Nowy numer 47/2021 Archiwum

Po drugiej stronie tęczy

Michałek miał być ostatnim dzieckiem w rodzinie. Jest pierwszym w niebie.

Trzy lata temu Bernadetta zaszła w ciążę po raz ostatni. Tak przynajmniej wtedy myślała. Wraz z mężem Jarkiem byli zawsze otwarci na nowe życie, którym Bóg hojnie ich obdarował, ale zdecydowali, że najwyższa pora, aby w końcu wyjść z pieluch. – Skończyłam już 40 lat. Dla kobiety to graniczny wiek. Już wcześniej powiedzieliśmy sobie, że zakończymy pewien etap w życiu i zaczniemy budować na tym, co mamy – tłumaczy Bernadetta.

Ich stan posiadania nie jest może zbyt imponujący – niewielkie mieszkanie, z którego okien dostrzec można polsko-czeską granicę, dwa samochody, bo w jednym już się nie mieszczą, rodzinny interes, który jako tako przędzie, no i dzieci. A ich liczba może wzbudzać szacunek. Wpierw na świat przyszła Maja, a potem jeszcze pojawili się Iga, Karolina, Anatol, Marianna, Łucja, Jan i Helena. Michał miał być ostatnim dzieckiem w rodzinie. Do pewnego momentu wydawało się, że wszystko jest w porządku. Jednak w 37. tygodniu ciąży okazało się, że serce chłopca zatrzymało się. Michałek przyszedł na świat z zamkniętymi oczami. Wyglądał, jakby spał. Urodził się dla nieba.

Dżentelmen

Oboje studiowali fizykę. Przez kilka lat zdali kilkadziesiąt egzaminów z mechaniki kwantowej, potrafili rozwiązać leżące u jej podstaw równanie Schrödingera, który jest też twórcą trudnego do zrozumienia przez laików eksperymentu myślowego znanego jako „kot Schrödingera”. Jak podaje Wikipedia, eksperyment kłóci się ze zdrowym rozsądkiem, mimo wszystko nikt nie mający odpowiedniej wiedzy raczej go nie zakwestionuje. Okazuje się jednak, że łatwiej jest przyjąć ludziom abstrakcyjne prawa fizyki niż realną i konkretną decyzję małżeństwa o wielodzietności. – Zarzuca nam się brak rozsądku, ale jeśli potrafisz zapisać równanie Schrödingera, to NPR też ogarniesz – Bernadetta mówi krótko. Skąd więc decyzja, aby mieć tyle dzieci? Może z wiary, że światem rządzą nie tylko prawa fizyki, a ich życie można opisać zupełnie innym równaniem, wcale nie prostszym: 2 + 1 = 10. Oni plus Bóg to życie ich dziesięciorga dzieci. Bernadetta i Jarek są bowiem pewni, że śmierć nie ma ostatniego słowa. – Cały czas mierzymy się z wiarą, że Bóg jest Ojcem, który chce dla nas dobrze, ale czasami robi to poprzez trudne doświadczenia. Po stracie doceniliśmy jeszcze bardziej życie. Ta strata prowadzi nas do potrzeby stawania się coraz lepszym. Chcę dostać się do nieba, żeby być razem z nim. Na pewno naszej rodzinie był potrzebny święty w niebie jako nasz opiekun w trudnych czasach. To mi dodaje otuchy. Kiedy mam jakieś problemy z dziećmi, wiem, że mam osobistego orędownika, któremu zawsze mogę powiedzieć: „Michał, szepnij Panu Bogu, żeby się pochylił nad tą sytuacją” – opowiada.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama