Nowy numer 41/2019 Archiwum

Pierwszy po proboszczu

Dziś obaj mają ponad 70 lat. Brakuje im sił i następców. A obaj nauczyli się fachu od tego samego człowieka...

Kiedy pan Stanisław przyjechał do Świdnicy w 1945 r., zatrudnił się w ochronie miasta. Szybko jednak się przebranżowił i został konwojentem rozwożącym towar po sklepach. Tak poznał swoją żonę. Tak też dał się poznać jako odpowiedzialny człowiek. – Na te tereny przyjechało wówczas mnóstwo ludzi ze Wschodu. Ksiądz, który tu nastał, szukał kogoś właściwego na kościelnego. Z pierwszymi kandydatami miał już trochę nieprzyjemnych doświadczeń. Jeden zaglądał do kieliszka, drugiego za bardzo interesowały złocenia i szukał w świątyni mitycznych skarbów. Inny nie przychodził albo się spóźniał. Proboszcz zaczął pytać wiernych i ci polecili mu tatę, Stanisława Psiuka – opowiada pan Janusz, aktualny kościelny w świdnickiej katedrze.

Te ręce rozkładały ornaty

Księdzem, który wówczas szukał kościelnego, był ks. Stefan Helowicz. Prowadził on parafię od 12 marca 1952 r. do 10 sierpnia 1954 r., więc na ten czas trzeba datować rozpoczęcie pracy S. Psiuka w parafii pw. św. Stanisława i św. Wacława w Świdnicy. – Tatuś musiał oczywiście, jak inni kandydaci, przejść okres próbny, ale był sumienny, więc ks. Helowicz nie miał żadnych zastrzeżeń i przyjął go do pracy. Sprawdził się w tej roli tak dobrze, że służył w parafii do grudnia 1995 r., gdy posłuszeństwa odmówiło mu zdrowie – wspomina pan Janusz. W tym czasie zmieniali się proboszczowie, a on – zaufany współpracownik – trwał na stanowisku. – Po księdzu Helowiczu przyszedł ks. Czesław Jankowski. Jak się później okazało, nie był on wcale księdzem... Od lipca 1955 r. administratorami parafii byli ks. Wilhelm Boczek, ks. Stanisław Gondek i ks. Józef Pazdur. W październiku 1957 r. proboszczem został ks. Dionizy Baran. To z nim tata pracował najdłużej. Szybko stał się prawą ręką prałata. Pracował nie tylko w kościele, ale pomagał też w zaopatrzeniu kuchni plebanijnej, a w tamtych czasach to było bardzo trudne zadanie. Trzeba się było mocno nagimnastykować, żeby coś kupić, bo niektórzy stali w kolejkach od 2.00 w nocy, a tatuś przecież musiał też w tym czasie otworzyć kościół – opowiada pan Janusz. Znał zajęcie ojca nie tylko z opowieści. – Od maleńkiego obserwowałem tatę w pracy. Miałem wtedy 5–6 lat. Przychodziłem tutaj z mamusią i patrzyłem, jak on to wszystko robi. Miał długie, szczupłe ręce, które w mig rozkładały ornaty, alby. A to nie było takie proste jak teraz. One były wykrochmalone, sztywne, więc trzeba było wiele trudu, by je ułożyć – zwraca uwagę. Mieszkając przy plebanii wraz z rodzicami, mógł codziennie obserwować ciężką pracę taty. Może też dlatego później trudno było mu się zdecydować na objęcie tego stanowiska. – Kiedy pierwszy raz byłem na rozmowie u proboszcza, nie zgodziłem się zostać kościelnym. Później jednak, kiedy okazało się, że znów nie można na to miejsce znaleźć nikogo odpowiedzialnego, pomyślałem, że może warto spróbować. A że jeszcze tu mieszkałem i miałem tu garaż, to nawet dobrze się składało – wspomina. I tak od 2002 r. do dziś pracuje w parafii pw. św. Stanisława i św. Wacława w Świdnicy. I choć taty nie ma już z nim od prawie 20 lat, pamięć o nim przetrwała.

Zmieniali się proboszczowie...

– Pamiętam, jak prałat Baran zachęcał, żeby pomóc przy stawianiu rusztowania w kościele. Byli oczywiście fachowcy, którzy mieli uprawnienia, ale potrzeba było więcej rąk do pracy, więc zgłosiliśmy się do pomocy. Później podobnie sprawa wyglądała z posadzką. Rwaliśmy starą i wywoziliśmy, a fachowcy kładli nową. Dużo nas wówczas było, niekiedy nawet sto osób. Wszystko zależało od godzin spędzonych w pracy, każdy pomagał, ile mógł – wspomina Roman Klimaszewski, drugi z pracujących obecnie w katedrze kościelnych. Wówczas praca pozwalała mu na pomoc popołudniami, więc przychodził niemal codziennie. Ciekawość i codzienne rozmowy z ówczesnym kościelnym, Stanisławem Psiukiem, pozwalały mu się w tym czasie uczyć kolejnych umiejętności przydatnych w codziennym życiu parafii. – Zawsze prosił mnie o pomoc przy nakręcaniu zegarów na wieży, uderzaniu w dzwony, noszeniu baldachimu czy później włączaniu świateł. Tak naprawdę to od niego wszystkiego się nauczyłem i kiedy później przyszedłem tutaj do pracy, nie miałem większego problemu z takimi czy innymi zajęciami – mówi. Kiedy przeszedł na emeryturę, zmienił się też w parafii proboszcz. Po ks. Dionizym Baranie i ks. Ludwiku Sosnowskim nastał ks. Jan Bagiński. W czasie wizyty duszpasterskiej namawiał pana Romana, by ten zgodził się być kościelnym. Początkowo nie czuł się on na siłach, jednak kiedy zmarł Marian Szaciłło, pełniący tę funkcję po Stanisławie Psiuku, poczuł, że czas najwyższy odpowiedzieć na wezwanie. – Już wcześniej Marian namawiał mnie, żebym razem z nim się zaangażował, ale miałem takie swoje małe chałupnictwo i nie chciałem z niego rezygnować. Wówczas do zakrystii trafił Janusz, syn Stanisława. Pan Bóg jednak upomniał się o swoje i tak na stałe trafiłem tutaj – wyjaśnia. Od poprzednika nauczył się jeszcze jednego. – Bez względu na to, kto był proboszczem, praca zawsze układała nam się dobrze. Gdybyśmy tego nie lubili, pewnie nigdy byśmy tutaj nie przyszli. Sił już zaczyna brakować, słuch i nogi nie są już tak dobre, ale nie chcemy zostawić ks. Piotra Śliwki bez pomocy. Sami też szukamy kogoś, kto chciałby się oddać sprawie, ale chętnych nie ma zbyt wielu – żali się pan Roman. Co jest trudnego w pracy katedralnego kościelnego, że nikt się do niej nie garnie? – Wszystko – uśmiecha się pan Roman. – Trzeba wcześnie rano wstać, żeby już po 5.00 otworzyć kościół. Sprawdzić oleje w świecach, przygotować księżom alby i paramenty liturgiczne, zapalić światła, a czasem nawet coś posprzątać. Pracujemy na dwie zmiany, więc do domu wracam po 13.00. W tym czasie wszystkiego trzeba doglądać, czasem coś pomóc przy drobnych pracach. Nigdy się nie nudzę. Ale jestem dumny z tego, że w taki sposób mogę służyć Kościołowi, szczególnie że świątynia, w której pracujemy, 15 lat temu została podniesiona do godności katedry. Wszystkim nam powinno zależeć na tym, by to, co się tu dzieje, było na najwyższym poziomie – dodaje.

Czekałem, aż otworzą się drzwi

Stanisława Psiuka pamiętają urzędujący tu kolejno proboszczowie, jego następcy na funkcji kościelnego, ale i parafianie. – Zapisał się w pamięci wielu świdniczan jako pierwszy po proboszczu troskliwy kustosz bazyliki świdnickiej. Trudno znaleźć kogoś równie oddanego w historii tej świątyni – wspomina ks. Jan Bagiński, były proboszcz. Świadectwo jego wiernej służby pociągało również ministrantów, którzy dziś są już dorośli. – Pan Stanisław był jedną z tych osób, które zaważyły na mojej miłości do Eucharystii. Kiedy po homilii dziadek wyciągał dwie monety, jedną dla siebie, a drugą dla mnie, to od tej chwili ciągle zerkałem, aż otworzą się drzwi zakrystii i pojawi się w nich pan Stanisław. Jego szacunek do tego, co dzieje się na ołtarzu, ale i postawa modlitwy, sprawiły, że jako dzieciak zapragnąłem być ministrantem – opowiada Jacek Masłowski.•

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL