Nowy numer 48/2020 Archiwum

100 ton

Tyle, ile waży średniej wielkości samolot pasażerski, dziesięć słoni afrykańskich albo pół płetwala błękitnego. Działa na wyobraźnię? Tyle też ważą odpady, które pan Waldemar zebrał w okolicznych lasach, rzekach i przydrożnych rowach.

A są wśród nich meble, lodówki, butelki wyrzucane przez okna samochodów, odpady poremontowe, opony. Słowem wszystko. – W poprzednim roku na jednym krótkim odcinku drogi zebrałem 24 tony.

Dla mnie to jest rzecz niezrozumiała, jak można tak zaśmiecać nasz piękny świat. To nie są śmieci z roku, one tam leżą od 30 lat! – mówi pan Waldemar. Skąd o tym wie? Pośród śmieci znajduje na przykład butelki po mleku i śmietanie, które kiedyś podstawiano pod drzwi. Ale zdarza się mu też złapać kogoś na gorącym uczynku. Ostatnio natknął się na mężczyznę, który w obecności żony i syna pozbywał się w lesie odpadów. Pan Waldemar nie potrafi zrozumieć, jak można uczyć swoje dzieci takiego postępowania. – W 2015 r. na zebraniu z panią wójt obiecałem, że wezmę się za to, bo gdzie nie pojadę z wnuczkami na spacer, wszędzie spotykam śmieci. Wziąłem się do pracy i jestem przeszczęśliwy, kiedy jadę do roboty do lasu – dodaje.

Łamie stereotypy

Mówi, że śmieci trzeba zbierać jak grzyby – zbiera się wszystkie, małe i duże. Jest w tym jakaś gorzka ironia, że i jedne, i drugie można znaleźć w lesie. Ale dokładne posprzątanie terenu jest dla pana Waldemara gwarancją, że las stanie się tym, czym jest: mieszkaniem dla zwierząt. – Zając, sarna czy dzik nie położą się tam, gdzie są śmieci. Poczują chemikalia i od razu uciekają, bo to jest dla nich zagrożenie. Czekam, aż opadnie trochę woda i będę z wędkarzami sprzątał rzekę, na której bobry zwaliły drzewo. Zatrzymują się na nim np. lodówki. Zebraliśmy już tam 160 worków śmieci, a to jest woda pitna, tam są ryby, bobry, kaczki – mówi pan Waldemar. Co może zaskakiwać, od 42 lat jest członkiem Polskiego Związku Łowieckiego. Swoją ekologiczną działalnością przełamuje wyobrażenie o myśliwych jako ludziach, którzy w strzelaniu do zwierząt znajdują przyjemność. Jest wręcz przeciwnie. W statucie związku jest zapis zobowiązujący myśliwych do dbania o przyrodę, zwierzynę i do ochrony środowiska. – Związek dba o zwierzynę. Kupujemy bażanty, kuropatwy, zające, których w naszych lasach jest bardzo mało. Ze względu na brak zimy mamy plagę myszy. W tamtym roku na polu znalazłem siedem nieżywych jastrzębi, które musiały te otrute myszy zjeść. Zdaję sobie sprawę, że rolnik broni swoich upraw, ale musimy tak to przeprowadzać, żeby niszcząc myszy, nie robić szkody bażantom, krukom czy zającom – mówi pan Waldek. W kole łowieckim gra na sygnałówce, dlatego znajomi mówią na niego Vivaldi, jednak powyższe słowa potwierdzają, że jest w nim coś z prawdziwego artysty – wrażliwość na otaczający świat. Tłumaczy też, że ogromna większość członków związku to są etyczni myśliwi, których działalność jest konieczna. Można się z nim nie zgadzać, ale za panem Waldemarem stoją fakty – cała góra cuchnących faktów, które własnymi rękami zebrał.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama