Spacer w głąb. Zbliża się 7. edycja konferencji "Córka Króla"

– To nie jest wydarzenie odcięte od życia. To pierwszy krok do poznania prawdy o sobie i o Bogu, którą później niesiemy w codzienności – mówi Agnieszka Lesiów.

Kamil Gąszowski: To już siódma edycja konferencji „Córka Króla”. Co dziś jest dla Ciebie w tym wydarzeniu najważniejsze?

Agnieszka Lesiów: Przede wszystkim coraz bardziej dostrzegam, jak ta konferencja wpływa na mnie. Jak dużo mi daje na drodze rozwoju duchowego i emocjonalnego, ale też w uczeniu się służebnego przywództwa. To jest dla mnie czas formacji, porządkowania serca i intencji. Jednocześnie nabieram pewności, że nie chodzi o jednorazowe poruszenie, tylko o drogę, proces.

Coraz wyraźniej widzę, jak bardzo konferencje są potrzebne innym kobietom. Są takie, które przyjeżdżają pierwszy raz, a potem rok po roku wracają, przywożąc kogoś ze sobą. To jest dowód, że coś ważnego przeżyły, coś w nich zostało dotknięte. Wracają nie po emocje, tylko po prawdę o sobie i Bogu, którą później noszą w sobie w codzienności.

Najcelniej opisuje to chyba metafora spaceru. Wydarzenie „Córka Króla” jest spacerem. W głąb poznawania siebie, Boga i Kościoła. Ten spacer ma swoje etapy.

Po zakończeniu każdej edycji konferencji jako organizatorzy robimy chwilę oddechu, a potem zaczyna się rozeznawanie tematu na kolejny rok. Nie kalkulujemy, co najlepiej się „sprzeda”, ale pytamy Boga o kierunek. Doświadczamy, jak jesteśmy prowadzone za rękę. Czuję, że z roku na rok dojrzewamy w tym spacerze.

Spacer kojarzy mi się z chwilą oddechu na ławce. Konferencja jest takim miejscem zatrzymania?

Tak, tylko to zatrzymanie ma w sobie paradoks. Siedzimy, odpoczywamy fizycznie, a jednocześnie wychodzimy z konferencji, jakbyśmy wykonały ciężką pracę. Nie myślę o zmęczeniu związanym z organizacją, lecz duchowym, w dobrym sensie, bo treści pracują w nas bez przerwy.

Zaczynamy od Eucharystii, potem słuchamy konferencji zaproszonych gości i w tym wszystkim Duch Święty dotyka naszych serc. To jest jak operacja na otwartym sercu. Coś w nas zostaje naruszone, coś uzdrowione, coś nowego sobie uświadamiamy i nie ma od tego ucieczki. Wiele kobiet mówi, że przyjeżdżają, mając pewność, że otrzymają odpowiedzi na konkretne pytania. Bóg je w tym czasie prowadzi. Najczęściej uświadamiają sobie, że odpowiedź była w nich, tylko nie umiały się do niej przyznać. Wracają do domu z decyzją, żeby zacząć żyć tym, czego wcześniej nie miały odwagi unieść. Dostają też światło, że coś musi się w nich przeformować, i dojrzewają do tego miesiącami. Dostajemy potem odzew od uczestniczek i widzimy, że to nie jest wydarzenie odcięte od codzienności. To jest pierwszy krok, który rozpoczyna kolejny etap spaceru w głąb siebie.

Dlatego jest to jednocześnie odpoczynek i wewnętrzna praca. Myślę, że Bóg może działać w nas, kiedy dajemy sobie czas na zatrzymanie się. On ma przestrzeń, żeby robić swoje, kiedy w końcu przestajemy biec i nie uciekamy.

Jezus nazywał to zaczynem – drożdże niby leżą, ale w cieście ciągle pracują, wywołują ferment. To chyba budzi specyficzny rodzaj niepokoju?

Dziękujemy, że z nami jesteś

To dla nas sygnał, że cenisz rzetelne dziennikarstwo jakościowe. Czytaj, oglądaj i słuchaj nas bez ograniczeń.

Czytasz fragment artykułu

Subskrybuj i czytaj całość

już od 14,90

Poznaj pełną ofertę SUBSKRYPCJI

Masz subskrypcję?
Kup wydanie papierowe lub najnowsze e-wydanie.
« 1 »
oceń artykuł Pobieranie..