Nowy numer 20/2022 Archiwum

Człowiek z kruchości

Doświadczyłem tego, co przeżywa mnóstwo innych osób, które spotkać można na oddziałach szpitalnych. Czy ktoś zdaje sobie sprawę, czy nie, dla każdego jest to historia zbawienia - mówi o. Tomasz Tlałka, paulin posługujący w Świdnicy.

Tomek miał 18 lat i ogromne pragnienie, by zostać księdzem. Towarzyszyło mu ono od ósmej klasy szkoły podstawowej i już tylko matura dzieliła go od złożenia papierów do paulinów, Zakonu św. Pawła Pierwszego Pustelnika. Na miesiąc przed egzaminem dojrzałości w scenariuszu na życie Tomka Tlałki pojawił się jednak znak zapytania. Na początku niewielki, jednak każde kolejne badanie lekarskie, kolejny pobyt w szpitalu czyniły go większym. W końcu diagnoza, która przesłoniła radość życia, przekreśliła jego plany i marzenia: kłębuszkowe zapalenie nerek. W szesnastoosobowej sali, wśród starszych od siebie mężczyzn, czuł przerażenie i samotność. Choroba nie sprawiała bólu, a jednak zwinięty w kłębek na łóżku szpitalnym Tomek cierpiał. – Bóg dał mi ogromne pragnienie pójścia do zakonu. To był plan na moje życie. Największe cierpienie sprawiała mi myśl, że nie przyjmą mnie chorego. Doświadczałem absurdalnego poczucia odrzucenia – wspomina.

Pragnę!

Pielgrzymka z jego rodzinnego Żywca na Jasną Górę zatrzymała się w Gidlach, w sanktuarium Matki Bożej Uzdrowienia Chorych. Pątnicy w drodze modlili się też za Tomka, który w tym czasie przyjmował kolejną, comiesięczną dawkę chemii. Leczenie nie przynosiło pożądanego rezultatu, choć po pielgrzymce wyniki się poprawiły. Były niemal w normie. Szczęście Tomka nie trwało jednak długo. Podczas kolejnej wizyty okazało się, że był to błąd laboratoryjny – wyniki wskazywały na konieczność rozpoczęcia dializ. Był rozczarowany. – To pokazuje dramat człowieka chorego, który bardzo chce wyzdrowieć. Modliłem się do Boga o cud, a ten cud z nieba nie przyszedł. Byłem w depresji, kłóciłem się z Bogiem, miałem wrażenie że zrobił mnie w konia – opowiada.

Trzy razy w tygodniu na cztery godziny podłączany był do aparatury filtrującej toksyny i odciągającej wodę z organizmu. Nastał dla niego czas pustyni. Nie w sensie metaforycznym czy duchowym, ale jak najbardziej realnym. – Mogłem pić niecałe trzy szklanki wody. Na dializach każdy mililitr wody jest liczony. Ponieważ nerki nie działają, nie oddaje się moczu i płyny zostają w organizmie – tłumaczy. Dializy nie trwały długo. Zanim się rozpoczęły, mama Tomka przygotowywała się do oddania mu swojej nerki. W ten sposób uratowała jego powołanie, które zresztą sama wymodliła. Dopiero kiedy był w zakonie, dowiedział się, że na Jasnej Górze podczas pierwszokomunijnej pielgrzymki mama ofiarowała go Matce Bożej.

« 1 2 3 4 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama