Nowy numer 26/2022 Archiwum

Brata Brunona radość doskonała

Z habitem jest jak z dobrym garniturem. Musi być uszyty na miarę.

Brat Brunon Filip żartuje, że w sprawie powołania życiowego właściwie nie miał wyboru, w końcu urodził się w klasztorze. Dodaje, że chodzi oczywiście o klasztor sióstr boromeuszek w Trzebnicy, który przez lata funkcjonował jako szpital powiatowy.

Na chrzcie otrzymał imię Czesław. Wraz z sześciorgiem rodzeństwa wychował się w pobliskiej wsi Kuźniczyska. Powołanie dojrzewało w nim od najmłodszych lat. W życiorysie skierowanym do prowincjała franciszkanów z prośbą o przyjęcie do zakonu pisał: „Kiedy miałem trzynaście lat, zachorowałem na zapalenie opon mózgowych. Ofiarowałem się Panu Bogu. Powiedziałem: »Gdy wyzdrowieję, pójdę na służbę Tobie«. Po miesiącu pobytu w szpitalu zostałem wypisany bez śladu choroby. Lekarze byli pełni podziwu. Miałem różne przeszkody, by zrealizować postanowienie wstąpienia do klasztoru, ale zdania nie zmieniłem i pragnę z całego serca służyć Bogu, jak tylko będę mógł”.

Jadwiga lubi brąz

Kiedy miał 16 lat, pierwsze kroki skierował jednak do salwatorianów, których znał z trzebnickiego sanktuarium św. Jadwigi. Bywał tam często, a najbardziej lubił modlić się w bocznej kaplicy u stóp wielkiego krzyża. – Są na nim namalowane krople krwi, a obok dusze w czyśćcu pragnące ochłody łaski Bożej. To mnie inspirowało – wspomina. Salwatorianie stwierdzili, że jest zbyt młody, i doradzili, by skończył przynajmniej szkołę zawodową. Być może święta Jadwiga, mimo że „opiekują się nią” salwatorianie, widziała młodego Czesława we franciszkańskim habicie. W końcu przecież patronka Śląska i Biedaczyna z Asyżu, choć nie mieli prawa się spotkać, żyli w tym samym czasie i byli niemal rówieśnikami. Nie minęło bowiem kilka dni, gdy na drzwiach kościoła w jego rodzinnej wsi ktoś umieścił niewielką kartkę, na której brązowym flamastrem było napisane: „Ojcowie franciszkanie przyjmują kandydatów do kapłaństwa i na braci zakonnych po szkole podstawowej”. – To był strzał w dziesiątkę. Napisałem podanie i kazano mi przyjechać do Kłodzka, gdzie wtedy mieściły się władze zakonne. Ówczesny prowincjał o. Fidelis Klosa na pewno wiele ryzykował, zgadzając się mnie przyjąć, ale zapewnił, że zrobi wszystko, abym znalazł właściwą drogę – dodaje. Dwa miesiące później Czesław stał już przy furcie nowicjatu Prowincji św. Jadwigi Zakonu Braci Mniejszych. Towarzyszyła mu mama. – Później powiedziała, że za każdym razem, gdy przez naszą miejscowość przejeżdżał autobus, patrzyła, czy nie wróciłem. Bogu dzięki, nie doczekała się – dodaje. Zgodnie ze zwyczajem, który nakazywał, aby w prowincji imiona braci się nie powtarzały, bez namysłu wybrał imię Brunon. – Tak miał na imię mój proboszcz, który był dla mnie wzorem. Uczył mnie religii i z jego rąk przyjąłem Pierwszą Komunię Świętą – mówi franciszkanin. W rodzinnej parafii razem ze swoim proboszczem w Niedzielę Miłosierdzia Bożego świętowali swoje jubileusze – ks. Brunon 65-lecie kapłaństwa, a br. Brunon 50-lecie ślubów zakonnych.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Zapisane na później

Pobieranie listy

Reklama