Nowy numer 4/2022 Archiwum

Dziecina dała sobie radę

Słowa kobiety w podeszłym wieku, które usłyszał w pierwszym dniu posługi w Jaźwinie, do dziś brzmią mu w uszach. Zachęcają, by wciąż służyć najlepiej, jak potrafi.

W piosence przygotowanej na jeden z jubileuszy tak wspominają przybycie ks. Stanisława Kucharskiego mieszkańcy Jaźwiny: „Przybył do nas pięknym latem ksiądz dobrodziej »małym fiatem«. Sam też jak kruszyna, choć radosna mina. Lecz tak być nie może – parafia pomoże!”. I choć od tego momentu minęło prawie 40 lat, proboszcz ze szczegółami pamięta pierwsze spotkanie z wiernymi.

– To był poniedziałek, uroczystość Świętych Apostołów Piotra i Pawła. Wyszedłem po pierwszej Mszy św. z kościoła i zobaczyłem, że stoi tam starsza kobieta. Nikogo więcej nie było. Popatrzyła na mnie z troską i powiedziała: „Dziecino, jak ty tutaj dasz sobie radę?”. Odpowiedziałem, że jak się będzie za mnie modlić, to jakoś sobie poradzimy. Pamiętam też pierwszą wpadkę, bo tego samego dnia wieczorem miałem jechać na Mszę św. do Stoszowa i wylądowałem w sąsiedniej parafii, w Słupicach. Przez jakiś czas mi to wypominali, że się wtedy spóźniłem – wspomina z uśmiechem.

Mówi też o wyzwaniach, które go czekały. – Kilka dni później przyszli do mnie panowie, którzy prosili, żebyśmy ratowali nasz kościół. Zauważyłem, że oni sami byli otwarci na współpracę i chcieli razem coś zrobić. A było co, bo na wieży rosły drzewa, stan pozostałej części świątyni również pozostawiał wiele do życzenia. Prace zaczęliśmy od dachu i fundamentów, a dopiero później była elewacja i inne potrzebne remonty. Ale to już historia, bo dzięki ogromnej życzliwości i ofiarności ludzi dziś to miejsce modlitwy wygląda zupełnie inaczej – zauważa. Jaźwina była jego pierwszą proboszczowską parafią i nie miał doświadczenia z tego typu pracami. Po święceniach prezbiteratu, które przyjął 30 maja 1970 r., przez pierwsze 8 lat posługiwał jako wikariusz w Wilkanowie (k. Bystrzycy Kłodzkiej), a potem przez 5 lat w parafii Wniebowzięcia NMP na Ołtaszynie we Wrocławiu.

– Mimo młodego wieku nie bał się wyzwań. Skupił się na tym, żeby słuchać ludzi, którzy lepiej od niego znali się na budownictwie. Mój tato był kowalem i chętnie księdzu pomagał w tworzeniu różnego rodzaju metalowych konstrukcji. Niesamowicie mi to imponowało, a że tato był dla mnie wzorem, to sam później zaangażowałem się w pomoc parafii i w konsekwencji zostałem przewodniczącym rady parafialnej – mówi Stanisław Jakubowski, jeden z najbliższych współpracowników proboszcza. Od lat towarzyszy mu nie tylko w czasie podejmowania decyzji gospodarczych, ale i sprawowania okolicznościowych Mszy św. Przyznaje, że do dziś podziwia jego spokój i rozmodlenie w czasie celebracji.

Początki współpracy z ks. Kucharskim pamięta również Robert Wszół, organista. – Chodziłem wtedy do studium organistowskiego i chciałem zabłysnąć przed nowym proboszczem. Wychwytując jego tonację, próbowałem do niej dostosować melodię „Ojcze nasz” i prefacji. I tak się tym przejąłem, że zamiast „Święty, święty” zagrałem Modlitwę Pańską. Kiedy poszedłem przeprosić, okazało się, że proboszcz się nie zdenerwował, tylko zaśmiał – zauważa, podkreślając pogodne usposobienie duszpasterza.

To ta cecha sprawiła, że lgnęły do niego dzieci i młodzież. – Miałyśmy wtedy po 13 lat i widziałyśmy ogromny entuzjazm księdza. Założył scholę, którą sam się zajmował. Grał nam na gitarze, załatwiał potrzebny sprzęt z Wrocławia i zawsze miał dla nas czas nie tylko na próby, ale i na wycieczki czy ogniska. Wychowywał nas, uczył aktywnego odpoczynku i zaangażowania w życie parafii, m.in. poprzez śpiew – dodaje Krystyna, żona organisty.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama