Nowy numer 46/2018 Archiwum

Radość Ewangelii (16.02.2018)

Mt 9,14-15: Po powrocie Jezusa z krainy Gadareńczyków podeszli do Niego uczniowie Jana i zapytali: „Dlaczego my i faryzeusze dużo pościmy, Twoi zaś uczniowie nie poszczą?” Jezus im rzekł: „Czy goście weselni mogą się smucić, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy będą pościć.”

Prawdę mówiąc po powrocie z kraju Gadareńczyków Jezus zrobił najpierw parę ważnych rzeczy - wcale sprawa postów nie była pierwszą z nich. Najpierw Jezus uzdrowił paralityka, którego przyniosło czterech - odpuszczając mu grzechy. Potem powołał - ku zgorszeniu faryzeuszów - Mateusza celnika, prosto z komory celnej. I dopiero wtedy podeszli do Niego uczniowie Jana z pytaniem o post. No bo coś w tym wszystkim jest bulwersującego: my dużo pościmy, staramy się i w ogóle - a Twoi uczniowie nie poszczą, nie starają się, a mają… Taki paralityk: sparaliżowany swoimi grzechami, nawet nie jest w stanie do Ciebie przyjść, inni go przynoszą - pstryk i już… To samo Mateusz: nawet nie on przyszedł do Ciebie, lecz Ty do niego, nie mówiąc już o tym, żeby Mateusz choć palcem kiwnął żeby na to zasłużyć… No więc jak to? My tu dużo pościmy - a nie mamy. Oni palcem nie kiwnęli - a mają… jak to?

No właśnie tak to. Żeby mieć - trzeba zwrócić uwagę na to, że mam. Dopóki jestem zajęty szukaniem, zdobywaniem, zasługiwaniem - to nie widzę, że mam. Zamiast celebrować Tego, którego mam - ja celebruję swoje szukanie, zdobywanie i zasługiwanie. A co mnie w to wpędza? Tak naprawdę i ostatecznie próba wyduszenia z Jezusa tego, co ja chcę, czego oczekuję. Że mi da, to co ja chcę. Że spełni moje oczekiwania wobec mego życia i całego świata. Że uczyni mnie takim, jak ja oczekuję. Itd. Jeśli nie robi - może trzeba jeszcze coś zrobić? Może więcej pościć, umartwiać się, może więcej modlić się? A może jakiś inny sposób modlitwy? Może taka nowenna? A może taka modlitwa zadziała? Ciągle nie zrobił tego co oczekiwałem? To może jeszcze coś innego? A jak już wszystko nie działa - to pojawia się pretensja: dlaczego? Przecież wszystko zrobiłem, co jeszcze?

A potrzeba mało, albo tylko jednego: spojrzeć w oczy Pana, którego mam. Zauważyć, że trwa uczta weselna i że Oblubieniec JEST. Tylko pojawia się pytanie bardzo ważne: czy mi chodzi o Oblubieńca, czy o siebie, o spełnienie swoich oczekiwań? Nasycenie emocji i zmysłów, nasycenie namiętności, nasycenie moich pomysłów i domysłów… To jest właśnie egoizm: pułapka skupienia się na sobie. Goście weselni nie mają mocy, siły żeby się smucić, żeby lamentować nad śmiercią, nad zniszczonymi relacjami, dopóki Oblubieniec jest z nimi. Tak dosłownie mówi Jezus według św. Mateusza w dzisiejszej Ewangelii. Jezus używa słowa dynatai: czyż goście weselni dynatai… To słowo oznacza możliwość, siłę do czegoś, do działania. Goście weselni nie mają po prostu siły, możliwości, sposobności do czegoś, co Jezus określa słowem penthein - nie mają możliwości, siły, mocy do czynienia tego tak długo, jak długo Oblubieniec jest z nimi. A to znowu słowo greckie mówi owszem, o smutku, ale o specjalnym rodzaju smutku: smutku z powodu śmierci, gdy umarły wszelkie relacje i w związku z tym umarła wszelka nadzieja. Gdy nie ma już nadziei na odbudowanie relacji, bo kogoś po prostu nie ma. Tak się stanie, gdy zabiorą Oblubieńca: ale wedle słów Jezusa nawet wtedy nie będą smucić się, lecz pościć. Czyli ostatecznie Jezus sprzeciwia się rozumieniu postu przez uczniów Jana i faryzeuszy. Jezus nie sprzeciwia się postowi samemu w sobie - sprzeciwia się smutkowi wynikającemu z przekonania o śmierci niszczącej wszelkie relacje.

Okazuje się, że uczniowie Jezusa uczą się czegoś ważnego, co objawi się w pełni na Krzyżu i w Zmartwychwstaniu: że to, co jest potężniejsze niż śmierć, to relacja. Że relacja Miłości Boga do człowieka jest większa niż wszystko - niż śmierć, niż grzech nawet. My tego się uczymy na każdej Eucharystii i w każdym sakramencie pokuty: doświadczamy relacji Boga do nas potężniejszej niż grzech, niż śmierć grzechowa, która jest śmiercią prawdziwą, w przeciwieństwie do śmierci ciała. Nasze przekonanie, że grzech jest większy niż Miłość Boga wynika z czystej pychy: to pycha sądzi, że może zrobić coś, co jest większe niż Bóg. To pycha sądzi, że jest w stanie zrobić coś, z czym Bóg sobie nie poradzi. Dlatego bardzo łatwo pomylić żal za grzechy z pychą. Bardzo łatwo wziąć pychę za skruchę. Bardzo łatwo się pomylić. A znakiem rozpoznawczym jest smutek śmierci, jest rozpacz wynikająca z przekonania, że wszystko skończone. Właśnie dlatego goście weselni, uczniowie Jezusa, nie mają mocy by wpadać w taką rozpacz - bo kontemplują Miłość Pana. Żyją wpatrzeni w Miłość, której Pamiątkę nieustannie celebrują. Żyją wpatrzeni w Miłość, która nieustannie ich przygarnia w Sakramencie Pokuty. Ta Miłość niekoniecznie spełnia oczekiwania uczniów - niekoniecznie spełniła oczekiwania Mateusza - ale okazała się większa niż wszystko. Większa niż mój grzech. Większa niż moja pycha i mój egoizm. Większa od śmierci, którą sam zadałem tej Miłości. Większa niż wszystkie moje oczekiwania, podejrzenia i domysły. Właśnie dlatego dopóki żyję wpatrzony w moje oczekiwania, dopóki żyję wypatrując ich spełnienia, nie widzę Miłości, która mnie zaślubia - bo wpatruję się w coś, co jest nieskończenie mniejsze od Miłości. Wpatruję się w moje domysły, pomysły i oczekiwania. W moje projekty. A nie widzę Prawdziwej Miłości - Miłości większej niż mój grzech, niż moja słabość i niedoskonałość. Miłości, której nie jest w stanie zniszczyć żadna siła i żadna potęga. Bo zostałem zaślubiony Duchem oddanym z Krzyża - Duchem samego Boga, który czyni Jedno z Ojca i Syna. Zostałem włączony w relację Ojca i Syna - więc jak mogę myśleć, że potrafię tę relację zabić? To jest szczyt pychy: sądzić, że jestem w stanie rozerwać Jedność Ojca i Syna. Właśnie tak została pokonana pycha nasza na Krzyżu: Jezus na Krzyżu objawił, że nie jesteśmy w stanie zrobić nic, co byłoby zdolne rozerwać Jedność Ojca i Syna - bo umarł w Jego ramionach, w ramionach Ojca, w Jedności z Ojcem. Mało tego: Jezus umarł w Jedności nie tylko z Ojcem - ale i z nami. Do końca odpowiadając Miłością na nasz grzech. I tak pokazał, że relacja, do której nas zaprasza, którą z nami, grzesznikami, nawiązuje, jest potężniejsza niż wszystko. Niż grzech nawet. Niż moje słabości, niedoskonałości, wady, upadki, błędy, większa niż wszystko. Tak złamał kłamstwo szatana, który uparcie próbuje mi wmówić - gdy do głosu dochodzą moje słabości, niedoskonałości, gdy odkrywam swój grzech - że wszystko skończone, że mój grzech zniszczył Jego Miłość. A Jezus uparcie - w konfesjonale, w Eucharystii - wyznaje Prawdę o Miłości potężniejszej niż grzech, niż słabość, niż wszystko. O Miłości kochającej grzeszników. Jakże to bulwersujące dla pychy! Bo okazuje się, że Bogu chodzi o jedno: o Miłość. O to, by czynić Miłość. Dopóki czynię Miłość - celebruję zaślubiny, celebruję obecność Oblubieńca, który jest Miłością. Gdy przestaję czynić Miłość, gdy zaczynam skupiać się na sobie, swoim egoizmie - wpadam w pułapkę: sam wychodzę z relacji, sam odwracam się od Miłości. A potem zaczyna się post: brak Miłości. Brak, bo wzgardziłem Miłością - skupiony na sobie i swoim egoizmie. I tu wkracza pycha, która uważa, że takiego mnie nie można kochać - że najpierw muszę coś nadrobić, odrobić i w ogóle, żeby mieć Miłość. Nie. Mam przyjść i przekonać się - w Sakramencie Pokuty, w Eucharystii - dać się przekonać, że Miłość nie umarła. I przejść do prawdziwego postu, który polega na odcinaniu tego, co odciąga mnie od Miłości. Na tym polega post uczniów Jezusa: na celebrowaniu obecności Pana w czynieniu tego, co On - tak, jakby był obecny. Na nieszukaniu zaspokojenia podczas Jego rzekomej nieobecności w pijaństwie i obżarstwie, w biciu współsług - ale w czynieniu Jego Pamiątki, czynieniu tego co Pan, gdy był z nami na sposób ciała: w czynieniu wzajemnej Miłości. To jest prawdziwy post, który przywraca człowiekowi doświadczenie bycia na uczcie weselnej: doświadczenie obecności Pana. Obecność Oblubieńca doświadcza się nie zmysłami czy emocjami, ale doświadcza się poprzez to, że jestem zdolny czynić to, co On uczynił - a nawet więcej. Jestem zdolny służyć tak jak On służy mi. Właśnie tak wygląda prawdziwy post: na zwróceniu się ku czynieniu tego, co On - a wtedy odpada to, czego On nie czynił… I tak się przeżywa fakt, że jestem poślubiony: bo mogę czynić to, co On - mogę czynić Miłość. Tu i teraz.

« 1 »
oceń artykuł

Zobacz także

Zapisane na później

Pobieranie listy