojtek, widząc moje błędy i słabości, uważam, że wiem lepiej od Pana - że Pan się pomylił… Zupełnie jakby On nie wiedział… Właśnie o to chodzi Jezusowi: żeby w kółko na nowo nas przekonywać, że On nie zrezygnował ze swojej radości, którą jestem ja… I żebym w kółko na nowo wracał do Niego - przybity i pohańbiony, upadły i zniechęcony, ale wracał, by kolejny raz się przekonać, kolejny raz przeżyć radość przygarniętego.

Właśnie to jest obraz siedzących z Jezusem: Nowa Rodzina. Ci, co uwierzyli - i przez Chrzest wyznali tę wiarę, że są zanurzeni w Ojca i Syna i Ducha Świętego i żyją wiarą, że JUŻ są w tej Wspólnocie. Potwierdzeniem są dzieła, jakie Ojciec daje mi codziennie do wykonania. Moja wspólnota z Ojcem i Synem i Duchem Świętym nie jest wynikiem wykonywania tych dzieł - ale dzieła są potwierdzeniem, że w Niej jestem, w Jedności Boga. Inaczej nie byłbym zdolny wykonywać tych dzieł. Ktoś, kto sądzi, że dzieła są mi dane do zasługiwania, jest bardzo zaślepiony pychą, która sądzi, że może coś zrobić poza Bogiem. Ja mogę zrobić cokolwiek - choćby się obudzić rano - tylko dlatego, że jestem w Bogu. Ojciec daje mi do wykonania dzieła właśnie po to: że to jest sposób na potwierdzanie tej Jedności, w której jestem. Udręka się pojawia wtedy, gdy zaczynam sądzić, że te dzieła są mi dane po to, bym na Jedność zasłużył - wtedy każdy błąd staje się źródłem rozpaczy, przekonania że wszystko straciłem. Kiedy uznam Prawdę - a Chrzest jest wyznaniem wiary w Prawdę - wówczas dzieła, które mam dziś do wykonania, niosą radość: bo potwierdzają, że jestem przygarnięty i że tylko dlatego mogę je wykonać. I nawet błędy nie są w stanie zniszczyć tej radości - bo okazuje się, że nawet błąd nie jest w stanie zniszczyć tego przygarnięcia, zniszczyć radości Boga, zniszczyć Jedności do której zostałem włączony. Skoro widzę błąd - znaczy, że dalej jestem w Jedności. I skoro żyję i mogę spróbować jeszcze raz - to tylko dlatego, że Ojciec nie wypuścił mnie z rąk. Chociaż zbłądziłem, pomyliłem się itd. - mogę o tym myśleć tylko i wyłącznie dlatego, że nie udało mi się zniszczyć Jedności. Rozpacz po błędzie wynika z pychy, która sądzi, że może zniszczyć Miłość Boga, że może zniszczyć Jedność Boga. Okazuje się, że jednak nie mam takiej mocy, która by mogła zniszczyć Boga, Jego Miłość i Jedność do której mnie przygarnął. Okazuje się, że jednak nie jestem tak potężny jak sądzi moja pycha i że nie jestem w stanie zabić Boga - o tym mówi Zmartwychwstanie. To jest właśnie pułapka pychy, która jest źródłem każdego grzechu: pycha sądzi, że ma moc zabicia Boga, zabicia Jego Miłości, zniszczenia Jedności Trójcy… A Bóg w Chrystusie cierpliwie pokazuje mi, że nawet mój grzech nie jest w stanie zniszczyć Boga, rozerwać Jedności Trójcy, zabić Jego Miłości… Jakaż to pycha, która sądzi, że potrafi zabić Boga, rozerwać Jego Jedność i zniszczyć Jego Miłość!!! Pokory trzeba - a wtedy otworzą się oczy na Prawdę…

I to są ci na zewnątrz: oni wołają Jezusa. Bo nie zauważyli, że Jezus zawołał ich. Mało tego: szukają Jezusa. Bo nie zauważyli, że Jezus znalazł ich. Właśnie to jest haczyk pychy: pycha sądzi, że to ona wszytko musi zrobić. I zagłębia się w rozpaczliwym wołaniu i szukaniu Jezusa. A przecież to On przyszedł, znalazł nas i przygarnął na nowo do Jedności, w której On żyje. On to zrobił. Wystarczy uwierzyć - a odkryję, że nie jestem na zewnątrz, ale w Domu. Wystarczy zrozumieć, co Jezus mówi o woli Ojca: każdy, kto czyni wolę Ojca, należy do Rodziny. Wystarczy sprawdzić, czy jestem nadal w stanie czynić dzieła Miłości - czy potrafię kochać, służyć braciom i siostrom. To jest dowód, że mam Boga, że mam Ojca i Syna i Ducha Świętego. Jestem w stanie pełnić wolę Ojca, wolę Miłości tu i teraz - podać kubek wody spragnionemu, kromkę chleba głodnemu itd. - tylko i wyłącznie dlatego, że mam Jezusa, a mając Go mam Ducha Syna, a mając Ducha Syna mam Ojca… JESTEM. Tak, może upadłem, może zgrzeszyłem - może. Ale Ojciec chce mnie w konfesjonale przekonać, że nie zniszczyłem Jego Miłości. W Eucharystii chce mi ciągle przypominać o swojej radości z tego, że może dawać mi siebie w Synu, w Jego Ciele i Krwi. Syn w Eucharystii uparcie mi przypomina, że On sam żyje we mnie - a skoro żyje we mnie Syn, to znaczy, że ja jestem tam, gdzie Syn - w Łonie Ojca, w Rodzinie Ojca i Syna i Ducha Świętego. Właśnie tu jest pułapka: wpuścić człowieka w nieskończone poszukiwanie Tego, którego człowiek ma. Wmówić człowiekowi, że dzieła są po to, by zarobić - a wówczas człowiek na zawsze straci radość… A dzieła są nie po to, by zarobić, by szukać, by wołać - dzieła są potwierdzeniem, że mam i mając JESTEM we Wspólnocie Ojca i Syna i Ducha Świętego. Bo mogę zrobić to, co dziś daje mi do zrobienia Ojciec tylko i wyłącznie Mocą faktu, że JESTEM w Rodzinie, w Jedności Ojca i Syna i Ducha Świętego. Tylko to mnie stawia na zewnątrz: że zapomniałem Prawdy. Dlatego trzeba wracać uparcie do Prawdy, dawać sobie nieustannie na nowo naprawiać myślenie przez uparte wspominanie tego, co Jezus, Syn Boży, uczynił dla mnie i co z tego wynika: że JESTEM w Jedności Ojca i Syna i Ducha Świętego i właśnie mocą tej Jedności dziś istnieję i robię to co robię. Wtedy pojawia się we mnie radość Tego, który JEST.

Ale. Na zewnątrz jest też Matka. Tak jak Syn utożsamił się z tymi na zewnątrz - by ich przywołać i pokazać Prawdę - tak Matka jest razem z tymi na zewnątrz. Ona, która jest najgłębiej zjednoczona z Synem - na mocy tej Jedności jest najgłębiej zjednoczona z tymi na zewnątrz po to, by w Jedności z Synem pomagać im wracać do Domu. Wracać przez porządkowanie myślenia. Tak jak Syn nie opuścił tych najbardziej na zewnątrz, którzy zaciągnęli Go na Golgotę - tak i Matka, razem z Synem. I tak Syn pokazał Prawdę najbardziej niepojętą: że ci najbardziej na zewnątrz są najbliżej Boga… Najbardziej ogarnięci Miłością… Szczyt Miłości jest na szczycie braku Miłości: na Golgocie… Gdzie wzmógł się grzech, jeszcze obficiej rozlała się Łaska, Miłość… Wytryska z przebitego Serca… Syn pokazuje Prawdę niepojętą… Po to, by ci na zewnątrz wreszcie zrozumieli, jaką Miłością są ogarnięci… Jaka jest odpowiedź Ojca na ich pogubienie… I właśnie dlatego pod Krzyżem stoi Matka. I tak samo uczynią wszyscy, którzy są najbliżej Jezusa: staną się najbliżsi tych najdalszych, najbardziej pogubionych - by w Jedności z Synem i Matką wyznać im Prawdę i otworzyć im oczy. Właśnie dlatego Matka jest z tymi na zewnątrz: tak właśnie jest Matką Jezusa. Bo czyni wolę Ojca: a wolą Ojca jest, by nie zginął nawet najmniejszy, nawet najdalszy… I Matka do końca pełni wolę Ojca: idzie za najdalszymi w Jedności z Synem, który zstąpił po nas do otchłani. Jeśli dystansuję się od najdalszych, jeśli uważam że jestem bliżej niż oni i w związku z tym jestem lepszy od nich - już jestem dalej niż ten, kogo uważam za najdalszego… Jezus stał się bliski oddzielonym, by ich doprowadzić do Domu. Im bardziej uważam się za lepszego, tym gorzej ze mną… Trzeba uznać Prawdę: potrzebuję Łaski. Jak każdy. I wtedy odkryję, że mam Łaskę. Inaczej zagłębię się w udręce zarabiania bezowocnego. A tak mogę żyć w radości Ułaskawionego. Maryja jest Pierwszą Ułaskawioną i Ona pokazuje, jak się żyje w radości Ułaskawionego: nie przez dystansowanie się od najdalszych i pielęgnowanie swojej rzekomej doskonałości - ale przez utożsamienie się z nimi by przekonać ich o Łasce. Pomóc im pić Łaskę. Ona i tylko Ona umie zrywać Owoce Drzewa Życia. Potrzebujemy Jej - my na zewnątrz, dzieci Ewy która nie umie zrywać innych owoców jak tylko z drzewa śmierci. Potrzebujemy uznać się za dzieci Maryi, za potrzebujących Łaski - by Maryja karmiła nas cierpliwie Owocem Swojego Żywota. I robi to w Kościele - który jest Wspólnotą Ułaskawionych. Nie tych, co zarobili - ale tych, którzy są Ułaskawieni. Którzy są najdalsi i z łaski stali się bliskimi. Stali się Rodziną. Dopiero gdy tak na to wszytko popatrzę, przeżyję radość ułaskawionego i zobaczę w innych ułaskawionych swoich braci i siostry. Zacznę miłować gdy odkryję jak jestem miłowany - ja, który na Miłość nie zasłużyłem. Przestanie mi przeszkadzać, że inni też nie zasłużyli. Matce nie przeszkadza, że nie zasłużyliśmy - bo Ona nigdy nie zapomniała, że na nic nie zarobiła i że wszystko otrzymała z Łaski, że jest Pełna Łaski. Dlatego nie gardzi żadnym, który nie ma zasług. To my się wkręcamy, że na Łaskę trzeba zasłużyć i dlatego nie widzimy tego, o czym pisze Paweł w Liście do Efezjan: że wszyscy jesteśmy ułaskawieni tak samo jak Ona. Jestem pełen Łaski - bo inaczej bym nie był istotą żywą zdolną do kochania. To ja wkręcam się że nie jestem pełen Łaski bo zamiast pełnić dzieła Łaski, dzieła Miłości, wkręcam się w jakieś zarabianie, szukanie, wołanie, samodosokonalenie itd… Jedyna forma doskonalenia, do jakiej zaprasza mnie Chrystus, to doskonalenie swojej umiejętności kochania - czynnego i praktycznego - która wynika z tego, że jestem wciąż i wciąż na nowo napełniany Łaską, ułaskawiany, przygarniany. Dlaczego? Bo nikt i nic nie jest w stanie zniszczyć Boga, zabić Jego Miłości, rozerwać Jego Jedności. Więc to nie moje zmartwienie - budowanie tej Jedności. Moje zmartwienie to doskonalenie mojej umiejętności korzystania z tego, że jestem przygarnięty do Jedności: umiejętności czynienia dzieł Miłości.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama