Nowy numer 2/2021 Archiwum

Dobra Nowina w drewnie

Aby głosić Ewangelię, nie potrzeba słów. Wystarczy siekiera i dłuto oraz kawałek drewna czekający na wyzwolenie.

Historia zna wiele osób urodzonych w czasach, które nie były gotowe, aby przyjąć i zrozumieć działalność tych twórców. Mówi się o nich, że wyprzedzili swoją epokę. Kimś takim niewątpliwie był rzeźbiarz ludowy Józef Lurka. Doceniany co prawda podczas swojego stosunkowo krótkiego okresu twórczej działalności, ale jako artysta został zupełnie zapomniany po śmierci, od której minęło prawie 40 lat. Jednak przesłanie, które pozostawił w swoich rzeźbach, jest nadal bardzo aktualne.

Drwal z Podhala

Dolnośląskie wsie raczej nie kojarzą się z twórczością ludową. Tym bardziej zaskakujące jest odkrycie, że w niedalekiej odległości od Świdnicy, w Bystrzycy Górnej, żył i tworzył Józef Lurka. Urodził się w Żarnówku koło Makowa Podhalańskiego, ale to właśnie tutaj narodził się jako artysta, który sam o sobie mówił, że tworzy Dobrą Nowinę w drewnie. Józef Lurka pochodził z ubogiej rodziny. Do domu często zaglądał głód, a pole, które uprawiał jego ojciec Feliks, nie dawało wystarczającego zabezpieczenia, aby móc wyżywić 10-osobową rodzinę. Jednak z czasu dzieciństwa zapamiętał przede wszystkim poświęcenie swoich rodziców, a także ich szczerą i prostą wiarę oraz pobożność, którą przesiąknięte było całe ich życie.

Już w młodości wykazywał zdolności plastyczne. Lubił rysować pod okiem ojca, który zajmował się nie tylko pracą na roli, ale także wyplataniem koszyków. Pasja młodego Józefa nie zawsze była dobrze odbierana przez ojca, który podejrzewał, że do mieszania farb Józef używa jajek, które ginęły w pobliskim gospodarstwie. Zawierucha wojenna, a po niej potrzeba zdobycia zawodu oddaliły na jakiś czas te zainteresowania. Do Bystrzycy Górnej trafił w 1956 r. poprzez swoich braci, którzy mieszkali w pobliskim Lubachowie. Dostał tu pracę jako drwal, niebawem się ożenił, a później na świat przyszło troje dzieci.

Tęskno mi, Panie

To właśnie tęsknota za miejscami związanymi z dzieciństwem wyzwoliła w nim potrzebę tworzenia. Sam tak to wspominał: „Przypomniały mi się rodzinne strony i zacząłem je z pamięci malować: szkołę, do której chodziłem, i brzozę, co rosła przy drodze, i kościół, i ludzi, co tam byli, i odpusty kolorowe. Potem nakładałem obrazki z kory, aż raz zacząłem rzeźbić. Zobaczyłem, że mi idzie, a czas płynie przy tym, jakby gonił, a człowiekowi jakoś tak lżej”. Rozumie to dobrze Stanisław Marciniak, który poznał Lurkę jako dyrektor Świdnickiego Ośrodka Kultury.

– Przyznam się, że odwiedziłem miejsca, o których wspominał. Rozmawiałem z jego krewnymi, trafiłem do Żarnówka, skąd pochodził. Zrozumiałem potem, dlaczego Bystrzyca tak mu się jawiła. To był bardzo podobny krajobraz do tego w jego rodzinnych Beskidach – mówi Stanisław Marciniak, który po śmierci Józefa Lurki w 1981 r., zafascynowany życiem artysty, napisał książkę o jego twórczości. Wydaje się, że tak jak drewniany klocek potrzebuje dłuta, aby kawałek po kawałku stawał się dziełem sztuki, tak też Lurka, zakorzeniony w tradycjach podhalańskich,musiał zostać niejako ociosany z tego, co było mu drogie, aby mógł się ukazać jego prawdziwy talent. Jednym z najważniejszych wydarzeń, które wpłynęły na jego dalszą twórczość, była śmierć matki. Był z nią bardzo związany i uważał ją za drugą najważniejszą po Bogu osobę w swoim życiu.

To ona nauczyła go wiary, ale właśnie jej śmierć pozwoliła Lurce tę wiarę pogłębić i uczynić ją swoim osobistym wyborem: „Moje duchowe wykształcenie zawdzięczam samemu życiu. W 1968 r. kupiłem po raz pierwszy Biblię i zacząłem czytać. Oprócz tego czytałem komentarze francuskich pisarzy katolickich i inne książki religijne. Wszystko to próbowałem wykorzystać w swoim życiu. Wcześniej byłem katolikiem, jak wielu ludzi, tak jak przekazali mi rodzice. Określone rzeczy nie podobały mi się już wtedy i były dla mnie niezrozumiałe. Ale byłem posłuszny i pobożny. Na przykład moja matka powiedziała, że czytanie Biblii bez przygotowania jest grzechem i trzeba się z tego spowiadać”.

Rzeźbiarz miłosierdzia

– Jego osobowość, wrażliwość i dobroć tworzyły wokół niego niezwykłą aurę. Wielu z nas miało szczęście spotkać go w swoim życiu. Ale był samotnikiem, jego przyjaźnie ograniczały się do stosunkowo niewielkiej liczby ludzi. Miał swoje drewno pocięte na kawałki, które trzymał w szopie. Kiedy byłem u niego w tym warsztacie, chętnie mi opowiadał o każdym sęku, wysuszeniu czy pęknięciu. Jako drwal był tym zafascynowany. Pokazywał klocki drewna, które czekały jeszcze na wyzwolenie. On widział kawałek drewna i już wiedział, co w nim jest. Później starał się dłutem i siekierą wyzwolić tę myśl i przekazać coś, co jest w jego wnętrzu. Powiedziałbym, że to było – dziś tak powszechnie głoszone – miłosierdzie.

Odnalazł tę prawdę w Biblii – wspomina Stanisław Marciniak. Pismo Święte było dla niego głównym źródłem inspiracji, ale też, jak po latach wspominał, było przyczyną, dla której uznał rzeźbienie za swoją misję: „Bóg stał się dla mnie bliższy, więcej miłosierny niż groźny. Tu znalazłem niewyczerpaną kopalnię tematów. Ale i tu spotkałem przypowieść o talentach i nakaz głoszenia Dobrej Nowiny. Każdy dostał talenty i jeśli potrafię pokazać sprawy biblijne, to czuję jakiś głos sumienia, za którym muszę pójść, bo miałbym konflikt z samym sobą; mógłbym mieć pieniądze, ale nie o to chodzi, nie miałbym zadowolenia, nie szedłbym swoją drogą. Mam obowiązek głosić Dobrą Nowinę”. Te słowa ukazujące jego dojrzałe podejście do wiary mogą zaskakiwać, biorąc pod uwagę, że mógł pochwalić się jedynie wykształceniem podstawowym. Na pierwszy rzut oka można by się spodziewać, że skoro był przedstawicielem sztuki ludowej, to także swoją wiarę czerpał jedynie z ludowej pobożności. Urzeka natomiast jego spojrzenie na Biblię, która nie była dla niego tylko martwą historią – poprzez sztukę aktualizował wydarzenia biblijne do czasów, w których żył.

Nie zgadzał się na określenie go świątkarzem, ponieważ Ewangelie były dla niego inspiracją do rzeźbienia, a nie księgami do ilustrowania. Uważał siebie za rzeźbiarza współczesnego, który tworzył dzieła religijne mające dawać iskierkę nadziei, miłosierdzia i modlitwy. Tak o jego twórczości napisał w swojej książce pt. „Światło rzeźby” Jan Kurek: „Przesłaniem rzeźb Lurki z cyklu Dobra Nowina było ukazywanie wszystkim ludziom scen biblijnych w kontekście podstawowych i prostych doświadczeń egzystencjalnych człowieka żyjącego w określonym kontekście historycznym. W ten sposób tworzył współczesną Biblię dla ubogich, przeznaczoną dla ludzi, którzy pochodzili z różnych ludów i narodów”.

Wiara zaklęta w kawałku drewna

Rzeźbienie nie było dla niego tylko aktem twórczym, ale przede wszystkim modlitwą. Wiele osób oburzało się nawet, że pracuje w niedziele, ale dla niego proces twórczy był spotkaniem ze Stwórcą. „Tak się złożyło, że przy ciosaniu płaskorzeźby »Wskrzeszenie córki Jaira« byłem jakby w ekstazie.

Mam podobne stany duchowe wtedy, gdy treść pochłania mnie całkowicie, coś gotuje się we mnie, jakbym był pod wodospadem. I żeby się z tego stanu błogiego a zarazem dręczącego wydostać, trzeba skupić się na formie i ciupać, aż do końca. Nie wszystkie tematy dają się rzeźbić. Wiele razy próbowałem pokazać Jezusa z Samarytanką. Nie wychodzi. Aż wreszcie udało się uchwycić sens tego dialogu”. Do swoich rzeźb dodawał autokomentarze, które je wyjaśniały i pobudzały odbiorcę do refleksji. Nie sposób opisać tu całej twórczości Lurki. Według Stanisława Marciniaka spod dłuta artysty wyszło ponad 800 rzeźb, co może być liczbą mocno zaniżoną, ponieważ lubił się dzielić swoimi pracami i nie prowadził ich ewidencji.

Warto przytoczyć chociażby komentarz, który odnosił się do rzeźby pt. „Noe”: „Są symbole mniej i bardziej ważne, jak tęcza, i powszechnie znane, jak krzyż, symbol chrześcijaństwa i znak śmierci. Postanowiłem rzeźbić krzyż jako belkę, bo w Biblii nie jest jasno powiedziane, jak wygląda krzyż. Nieistotny jest kształt krzyża, bo krzyż to sposób bycia. Przyjąć naukę Chrystusa to przyjąć cały krzyż”. Po tylu latach te słowa, które wypowiedział przecież prosty i niewykształcony człowiek, poruszają głębią i życiową mądrością. Stanisław Marciniak zdaje sobie sprawę z tego, że może być niemożliwe zebranie jego dzieł w jednym miejscu, jego prace są bowiem w większości rozproszone praktycznie po całym świecie.

– Jak wielkie musiało być bogactwo jego ducha, skoro kawałkiem drewna, w którym coś zobaczył, potrafił wprowadzić nas w zachwyt. W tym drewnie jakby zaklinał swoją wizję świata. Chciałbym, żeby młode pokolenie uwierzyło, jeśli ktoś ma coś do powiedzenia w drewnie, w pędzlu, w śpiewie czy w tekście, jeżeli ma coś wartościowego do powiedzenia i to powie, to przetrwa, na to nie ma sposobu. Możliwe, że znikną prace Józefa, ale jego sposób widzenia nie zniknie. Wydaje mi się, że gdyby jego rzeźby po tylu latach sprawiły, że my ten świat postrzegamy tak, jak on chciał go widzieć, to byłby jego największy sukces – podsumowuje S. Marciniak. • Korzystałem z książek: „Józef Lurka. Rzeźbiarz ludowy” Stanisława Marciniaka oraz „Światło rzeźby – Dobra Nowina w drewnie – Józefa Lurki” Jana Kurka.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama