To plemię jest plemieniem nie tyle przewrotnym, co sprawiającym ból, cierpienie, doprowadzającym do agonii… I tłumy nie tyle się gromadzą, co wręcz ściskają Jezusa zewsząd. I właśnie dlatego to plemię jest plemieniem sprawiającym ból, cierpienie: bo chce wycisnąć Boga jak cytrynę, by spełnił nasze oczekiwania… Ciągle i ciągle to jest największe napięcie między nami a Bogiem: oczekiwania. Wyobrażenia. Żeby z Boga wydusić to, co my chcemy.
Czytaj Pismo Święte w serwisie gosc.pl: biblia.gosc.pl
Dlaczego tłumy szukały Jezusa? Dlaczego się gromadzili i ściskali Go niby cytrynę? Chcą znaku. Nasycenia oczekiwań. Niezwykłości. Dlaczego? Bo się nie godzę z moim życiem codziennym. Bo się znużyłem, bo się znudziłem, bo nie jest tak, jak bym chciał, żeby było - i jeszcze mam czelność mówić, że nie jest jak być powinno. Bardzo często tak mówimy: że nie jest tak, jak być powinno. A w gruncie rzeczy chodzi właśnie o to: że nie jest tak, jak ja się spodziewam, oczekuję, wyobrażam sobie. A od kiedy to ja jestem Bogiem? Od kiedy wszystko być powinno tak, jak ja chcę, oczekuję i wyobrażam sobie?
Historia o uczniach idących do Emaus pokazuje, co się dzieje, gdy idę uparcie zapatrzony w to, jak według mnie być powinno. Nie słucham Boga, nie słucham Pisma, tylko żyję zapatrzony i zasłuchany w swoje wyobrażenia i oczekiwania - i jeszcze mam czelność przypisywać to wszystko Bogu. Co mnie prowadzi tak w istocie rzeczy? Prawda, Światłość, Jezus - czy moje oczekiwania i wyobrażenia? Czy ja słucham Jezusa, który przemawia w swoim Słowie - czy też szukam uparcie w Słowie potwierdzenia swoich wyobrażeń i oczekiwań? Bardzo cienka tu jest granica między traktowaniem Słowa jako źródła potwierdzeń dla tego, co ja już sobie w głowie ułożyłem…
No i potem robi się walka z Bogiem, z życiem, z rzeczywistością o to, żeby było jak ja chcę. Jak ja sobie wyobraziłem. Próbuję wydusić życie, Boga jak cytrynę - żeby było jak ja chcę. Wydusić siebie, innych, samego Boga… A kiedy okazuje się, że wbrew wszystkiemu nie da się - to idę w depresję, w rozdrażnienie, w załamanie, w rezygnację itd. W szukanie znieczulenia itp.
I tak staję się człowiekiem niosącym cierpienie, agonię - w sobie i dla innych. Będę dawał innym to, co niosę w sobie. Agonię. Cierpienie. Ból. I co więcej: razem ze mną doświadcza tego Bóg, który jest moim Życiem. Jak bardzo nie zdajemy sobie sprawy z tego, co to jest nasze Życie! A właściwie Kto to jest… Jak bardzo się utożsamiamy z rzeczywistością wokół nas i nie rozumiemy różnicy między nami i naszym Życiem a istnieniem wszystkiego innego… Nasze Życie to KTOŚ. Życie człowieka to sam Bóg, osobiście. To nie proces, czas, idea, chemia itd. - to Osoba. Osoba Boga, który ma na imię JESTEM. Tak jak ja mogę świadomie powiedzieć o sobie: JESTEM. W tej chwili JESTEM. I to jest On: moje JESTEM to On. JESTEM człowieka to On sam w sobie. I kiedyś to zobaczę: stanę przed Nim twarzą w twarz i zobaczę Jego w każdym moim JESTEM. Ile JESTEM było w moim życiu dotychczas? I to wszystko to On. I co ja robię z moim JESTEM? Co robię - pędzony oczekiwaniami, wyobrażeniami, zachciankami, namiętnościami, emocjami, popędami, ambicjami - co robię z JESTEM? Czyż nie próbuję wydusić znaku? A znakiem jest On - JESTEM.
To jest znak - ale żeby ten znak odczytać, trzeba pokory. Pokory, która nie przypisuje sobie pozycji Boga, samoistności, samoistnienia. Pokory, która - jak Jan Chrzciciel - potrafi powiedzieć o sobie: ja NIE jestem. I wtedy pokora przeżywa zadziwienie: ja NIE jestem - a przecież doświadczam JESTEM? Kim jest JESTEM? Mój Bóg. Moje Życie. Moje JESTEM. Kim jest? Kim jest Ten, który przychodzi? Zabijany - wraca. Wyciśnięty jak cytryna - do ostatniej kropli Krwi - wstaje z grobu i wraca? Kim On jest?
I tu pojawia się nawrócenie: cóżem Ci uczynił, Panie? Cóżem Ci uczynił, moje Życie? Moje JESTEM? Cóżem z tobą uczynił, Miłości która przychodzisz nieprzerwanie? A co czynisz Ty? Przychodzisz. Chwila po chwili przychodzisz. I to przychodzenie Twoje jest moim Życiem. To wychodzenie Twoje nieprzerwane mi naprzeciw - to moje Życie jest. To moje JESTEM: Ten, który przychodzi. Który JEST, który BYŁ i który PRZYCHODZI. I to jest znak: przychodzenie Pana, przychodzenie Życia chwila po chwili. Przez trzy dni. Przez czterdzieści dni. Uparte przychodzenie Życia chwila po chwili - bo może wreszcie do mnie dotrze, może zrozumiem, może się nawrócę - nawrócę do Życia a nie do walki o to, żeby było jak ja chcę, która kończy się w otchłani rozpaczy, zniechęcenia, depresji, cierpienia nieskończonego, bo nie jest jak ja chcę…
Znakiem jest Pan. Jego Obecność. Obecność w Eucharystii. W Najświętszym Sakramencie. Znakiem jest Jego Obecność w Kościele, w Sakramentach. Jest znakiem uczącym mnie, kim jest moje Życie, moje JESTEM. Znakiem wzywającym do nawrócenia. Najświętszy Sakrament: to tutaj Pan nieprzerwanie woła „JESTEM”. Komunia Święta: to tu nieprzerwanie widzę, Kim jest moje istnienie, moje Życie. I co? I nic.
Nie dociera do mnie - że moje Życie wynika tylko i wyłącznie z tego, że Pan przychodzi. Że JEST - ze mną. Że gdyby nie przychodził, nie przyszedł - to bym nie miał JESTEM. Nie byłoby mnie. Życie jest Światłością ludzi. Życie. Ale ja ignoruję Życie, ignoruję Pana - bo nie daje tego, co ja chcę. Ale On daje siebie. On przychodzi - i daje siebie. Ile dla mnie jest warta Osoba? Ile tak naprawdę? Ile jestem wart ja? Drugi człowiek? To się tu zaczyna: od tego, ile dla mnie wart jest Pan, Życie. Osoba. Tyle będę wart dla siebie ja i drugi człowiek. Kiedy Życie traci na wartości - bo się nie da wycisnąć z Niego tego, co ja chcę - to ja tracę na wartości, inni ludzie tracą na wartości, wszystko staje się bezwartościowe…
Królowa z Południa jechała z krańca świata do Salomona - a tu Pan, JESTEM przyszedł do mnie z krańca, ze szczytu Nieba. Przyszedł, porzucił istnienie w postaci Bożej by stać się moim Sługą aż do śmierci krzyżowej - i na mnie nie robi to wrażenia… Niniwici przejęli się tym, że Jonasz do nich przyszedł - przez brzuch wielkiej ryby, przez sztorm i morze - a tu Pan do mnie przychodzi, JESTEM przyszedł bym ja był. I co? I niezadowolenie wieczne… Kiedy się zbudzimy - kiedy zobaczymy twarzą w twarz - czyż nie spalę się ze wstydu? Oni wszyscy dali się poderwać człowiekowi - Salomonowi, Jonaszowi. A mnie nawet Pan nie jest w stanie poderwać - bo nie jest jak ja chcę… Pan, który przeszedł przez trzy dni otchłani, śmierci i grobu. Który przeszedł przez Golgotę i Krzyż - byle przyjść do mnie i dać mi siebie, dać mi JESTEM. A mi i tak źle…
Pan przychodzi i prosi o nawrócenie. Prosi - bym nie sprawiał bólu. Sobie przede wszystkim. Bym wreszcie puścił oczekiwania, wyobrażenia - i wreszcie dostrzegł, kim jest moje JESTEM. Kim jest moje Życie. Kto mnie nawiedza chwila po chwili i zaprasza bym był razem z Nim. Właśnie tego trzeba: otworzyć się na Miłość, która przychodzi chwila po chwili kochać mnie - i dać się kochać tak, jak Miłość chce mnie kochać. Dać się zapraszać chwila po chwili do Życia - i chwila po chwili zachwycać się cudem: tym, że JESTEM. Że zostałem zaproszony. Że Pan przyszedł i zaprosił mnie - bym był z Nim kolejną chwilę. I kolejną. I kolejną. Nawrócić się: dać się kochać tak, jak Miłość chce mnie kochać. Dać się zapraszać. Zapatrzeć się w Prawdę.








