Nowy numer 23/2021 Archiwum

Tu jest życie

Niby dom, a jednak pałac. Wobec tego mieszkańcy to nie zwykli chłopcy, ale książęta, rycerze, arystokracja (jest nawet jeden król). Niby ostatni, a jednak pierwsi.

Za górami, za lasami, za rzeką Pełcznicą, w niewielkim mieście Świebodzice, na wzgórzu otoczonym zielenią stoi pałac. Z warownymi wieżyczkami wygląda właściwie jak zamek. Mieszkanie w takim miejscu musi być prawdziwym szczęściem i marzeniem każdego chłopca. Nie ma tu fosy, mostu zwodzonego czy strażników z halabardami. Jest za to dzwonek. Choć elektryczny, brzmi jak prawdziwy zamkowy dzwon. Jego metaliczny rytmiczny dźwięk rozchodzi się po całym domu i zapowiada przybycie kolejnego gościa.

Zaskoczonemu przybyszowi drzwi otwiera nie siostra dyrektor, z którą się umawiał, ale Zenek. Pełni właśnie służbę przy furcie. Arystokrata, a sam otwiera drzwi – dziwi się przybysz. Zenek, również lekko spłoszony niespodziewaną wizytą, anonsuje siostrze dyrektor gościa i wraca do swoich obowiązków. Pałac, do tej pory otwarty na każdego, w ostatnim roku przeobraził się w twierdzę skutecznie chroniącą wszystkich mieszkańców przed koronawirusem. Na szczęście, jak to bywa w wielodzietnej rodzinie (a ta zamieszkująca Dom Pomocy Społecznej w Świebodzicach jest naprawdę liczna – 60 chłopaków i 9 sióstr ze Zgromadzenia Sióstr Szkolnych de Notre Dame), na nudę nie można tutaj narzekać.

Dom dla chłopaków

– To jest dom dla chłopców i chcemy, żeby czuli się tutaj bezpiecznie. Razem z nimi tutaj jesteśmy – mówi s. Mariola, dyrektor domu. Jest to dom otwarty i chętnie odwiedzany, co przed epidemią potwierdzały liczne grupy wolontariuszy. Kto choć raz przyszedł i poczuł ciepło i nastrój domu, chce tu regularnie powracać. – Staramy się tworzyć atmosferę życzliwości, akceptacji, miłości, troski. Chłopcy wiedzą, że mogą w każdej chwili do mnie przyjść i porozmawiać – mówi s. Mariola. W tej samej chwili, jakby na potwierdzenie jej słów, do gabinetu wchodzi Zenek. Z lekkim zniecierpliwieniem i wyraźnym poczuciem odpowiedzialności pyta o… dywany. Bo Zenek zajmuje się nie tylko pracą na furcie, ale odpowiada również za cały hol, który jest przecież wizytówką domu. Dywany zostały wyprane przed świętami i teraz schną, nie było czasu jeszcze ich rozłożyć, zrobią to dopiero wieczorem. Zenek wychodzi uspokojony. – Starsi, którzy skończyli edukację szkolną, mogą podpisać z nami kontrakt. Deklarują się, że w ciągu pewnego okresu będą wykonywać wybrane przez siebie zadania. Na początku było ich dwóch, teraz jest jedenastu. Sami określają sobie nagrodę, którą my nazywamy premią. Są w tym bardzo twórczy: wyjście do kawiarni na dobre ciasto, wyjazd na wycieczkę, kupno nowej bluzy, płyty czy pendrive’a. Po otrzymaniu premii podpisują listę. Dzięki tej pracy, dostosowanej do ich możliwości psychofizycznych i kondycji, czują się potrzebni i odpowiedzialni – opowiada siostra dyrektor.

Oczko w głowie

Najmłodszy chłopiec mieszkający w pałacu ma dwa lata, ale największą grupę stanowią dzieci i młodzież w wieku szkolnym. – Obowiązek nauki w przypadku dzieci niepełnosprawnych jest do 24. roku życia. Dom jest bardzo aktywny, tutaj nie ma miejsca na nudę. Tu jest życie – wyjaśnia s. Mariola. Na czas epidemii zostały zawieszone odwiedziny osób z zewnątrz, ale również nauka szkolna przeniosła się do domu. – Nauczyciele przygotowują karty pracy, a  terapeuci i opiekunowie z chłopcami je wypełniają. To bardzo nas absorbuje. Staramy się też, żeby ten czas był dla nich bardzo atrakcyjny. Mamy więcej godzin do wykorzystania i przeznaczamy je na dodatkową terapię, rehabilitację, zajęcia manualne, plastyczne, kreatywne – dodaje. Lista wszystkich zajęć terapeutycznych jest naprawdę imponująca, a wszystkie one dostosowane są do indywidualnych potrzeb. I co tu dużo mówić, siostry robią wszystko, aby chłopcom przychylić nieba. Takie mają powołanie. – Nasza założycielka powiedziała takie piękne słowa, że dzieci sieroty, biedne, niepełnosprawne są bliskie Panu Bogu, bo są źrenicą w Jego oku – mówi s. Mariola i przyznaje, że przez 27 lat pracy z dziećmi niepełnosprawnymi wiele się od nich nauczyła. – Oni są autentyczni. Są szczęśliwi, bo swojej niepełnosprawności nie traktują jako czegoś złego. Tacy się urodzili i tacy są, dla nich to jest coś zwyczajnego. Uczą nas przyjęcia swojego człowieczeństwa. Osoba, która nie akceptuje siebie, nie może być szczęśliwa, chyba że pokocha to, kim jest, swoje wady i zalety, dary i talenty i przyjmuje to jako wolę Bożą. Przebywając z chłopcami, uczę się otwartości, szczerości i odkrywania dobra w każdym napotkanym człowieku – dzieli się s. Mariola.

« 1 2 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama