Nowy numer 23/2021 Archiwum

Miejsce, z którego widać niebo 

Czesława przez wiele lat żywiła w sercu niewypowiedzianą wdzięczność. Jednak niewyrażona, jakby uśpiona, na niewiele się zdała. Teraz już wie, że wypowiedziana wdzięczność czyni cuda i jest początkiem nawrócenia.

Osobista droga krzyżowa

Jak pory roku nadają rytm życiu przyrody, jak okresy liturgiczne określają rytm życia Kościoła – tak członkowie Alchemii teatralnej, działającej przy Świdnickim Ośrodku Kultury, mają określony cykl. Ich życie rozkwita późnym latem, nabiera tempa jesienią, a naprawdę gorąco robi się tuż przed premierą, najczęściej w połowie grudnia. Dorośli, ustatkowani ludzie często resztki swojego wolnego czasu poświęcają pasji. Szaleńcze tempo pracy na próbach jest wynagradzane pełną widownią podczas każdego przedstawienia.

Czesława od kilkunastu lat uczestniczy w tym teatralnym życiu, a do udziału w castingu zachęcił ją… mąż. Jednak w 2015 r. ten rytm został brutalnie przerwany. Na tydzień przed premierą spektaklu, w którym miała grać główną rolę, miała wypadek. Była wtedy nauczycielką wychowania fizycznego w szkole podstawowej oraz wychowawczynią klasy. Kiedy zauważyła, że w jej klasie jedno z dzieci jest odrzucone przez inne i żadne jej działania nie przynosiły skutku, na lekcji wychowawczej poprosiła uczniów o powstanie i razem pomodlili się w tej intencji. To była jej ostatnia deska ratunku. – Byłam bezsilna, poprosiłam Boga o pomoc, ale nie w ciszy. Chciałam, żeby dzieci zobaczyły, że to jest nasz wspólny problem, jak w rodzinie. Walczyłam tylko o to, żeby te niesnaski ustały – wspomina.

Trudno się dziwić, że tak odważna postawa spotkała się z brakiem zrozumienia. Kilka dni później w trakcie lekcji została poproszona na korytarz i odbyła bardzo nieprzyjemną rozmowę. – Miałam przekonanie, że to, co mówi ta osoba, nie pochodzi od Boga. Popatrzyłam na nią i powiedziałam: „Od wiary nie odejdę, dzieci i rodziców kocham”. To znaczyło, że nie wyrzeknę się Boga, a najwyższą wartością dla mnie jako wychowawcy była miłość do tych dzieci i ich rodziców. Jestem przekonana, że to wszystko było powiedziane pod natchnieniem Ducha. Kiedy to powiedziałam, Boży pokój wstąpił w moje serce – mówi. Teraz dostrzega, że będąc uczniem Chrystusa i przyznając się publicznie do swojej wiary, została przez Niego zaproszona do przyjęcia krzyża – upokorzenia i fizycznego cierpienia. – Nic nie mówiąc, w stanie błogiego pokoju wracałam na lekcję. Spieszyłam się i nie zauważyłam schodów. Całym rozpędem runęłam w dół, uderzyłam głową o drzwi. Straciłam przytomność, zostałam zabrana do szpitala. Skończyło się wstrząsem mózgu, złamanym nosem, zmiażdżonym nadgarstkiem, blizną na czole – mówi.

Przez dwa miesiące leżała przykuta do łóżka, powrót do zdrowia zajął cały rok. Jako rehabilitant z zawodu wie, że cudem uniknęła śmierci albo wózka inwalidzkiego. – Nie żałuję tego wypadku i ani jednego dnia mojego cierpienia. Cierpieć dla Jezusa i z Jezusem to była jedyna dobra rzecz, która mi się w życiu przydarzyła – mówi. Oprócz lekkich dolegliwości, które od tego momentu odczuwa, wszystko z jej głową jest w porządku. To, co mówi, wypływa z serca, w którym, jak ciągle wspomina, nosi niebo. – Od wypadku doświadczam szumów w głowie, ale to nie przeszkadza mi żyć. Nie przeszkadza mi być żoną, matką, babcią, aktorką. Gram na scenie, śmieję się, jestem wesoła i uśmiechnięta – dodaje.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama