Nowy numer 48/2022 Archiwum

Abba z góry Cierniak

Dla świata brat Elizeusz może wydawać się prostaczkiem. Żyje w samotni pośród drzew. Nie ma prądu i bieżącej wody. Żyje nie tyle skromnie, co ubogo. Po prostu biednie. – Nie mam nawet radia. Wiadomości czerpię z chmur – mówi tajemniczo i wyjaśnia: – Wiedzę można zdobyć, żyjąc w ciszy.

Gdy Jezus mówi, że Bóg objawił sprawy królestwa niebieskiego prostaczkom, nie myśli o prostakach, ale używa słowa, które można przetłumaczyć również jako niemowlę.

Gdy brat Elizeusz mówi, że jego pustelniczy styl życia jest powrotem do początku, ma na myśli właśnie potrzebę powrotu do czasów niemowlęcych. Wręcz dosłownie. – Przy porodzie bałem się wyjść na ten świat. Tak opowiadała mi mama. Stroniłem od kolegów z podwórka i uciekałem do ciszy. Ta formacja w ciszy była ze mną od początku – opowiada, schodząc z góry Cierniak, gdzie od ponad 20 lat ma swoją pustelnię. – Mamy być czyści jak dziecko, bo w czystości widzimy Boga. A kiedy Go widzimy, widzimy mądrość Bożą. Aby z niej korzystać, musimy być Mu posłuszni jak dziecko potrzebujące opieki – tłumaczy jedyny eremita w diecezji świdnickiej. W połowie września złożył pierwsze śluby pustelnicze.

Święta góra

Żyjąc na górze Cierniak w paśmie Gór Złotych wznoszącej się nad wsią Radochów, kontynuuje tradycję zapoczątkowaną w połowie XIX w. Wtedy, zaraz po wybudowaniu na szczycie kaplicy pod wezwaniem Matki Bożej Wspomożenia Wiernych, zamieszkał tutaj pierwszy pustelnik. W sumie było ich dziewięciu. Ostatni z nich opuścił Cierniak w 1946 r. Na górze pozostał jedynie jego habit, który brat Elizeusz dostał od rodziny niemieckiego eremity. Na nim właśnie wzorował swój strój pustelniczy. Miejsce, w którym mieszkali jego poprzednicy, uległo zniszczeniu w latach 60. XX wieku, dlatego na początku spał w namiocie. Codziennie składał go i chował w dziurze pod kaplicą. Ktoś jednak mu go ukradł. Spał więc na wersalce w przedsionku kościółka. Dobrzy ludzie zatroszczyli się o niego i na górę wtaszczyli kontener samochodowy, coś w rodzaju chłodni, ale jakoś nie przystawało to do tego świętego miejsca. Z pomocą innych rozpoczął budowę niewielkiego domku.

Zanim jednak zaczął życie pustelnicze, w wieku 29 lat wstąpił do zgromadzenia albertynów. – Nie chciałem iść na surowo. Święty Benedykt mówił, że pustelnik musi nauczyć się żyć we wspólnocie. Wybierałem się do benedyktynów, ale zatrzymali mnie albertyni, gdzie zrobiłem całą formację. Podczas posługi zobaczyłem ludzi zniszczonych alkoholizmem, narkomanią – mówi. Gdy okazało się, że nie będzie mógł tam zrealizować swojego pragnienia, opuścił zgromadzenie i zatrzymał się na rok w Krzeszowie. – Żyłem tam jakiś czas bez pożywienia. Nie czułem takiej potrzeby. Tylko wodę piłem. – wyznaje. – Dużo o jedzeniu nie myślę. Za to często karmię się słowem Bożym. Wystarczy wyciągnąć Pismo Święte, przeczytać psalmy i już jestem pełny. To jest ciekawe – dodaje, widząc niedowierzanie w oczach.

Później przez trzy lata przebywał w Wambierzycach. Tam jednak było dla niego za tłoczno. – To był taki czas, kiedy musiałem wybierać odcięcie od świata, żeby wejść w ciszę. Teraz już to zrozumiałem. Pustelnik powinien mieć dwie pustelnie. Jedną zupełnie w odosobnieniu, a drugą blisko ludzi, żeby mieć z nimi kontakt – dodaje. Później osiadł na Cierniaku. Choć życie pustelnicze prowadzi od wielu lat, dopiero niedawno postanowił złożyć śluby. Tłumaczy, że kiedyś pustelnicy składali je przed samym Bogiem. – Zgodziłem się na śluby, bo ktoś kiedyś mi powiedział, że jestem samozwańcem – tłumaczy. – Pustelnicy wybierają życie na górze, która jest jak wieża. Jak na granicy stoi strażnik i obserwuje, co się dzieje, tak my jesteśmy po to, żeby pomagać innym – dodaje.

« 1 2 3 »
oceń artykuł Pobieranie..

Wyraź swoją opinię

napisz do redakcji:

gosc@gosc.pl

podziel się

Reklama

Zapisane na później

Pobieranie listy