Nowy numer 42/2019 Archiwum

Wystarczył tylko jeden sznurek...

Mt 20,17-28: Udając się do Jerozolimy, Jezus wziął osobno Dwunastu i w drodze rzekł do nich: „Oto idziemy do Jerozolimy: a tam Syn Człowieczy zostanie wydany arcykapłanom i uczonym w Piśmie. Oni skażą Go na śmierć i wydadzą Go poganom, aby został wyszydzony, ubiczowany i ukrzyżowany; a trzeciego dnia zmartwychwstanie”. Wtedy podeszła do Niego matka synów Zebedeusza ze swoimi synami i oddawszy Mu pokłon, o coś Go prosiła. On ją zapytał: „Czego pragniesz?” Rzekła Mu: „Powiedz, żeby ci dwaj moi synowie zasiedli w Twoim królestwie jeden po prawej, a drugi po lewej Twej stronie”. Odpowiadając zaś, Jezus rzekł: „Nie wiecie, o co prosicie. Czy możecie pić kielich, który Ja mam pić?” Odpowiedzieli Mu: „Możemy”. On rzekł do nich: „Kielich mój wprawdzie pić będziecie. Nie do Mnie jednak należy dać miejsce po mojej stronie prawej i lewej, ale dostanie się ono tym, dla których mój Ojciec je przygotował.”...

Po pierwsze Jezus bierze Dwunastu osobno. Po grecku kat’idian - to stwierdzenie oznacza coś bardzo, bardzo osobistego. Ci ludzie, których Jezus bierze, są kimś bardzo, bardzo osobistym dla Niego. Tu nie chodzi o zwykłą własność czy zwykłą przynależność - ale o jakiś dogłębnie wyjątkowy i osobisty związek, przynależność, relację wyjątkową. O kogoś, komu się mówi rzeczy wyjątkowe o sobie. Jezus chce mieć taką relację z Dwunastoma. Czy oni mają taką relację z Jezusem? Jezus traktuje ich absolutnie wyjątkowo, absolutnie osobiście. Dzieli się z nimi najgłębszymi swoimi przeżyciami. Chce ich mieć przy sobie w wyjątkowych sytuacjach. Daje im poznać swoje tajemnice. Wyjaśnia im wszytko. Odsłania się przed nimi. Chce, by byli z Nim. W sumie właśnie po to ustanawia grono Dwunastu: aby z Nim byli - i żeby potem mógł ich posyłać. Jako będących z Nim - w relacji absolutnie wyjątkowej, w totalnej przynależności wzajemnej. On jest ich - oni są Jego. Jak w Pieśni nad Pieśniami: mój Oblubieniec jest mój - a ja jestem Jego… Właśnie to się dokonuje w Eucharystii: Jezus staje się unikalnie, wyjątkowo mój. Oddaje się mi z Miłości i z Miłością - po to, żebym ja się stał unikalnie i wyjątkowo Jego.

Właśnie tak Jezus „przejmuje na własność”: stając się Darem. Dając się poznać - ofiarowując się. Właśnie tak pociąga człowieka, by człowiek chciał być coraz bardziej Jego: dając się. Dając się wytrwale, nieprzerwanie, do końca, bezgranicznie. To zostało w nas podważone w momencie grzechu pierworodnego: zostało w nas zasiane podejrzenie, że Bóg nie dał się do końca, że coś zachował sobie, że coś ukrył… Podejrzenie, że relacja do której mnie zaprasza, nie jest relacją totalną, unikalną, wyjątkową - nie jest relacją totalnej przynależności. Że owszem, jest dla mnie - ale nie całkiem… A przecież człowiek został stworzony do relacji totalnej - i takiej relacji ciągle szukamy. Relacji totalnej, absolutnej. Właśnie takiej, w której ja cały jestem dla kogoś - i ten ktoś jest cały dla mnie. I to zostało wykrzywione w momencie grzechu pierworodnego: zaburzone zostały relacje. Odeszliśmy od relacji totalnej z Bogiem. I zawsze o to chodzi: żebym po pierwsze wyszedł z totalnej relacji z Bogiem. Owszem, żebym miał tę relację - ale nie totalną. Żebym nie przyjmował Go w pełni - i żebym nie w pełni był Jego. Żebym się nie zgadzał na pełne obdarowanie i nie chciał być w pełni Jego. Żebym podejrzewał Go o niepełność - i sam był w niepełnej z Nim relacji. Żebym chciał coś obok zachować sobie. Owszem, ogólnie jestem dla Boga - ogóle Go przyjmuję - ale w szczególności coś zachowuję tylko sobie… I jeszcze buduję sobie przekonanie, że wszystko jest OK - bo przecież w ogólności wcale nie odchodzę od Niego… W ogólności się Go trzymam… Tylko jakaś jedna rzecz… jeden obszar…

Ptak przywiązany choćby jednym sznurkiem i tak nie poleci… nie potrzeba zaraz go wiązać nie wiadomo jak - wystarczy jeden sznurek… i to wcale niekoniecznie zaraz lina okrętowa…

No i właśnie tego się lękam: daru totalnego. Lękam się totalnego przyjęcia Boga - bo wtedy (czuję to podświadomie) ja stanę się totalnie Jego. Tak to działa. Takie jest Prawo Miłości: kiedy Miłość zostaje przyjęta totalnie tak, jak totalnie się daje - wówczas obejmuje mnie totalnie we władanie. Tajemnica Miłości. Tajemnica wolności. Tu trzeba zgody - trzeba się dać zabrać osobno. Trzeba się dać pociągnąć Miłości totalnej. Trzeba się zdecydować iść osobno z Jezusem - i na osobności dać się obdarować totalnie Miłością. I tak się dać posiąść totalnie Miłości. Trzeba wolności. A wolność nasza ciągle się ogranicza - ciągle się przywiązuje do czegoś czy kogoś poza Miłością totalną. Ciągle wierzymy, że przyjmując Miłość w całości i w całości poddając się Miłości - coś stracimy. Stracę jakąś inną relację. Inną osobę. Inną rzeczywistość. Stracę coś czy kogoś. Stracę stanowisko, stracę reputację, stracę coś, co posiadam… Itd. Nie. Właśnie zyskuję. Właśnie to trzeba zrozumieć: że cokolwiek mam - od Życia począwszy - to mam tylko dlatego, że Miłość stała się moja. Mam na tyle, na ile przyjmuję Miłość. Mam na tyle, na ile poddaję się Miłości. Mam na tyle, na ile mam Jezusa - i na ile jestem Jezusa. Jezus ma na tyle, na ile przyjmuje Ojca i na ile jest Ojca. Ma nas na tyle, na ile się nam daje - i na ile nas przyjmuje.

I tu właśnie się pojawia wyprawa do Jerozolimy. Jezus chce mieć nas całkowicie - dlatego całkowicie się nam oddaje. Czyni Dar z siebie - Dar totalny. I nie wycofuje tego Daru, choć po ludzku coraz bardziej traci. Traci wszystko - aż do utraty uczniów. Do utraty umiłowanych. Pomału, stopniowo… Judasz. Wychodzi w noc - idzie po srebrniki. Po swój plan. Po swoje oczekiwania. Uczniowie. Uciekają w Ogrodzie Oliwnym. Chronią siebie, swoje życie. Pan zostaje sam. Dwóch idzie za Nim. Piotr. Zapiera się na dziedzińcu arcykapłana. Boi się o siebie. Jan. Idzie do końca. Uczeń umiłowany - bo przyjął Dar do końca i stał się do końca Jezusa. Dlatego może być nazwany synem Niewiasty, synem Matki Jezusa. Zająć Jego miejsce w relacji z Matką - bo jest Nim. Przyjął to końca - bo uchwycił się Matki.

I to jest Tajemnica: Maryja. Bez Maryi, bez Matki, nie jesteśmy nawet w stanie przyjąć Daru. My, ludzie małostkowi, lękliwi, lękający się o to, co tak pieczołowicie sobie nazbieraliśmy w życiu. O te nasze plewy, które w naszych oczach mają wartość diamentów - bo się nam zdaje, że to wszystko co mamy… My, podejrzliwi, zranieni grzechem… nie umiemy przyjąć Daru Totalnego bez Matki. To On przyjęła totalnie Dar totalny - aż do przemiany, aż do obleczenia w Słońce, aż do ukoronowania… Cała Boga. Po to została stworzona: jako Nowy Świat, będący wyłączną i totalną własnością Boga właśnie dlatego, że wyłącznie i totalnie przyjęła Boga, całą Jego Miłość, nie odrzucając ani kropli, nie grymasząc, nie krzywiąc się, nie plując, nie uciekając - aż do końca. Wypiła Kielich do końca - w Jedności z Synem. W Niej widać jak to działa: jak Dar Totalny totalnie przemienia w siebie - jeśli jest przyjęty. Jeśli dam się obdarować do końca, dam się do końca umiłować.

Jan i Jakub przychodzą z ziemską matką. Ona nie wie, o co prosi tak naprawdę - ale prosi o to, co trzeba. Nie ma nic lepszego jak być z Jezusem. Jakub, Jan i ich matka wciąż myślą kategoriami ziemskimi: Jezus jest ciągle środkiem do zdobycia czegoś. Stanowiska, władzy, reputacji, zabezpieczenia na tym świecie itd. Owszem, idziemy za Jezusem i do Jezusa. Owszem, dajemy się prowadzić - ale ciągle się czegoś spodziewamy. Nie idziemy dla Niego samego. Gdyby tak było - doświadczalibyśmy nasycenia tu i teraz, bo przecież tu i teraz jest ze mną. Za wszelką cenę, nawet za cenę Krzyża - jest ze mną. On jest Darem - nawet jeśli Go to kosztuje przelewanie Krwi i wydawanie Ciała. Nawet jeśli jest torturowany, poniżany, niszczony, ograbiony ze wszystkiego - jest ze mną. Bo to jest dla Niego najważniejsze: być ze mną. Być z Ojcem - i ze mną. W Jedności z Ojcem i ze mną. A to kosztuje - rozdarcie Serca. Serca, które jest w Jedności z trzykroć świętym Ojcem - z trzykroć nieświętym grzesznikiem, którym jestem ja. Jeśli Serce Jezusa chce być w Jedności ze Świętym i nieświętym - potrzebuje zgodzić się na rozdarcie. I to rozdarcie widział na własne oczy Jan i świadczy o tym rozdarciu. I to rozdarcie widzieli na własne oczy Dwunastu w Zmartwychwstałym - i świadczą swoim życiem i śmiercią o tym rozdarciu. Że Serce Syna jest całe Ojca i całe nasze. Że w tym rozdarciu Serca jest nasze uzdrowienie z naszej nieświętości. Z naszej małostkowości. Pan pije Kielich Miłości Ojca - i każdy z nas ten Kielich pije dzień po dniu, chwila po chwili. Na tym polega istnienie człowieka: na byciu obdarowywanym Miłością. Tylko że my uznaliśmy, że Miłość kocha nas źle i dlatego odrzucamy, nie przyjmujemy, walczymy i zagłębiamy się w rozpacz ostatecznie - bo Miłość uparcie kocha nas tak, jak chce Miłość, a nie jak chce nasz egoizm. Miłość wylewa się na nas tak, jak chce Miłość, a nie jak chce nasz egoizm. I jeśli nie zdecydujemy się puścić naszego egoizmu - to będziemy zagłębiać się w rozpacz w przekonaniu, że wszystko jest źle. Piekło: wszystko jest źle. Nieprawdopodobny ból pychy i egoizmu, które za nic nie chcą się zgodzić, żeby było jak chce Miłość. Za nic nie chcą przyjąć Miłości - w przekonaniu, że Miłość przychodzi pozbawiać…

A Miłość przychodzi kochać. Owszem, w ogniu Miłości ginie pycha i egoizm. Giną oczekiwania pychy i egoizmu. Dlatego przyjmowanie Miłości, poddawanie się Miłości pachnie umieraniem - ale to jest umieranie śmierci we mnie. To jest napełnianie Życiem. Tylko że w naszych oczach, w oczach zasnutych mgłą grzechu pierworodnego to jest przerażające. Dlatego Pan przychodzi. Dlatego za wszelką cenę staje się mój. Dlatego uwodzi mnie swoją Miłością. Bym coraz bardziej pragnął po prostu być z Nim. A wtedy nawet gdy przychodzi umierać - jestem i tak w Niebie. Bo jestem z Nim. On jest ze mną - a ja z Nim. To co nas wyrzuca z Nieba to pragnienie, żeby obok Niego mieć jeszcze coś. Żeby sobie coś na boku zachować. Od tego wszystko się zaczęło: żeby coś na boku zdobyć, poza Bogiem… I wtedy rozpoczął się straszliwy proces: coś stawało się coraz ważniejsze od Boga… A Jezus przychodzi by w nas zapoczątkować Nowe Dzieło: rozpalać nas Miłością, pociągać nas Miłością - tak, żeby On stawał się coraz ważniejszy. Byśmy chcieli być coraz bardziej tylko z Nim, osobno. Za wszelką cenę. Aż dojdzie do nas, że to wszystko, co w naszych oczach dotąd wydawało się zyskiem - było jedną wielką stratą. Stratą Miłości Prawdziwej, która pragnie być cała moja. Ile dla mnie jest warte bycie z Nim, z Miłością która przyszła być ze mną? Czy jest warte pójścia do Jerozolimy? Do Jeruzalem - nawet za cenę bycia z Nim na Golgocie? Ale żeby wytrwać przy Nim - trzeba trzymać za rękę Matkę.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Zobacz także

Zamieszczone przez internautów komentarze są prywatnymi opiniami ich autorów i nie odzwierciedlają poglądów redakcji

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama

Sponsorowane

Https://Www.AUTOdoc.PL