Nowy numer 48/2020 Archiwum

Oczy szeroko otwarte

Kiedy Jezus mówił, że Bóg objawił królestwo Boże prostaczkom, być może miał na myśli także podopiecznych Doroty z Piaskowej Góry.

Mały niski budynek na wałbrzyskiej Piaskowej Górze, wklejony gdzieś w blokowisko. Dla Doroty i 30 uczestników Warsztatów Terapii Zajęciowej to całe życie. Podopieczni uczą się tu samodzielności, zdobywają nowe umiejętności, otwierają się na świat, którego często nie rozumieją, ale który też niespecjalnie chce zrozumieć ich.

Czasem ktoś pomyli drzwi i zamiast do mieszczącego się obok przedszkola wejdzie do nich. Rozgląda się, widzi dorosłe, często już posiwiałe osoby, które zachowują się trochę inaczej, niż wskazywałby ich wiek, i stwierdza, że tak, jest w przedszkolu. Dorota nie potrafi tego zrozumieć, twierdzi, że ludzie często traktują jej podopiecznych, jakby byli niewidzialni. Ale to stwierdzenie sugeruje, że problem tkwi w nich, osobach niepełnosprawnych intelektualnie, gdy tymczasem to my, w tzw. normie rozwojowej, mamy coś nie tak ze wzrokiem. Patrzymy, ale nie widzimy – albo nie chcemy zobaczyć. I na końcu to my zachowujemy się jak małe dzieci, które, gdy czegoś bardzo się boją, to zamykają oczy, wierząc, że zagrożenie zniknie. Dorota swój wzrok na osoby niepełnosprawne zwróciła wiele lat temu. Miała co prawda inne plany na życie, ale gdy ma się oczy szeroko otwarte, dostrzega się znaki, jakie w życiu stawia Bóg. Jej postawił na drodze niepełnosprawnych.

Mieć czy być

Z każdym z uczestników warsztatów Dorota ma inną relację. Z Pawłem lubi się podroczyć, wdaje się z nim w utarczki słowne, a kiedy ten ma ochotę trochę poboksować, Dorota niczym prawdziwy trener wyciąga dłonie, aby w nie uderzał. Boli, bo Paweł delikatny nie jest, potrafi być też stanowczy: „Cicho, Dorota, teraz ja mówię” – zwraca się do niej, kiedy ta nie daje mu dojść do głosu. Prawie każdy mówi do opiekunki po imieniu, ważne jest dla niej bowiem to, żeby wiedzieli, że traktuje ich po partnersku.

Dorota proponuje swoim podopiecznym, żeby zadawali pytania, dowiedzieli się czegoś o pracy dziennikarza. Zamiast pytać, wolą jednak mówić o sobie. Nie ma rady. Wyciągam dyktafon. Są w centrum uwagi, lubią to, jak każdy z nas. Agnieszka opowiada o swoich wakacjach w Kołobrzegu z tatą. Mówi o sobie w trzeciej osobie, nie wszystko jest dla mnie zrozumiałe, ale dowiaduję się, że jestem podobny do jej taty. Pierwsze lody przełamane. Krzysztofa wyciągamy z zajęć robótek ręcznych, podczas których właśnie szyje rękawicę. Ale nie bokserską, tylko taką zwykłą, kuchenną. Dorocie może się kiedyś jeszcze przydać, kiedy Pawłowi przyjdzie znowu ochota na boks.

Ale wróćmy do Krzysztofa. Jest cały czas uśmiechnięty, jednak obecność nowej osoby powoduje w nim pewną nieśmiałość. Szuka kontaktu fizycznego, podczas naszej krótkiej rozmowy przytula się do Doroty wielokrotnie. Potwory z gliny stojące na półce, ulepione jego rękami, od razu przykuwają uwagę. Krzysiek wygrał już kilka konkursów plastycznych i ceramicznych. Niektóre z wykonanych tutaj prac są sprzedawane, dzięki czemu podopieczni Doroty mogą zarobić na dodatkowe wyjazdy rehabilitacyjne. Jeden z potworów Krzyśka szczególnie wpada mi w oko. Dostaję go w prezencie, za darmo. Chociaż nie do końca – Krzyśkowi podoba się pleciony różaniec, który noszę na ręku. Dokonujemy więc małego handlu wymiennego, a ja już po kilku chwilach spędzonych z nimi lepiej rozumiem to, co usłyszałem wcześniej od Doroty: – Przy nich nabieram poczucia własnej wartości. Nie muszę nic robić, nie muszę zasłużyć na to, żeby mnie kochali. Wystarczy, że jestem. Oni nie widzą naszych wad. Niesamowite jest, jak oni dobierają się w pary. Nie widzą, że ktoś nie ma jednego oka, nie mówi albo ma krzywą nogę i nie chodzi. Dla nich nie ma znaczenia, że ktoś może wyglądać jak straszydło. Oni widzą samo piękno. Kilkanaście razy dziennie słyszę, że jestem cudowną, piękną kobietą. Przy nich nie muszę się starać, żeby dobrze wypaść, bo już przez sam fakt, że jestem, jestem bardzo dobrze „wypadnięta” – śmieje się Dorota. Zdaje sobie sprawę, jak oklepane jest mówienie o tym, że od osób niepełnosprawnych można się wiele nauczyć, ale w jej przypadku tak właśnie jest. Oni nie udają, że są kimś innym; są autentyczni i nie zakładają masek, pod którymi mogliby ukryć swoje prawdziwe oblicze. Nie oceniają nikogo po wyglądzie albo po grubości portfela, szybko przełamują bariery i nawiązują relacje. Potrafią kochać za darmo, ale jak każdy z nas potrzebują również doświadczenia takiej miłości.

Kiedy Jezus mówił, że Bóg objawił królestwo Boże prostaczkom, być może miał na myśli także podopiecznych Doroty z Piaskowej Góry. Patrząc im w oczy, można dostrzec niespotykaną mieszankę czystej radości, ufności, ale też zagubienia. W tym wzroku można dostrzec, jak bliscy są Bogu. Nie przez swoje pobożne życie, chociaż wielu z nich uwielbia chodzić do kościoła, ale przez bliskie podobieństwo do Boga, który tak jak oni kocha za darmo i tak jak oni pierwszy zabiega o miłość i uwagę. Do głowy przychodzi jeszcze jedno porównanie – tak samo jak oni Bóg bywa niezauważany. – Kiedy widzę, jak oni mnie kochają, to myślę, że tak właśnie kocha Pan Bóg. Bezwarunkowo. Długo nie wiedziałam, do czego Pan Bóg mnie powołuje. Jestem kobietą niezamężną i przez długi czas myślałam, że powołaniem kobiety jest założenie rodzinę i urodzenie dzieci. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że moim powołaniem jest praca z osobami niepełnosprawnymi. Dzięki nim mam poczucie, że nie zmarnowałam swojego życia – uśmiecha się Dorota.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama