Nowy numer 32/2020 Archiwum

Tworzą zgrany tandem

W tym roku nie mogą iść pieszo, postanowili więc, że na Jasną Górę pojadą rowerami. Bo nie forma się liczy, tylko cel i to, aby być razem.

Renata i Robert są małżeństwem od 31 lat. Od 5 lat stałym punktem ich wakacyjnych planów była piesza pielgrzymka na Jasną Górę. W tym roku nie chcieli rezygnować ze swojej rodzinnej tradycji. Choć tradycja może oznaczać, że robi się coś bezmyślnie, ze względu na to, że zawsze tak było. Oni doskonale wiedzą, dlaczego pielgrzymują – aby dziękować. A mają za co, ponieważ u nich nie zawsze było tak dobrze, jak teraz.

Pusty kalendarz

Renata poczuła potrzebę wzięcia udziału w pieszej pielgrzymce, kiedy była… na Jasnej Górze. To było coroczne czuwanie przy obrazie Matki Bożej, organizowane przez parafię. Sama była zaskoczona swoim pragnieniem. Dotychczas pielgrzymka nie kojarzyła jej się najlepiej. Kiedy spędzała w dzieciństwie wakacje u babci na wsi, ludzie mówili, że dla nich pielgrzymka to utrapienie – trzeba nakarmić, a zostawiają po sobie tylko brud. Po drugie uważała, że na pielgrzymkę chodzi tylko młodzież z oazy, a ona specjalnie religijna nie była. Ot, taka niedzielna katoliczka. Posłuchała jednak pragnienia serca. Namawiała Roberta, ale ten uznał, że to nie jego czas. Nie wiedział jeszcze, jak bardzo się myli. – Pogodziłam się, że idę sama. Kupiłam mały namiot, uszyłam specjalny worek na bagaż. Od wiosny się przygotowywałam. Wtedy Robert, w ostatnim dniu, powiedział, że on też już jest spakowany – wspomina Renata. Do pielgrzymki nie przekonał go jednak entuzjazm żony, ale fakt, że w jego kalendarzu pojawiło się kilka dni wolnych, z którymi nie miał co zrobić. Działa w branży budowlanej, więc na brak pracy nie narzeka. Kiedy kończy jedno zlecenie, od razu zaczyna kolejne. – Moja decyzja o wyjściu na pielgrzymkę była odwlekana w czasie, ze względu na to, że jak Renia mówi, jestem pracoholikiem – sam sobie wymyślam pracę. Przed samą pielgrzymką, z dnia na dzień dowiedziałem się, że nie będę jej miał. Dzwoniłem do kolegów z pytaniem, czy mają dla mnie jakąś robotę. Mieli, ale za 10 dni. Pomyślałem sobie: „Panie Boże, nie będę z Tobą wojował, bo i tak nie wygram” – opowiada Robert.

Święty spokój…

…to podobno jeden z najbardziej popularnych świętych. Robert, który nigdy nie był specjalnie pobożny, miał do niego szczególne nabożeństwo. Dla świętego spokoju zgadzał się na wszystkie propozycje żony, która czuła, że w ich małżeństwie nie układa się najlepiej. Teraz mówi, że nie miała odwagi zdecydować się na rozwód, ale bardzo pragnęła, aby w ich życiu coś się zmieniło. Pan Bóg odpowiedział na te pragnienia, stawiając na jej drodze ludzi, którzy byli dla niej świadkami nadziei. – Miałam wtedy ogromny kryzys. Uważałam, że nie ma sensu trwać w takim małżeństwie. Spotkałam Ewę Stolarczyk, która jest animatorem Spotkań Małżeńskich. Zaprosiła mnie na rekolekcje, a ja zaprosiłam Roberta. Pojechaliśmy. Ale na drugi dzień, kiedy mi powiedział, że pojechał dla świętego spokoju, tak się wkurzyłam, że chciałam wyjeżdżać – wspomina Renata. – Ja nie widziałem żadnego problemu. Byłem, jaki byłem. Jeżeli to się nie podoba, to trudno, ja się nie zmienię. A jednak teraz mogę powiedzieć, z perspektywy czasu, że to nie było dobre rozwiązanie. Byłem samolubny, chciałem, żeby tylko mnie było wygodnie – dodaje Robert. Wspólne pielgrzymowanie zbliżyło ich do siebie, a doświadczenie Dialogów Małżeńskich nauczyło rozmawiania o swoich potrzebach. Dzięki temu zrozumieli, czym jest jedność małżeńska i widzą jej owoce. Z zaskoczeniem słyszą od swoich dorosłych już córek, że same chciałyby mieć takie małżeństwo, w jakim oni żyją. Jeszcze kilka lat temu nie było to takie oczywiste. Planują więc trasę, a do rowerowych sakw zabierają nie tylko najpotrzebniejsze rzeczy, ale także worek intencji od swoich znajomych. Sami jednak jadą dziękować Matce Bożej za to, że są razem. Pomimo wszystko.

« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama