Nowy numer 38/2021 Archiwum

W codzienności lśni jak diament

Wyróżniają ją otwartość i często pojawiający się uśmiech. Jest jak blask odbijający się od szlifów powstałych przez chorobę i trudy życia. W tym roku mija 60 lat, od kiedy siostra elżbietanka Rozalia Witaszczyk powiedziała „tak” Chrystusowi.

Przyszła na świat w Będziechowie, gdy trwała wojna. – Przy domu rodzinnym mieliśmy młyn. Tata zajmował się młynarstwem, było to główne źródło naszego utrzymania. Mama pracowała jako gospodyni wiejska.

Było nas w domu ośmioro, ja jestem czwarta z kolei. Urodziłam się 4 sierpnia 1941 roku. Jako dziecko dużo chorowałam, moja mama zdecydowała więc o szybkim chrzcie i od razu poświęciła mnie Matce Bożej. Dała mi po niej imię i poprosiła, by mnie zabrała do siebie albo się mną zaopiekowała, bo ona nie wie, co ma zrobić, żebym wyszła z choroby. Była przekonana, że umrę, chciała mnie do tej chwili jak najlepiej przygotować. W dodatku kobiety – w tym moja mama – musiały się ukrywać przed oprawcami, którzy często je krzywdzili. Po latach, gdy mama opowiadała mi tę historię, przypomniała sobie, że patrzyłam wówczas na wizerunek Matki Bożej i być może już wtedy zrodził się we mnie zalążek powołania – wspomina jubilatka.

Pierwsze szlify

Z domu rodzinnego s. Rozalia wyniosła głęboką wiarę i szacunek do pracy. – Rodzice uczyli nas dyscypliny i porządku. Powtarzali, że nie chcą nas rozpuszczać, bo nic by z nas nie wyrosło. Duży nacisk kładziono też na modlitwę. Klękaliśmy przy łóżku i odmawialiśmy pacierz, Msza św. niedzielna była świętym obowiązkiem. Mieliśmy specjalne odświętne ubrania, które były przeznaczone wyłącznie do kościoła. Lubiłam tam chodzić, zwłaszcza na nabożeństwa majowe. Często przychodziłam trochę wcześniej, żeby pobyć w pustej świątyni. Klęczałam i modliłam się swoimi słowami. Pewnego dnia, gdy byłam w kościele, usłyszałam jak gdyby z nieba czy od strony obrazu Matki Bożej Pocieszenia słowa: „Będziesz siostrą zakonną”. Byłam wtedy w drugiej klasie szkoły podstawowej, nie myślałam na poważnie o przyszłości – mówi elżbietanka. Zdanie, które usłyszała, co jakiś czas wracało do niej w różnej postaci.

Maria wyróżniała się spośród rówieśników. Lubiła chodzić na zabawy, w domu wszyscy na czymś grali i mieli dobre wyczucie muzyki. – Często z koleżankami i kolegami chodziliśmy potańczyć. Oni zostawali do końca, a ja około 21.00 chciałam wracać do domu. Jako nastolatka byłam też bardzo rozmodlona i nie pociągał mnie, jak inne dziewczyny, ten świat. Oczywiście miałam koleżanki i kolegów, ale mój świat był inny. Ciągnęło mnie do kościoła, do modlitwy, do ciszy – przyznaje.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama