Nowy numer 47/2020 Archiwum

Tu rozgrywała się „Mała Norymberga”

Tak o procesach zbrodniarzy wojennych pisze Agnieszka Dobkiewicz, autorka książki nie tylko o oprawcach, ale i o ich ofiarach.

Ks. Przemysław Pojasek: O czym jest Pani książka?

Agnieszka Dobkiewicz: Wbrew pozorom to nie jest wcale takie proste pytanie. Trzymając się tytułu, moja książka „Mała Norymberga” opowiada o procesach zbrodniarzy wojennych, do których doszło w naszym mieście zaraz po zakończeniu II wojny światowej. Były to osoby związane z aparatem represji byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Te procesy, choć było ich prawdopodobnie około setki, po prostu zniknęły i zostały zapomniane. Na szczęście ślad po nich pozostał w dokumentach. Ja trafiłam na nie dzięki notatce prasowej w powojennej gazecie, której śladem poszłam. Ale gdybym powiedziała, że książka poświęcona jest procesom zbrodniarzy, zubożyłabym wiedzę o niej. Bo to jest książka o ofiarach. To im oddałam głos w „Małej Norymberdze” i to ich oczami poznajemy obóz koncentracyjny, który oznaczył tę ziemię na zawsze już krwawym śladem. Więc jest to też książka o winie i karze. O tym, jak te pojęcia funkcjonowały zaraz po wojnie. Myślę, że może pomóc zrozumieć nam, ludziom XXI wieku, to, co wydarzyło się na tych ziemiach po wojnie. Niby wszyscy wiemy co, a jednak moja książka rzuca inne światło na tamtą rzeczywistość. Pokazuje, dlaczego wiele rzeczy dzieje się dzisiaj. Ostatni rozdział to dziennikarskie śledztwo, być może śladem jednego z najbardziej do lat 80. poszukiwanego zbrodniarza wojennego.

Kogo ma Pani na myśli?

Josefa Mengelego – człowieka, który sprzeniewierzył się nie tylko swojemu zawodowi lekarza, ale swojemu człowieczeństwu. W „Małej Norymberdze” opisuję wprost niewiarygodną historię człowieka, którego zatrzymano po wojnie obok byłego obozu KL Gross-Rosen i który przedstawiał się jako główny lekarz obozowy. Idąc krok po kroku, najpierw drogą eliminacji, a potem regularnego śledztwa, próbuję ustalić, kim była ta osoba. Ta historia jest przeze mnie opowiedziana po to, by pokazać, jak ciągle niewiele wiemy o tym trudnym czasie. I ile może on kryć niespodzianek. Nie daje odpowiedzi, ale nikt jej też nie zaprzeczy. Przecież Hitler też stał przed świdnickim sądem w 1929 i 1930 roku.

Jak zaczęła się historia jej pisania? Gdzie, kiedy i przy jakiej okazji zaczęła się Pani interesować tym tematem?

W Świdnicy się urodziłam i dorastałam, z małą przerwą. Zawsze interesowała mnie historia miejsca, w którym żyję. Chciałam wiedzieć, jak to się stało, że moi dziadkowie, którzy przeszli udrękę wojny, wybrali je na miejsce do życia. W końcu Mariusz Barcicki namówił mnie na napisanie książki o tamtych czasach. Zaczęłam więc badać lata 40. w powiecie świdnickim. Od tamtej chwili udało się nam, bo wspomaga mnie mąż Andrzej, zrobić wiele naprawdę ciekawych rzeczy. Przypomnieliśmy w ramach ministerialnego dofinansowania świdnicki teatr, który tu działał po II wojnie światowej, w którym grali wyśmienici aktorzy, znani później ze szklanego ekranu. Doprowadziliśmy do wznowienia „Rapsodii Świdnickiej”. Andrzej uruchomił wraz z Sobiesławem Nowotnym Świdnicki Portal Historyczny, gdzie gromadzą wiedzę o mieście, którego już nie ma, i prowadzą swoje badania. Ja poszłam swoją drogą i ta droga zaprowadziła mnie do muzeum, które zajmuje się byłym obozem koncentracyjnym Gross-Rosen.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Polecane filmy

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama