Nowy numer 38/2021 Archiwum

Owoc z Orzecha

To już ich rodzinna tradycja: wyjechać na studia, trafić do duszpasterstwa akademickiego, zakochać się. A potem wrócić do Piskorzowa z obrączką na palcu, małym dzieckiem na rękach, całą masą wspomnień i wdzięcznością w sercu.

Miłość ponad wszystko

„Ogłaszam prymat miłości nad studiami”. To zdanie Orzecha znalazło się na jednym z banerów wywieszonych przy ul. Bujwida przez studentów w dniu jego pogrzebu, który był taki, o jaki prosił w swoim testamencie: „w miarę radosny”. – Wszyscy płakali, ale byli uśmiechnięci – mówi Grzesiek.

Młodzi ludzie ufali Orzechowi i brali sobie to zdanie do serca. Kiedy poznali już miłość swojego życia, wiedzieli, że nie warto czekać z poważną decyzją do końca studiów. – Pobraliśmy się po czwartym roku. To było życie od wesela do wesela. Pierwsze śluby zaczęły się po drugim roku. Jak któraś dziewczyna była na trzecim roku i nie miała chłopaka, to Orzech otwarcie mówił, że jest starą panną – mówi Grzesiek. – Orzech zawsze powtarzał, że nie można przedłużać w nieskończoność narzeczeństwa. Dla nas naturalna była decyzja o ślubie, niezależnie od tego, czy mamy gdzie mieszkać, czy nie. Nikt tego nie kalkulował. Jeśli chcemy być razem, to się pobieramy. Z Bogiem damy radę – tłumaczy Ania.

Uczestniczyli nie tylko w ślubach swoich przyjaciół, ale też trzy razy byli zaproszeni na wesele znajomych Kasi i Mariusza. Bo tak się składało, że szybko złapali porozumienie z kolejnym pokoleniem Wawrzynów, które często tłumnie odwiedzało ich dom. Niejednokrotnie okazywało się, że ich dzieci przyjaźnią się z dziećmi ich znajomych z duszpasterstwa. To dodawało im energii i przypominało Orzechowe nauki, które okazywały się ciągle bardzo aktualne. – Kiedy Kasia poszła do duszpasterstwa, choć myśleliśmy, że tam nie dojdzie, wiele rzeczy zaczęło mi się przypominać. Jej postawa zaczęła mnie nawracać. Trudno się przyznawać do swoich błędów, ale teraz to od Kasi wielu rzeczy się uczę – mówi Ania.

Kasia przyznaje, że kiedy na czwartym roku zdecydowali się na ślub, byli ewenementem. Tym bardziej kiedy podczas egzaminu magisterskiego wraz z Mariuszem na korytarzu czekał ich syn Tymek. Po studiach zamieszkali z rodzicami Kasi, co było złamaniem jednej z bezwzględnych reguł Orzecha: młode małżeństwo powinno mieszkać osobno. Jednak w tym wypadku wyjątek potwierdza regułę. – Gdyby nie to, że rodzice Kasi byli w duszpasterstwie i przez te Orzechowe nauki są tacy mądrzy, miałbym problem, żeby wprowadzić się do teściów – mówi Mariusz. – Mieliśmy szczęście, że udało nam się go poznać, a po drugie zaczerpnąć z tego, co ofiarował. Po latach bardzo to doceniamy – dodaje Grzesiek.

Po naszym spotkaniu Ania wysłała jeszcze wiadomość. W rozmowie skupili swoją uwagę na wieloletnich przyjaźniach oraz barwnej opowieści o legendarnym duszpasterzu. O swoim doświadczeniu mogliby mówić godzinami, ale pragną zaznaczyć, że w tym wszystkim fundamentem był Bóg. To było coś, na czym Orzechowi zależało najbardziej – aby nie zatrzymywać innych na sobie, ale prowadzić do Chrystusa. – Najważniejsze było to, że wszystko oparte było na Panu Bogu, że doświadczyliśmy tam Bożej miłości. I za każdym razem, gdy jesteśmy w „Wawrzynach” lub spotykamy związanych z nimi ludzi, czujemy ogromną wdzięczność, że Pan Bóg pozwolił nam spędzić tam studenckie lata.•

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama