• facebook
  • rss
  • Miód dla misji

    Mirosław Jarosz

    |

    Gość Świdnicki 42/2012

    dodane 18.10.2012 00:15

    Po blisko 40 latach spędzonych na misjach ks. Józef Knapczyk wrócił, by emeryturę spędzić w jednej z podświdnickich wiosek. Z pasją opowiada, co widział i czego doświadczył.

    Święcenia kapłańskie przyjął w 1972 roku w Kalwarii Zebrzydowskiej w zakonie franciszkanów (bernardynów). Dwa lata później z grupą 8 braci wyjechał do Zairu w Afryce (obecnie Kongo). Mieli oni wymienić na placówce belgijskich misjonarzy, którzy byli już w podeszłym wieku. – Siedzibę mieliśmy w Kinkondja i obsługiwaliśmy 70 wiosek – opowiada ks. Józef Knapczyk. – To była niełatwa praca, cały czas w podróży od wioski do wioski. W 1981 r. zostałem przełożonym misji w Kaniama. Wtedy zająłem się już pracą parafialną. Miałem do pomocy seminarzystów i dwóch kapłanów: Polaka oraz miejscowego.Po pięciu latach wrócił do Polski. Jednak sentyment do Afryki nie dawał mu spokoju i w 1987 r. znowu wyjechał do Konga. Przyszedł w końcu czas, że musiał zdecydować, czy zostaje na stałe w Afryce, czy spróbuje jeszcze czegoś nowego. Spróbował. Pojechał do Belgii. To było doświadczenie diametralnie innych misji.

    Pionierzy Kościoła
    W Afryce nie trzeba nikogo przekonywać do wiary, bo wszyscy wierzą. Wystarczy wskazywać im jedynie właściwy kierunek. W Europie trzeba reewangelizować i budzić wiarę. Kościół w Afryce jest bardzo żywy i aktywny. Jeżeli można użyć tego określenia do Kościoła, to również niezwykle nowoczesny. Od początku był on budowany według ustaleń, jakie przyjął Sobór Watykański II. Mało tego, to z afrykańskich doświadczeń misjonarzy przyszło wiele rozwiązań, które po latach usankcjonowano podczas soboru. Choćby liturgia w językach narodowych. Trudno sobie wyobrazić, by misjonarz modlący się po łacinie mógł kogokolwiek przekonać w środku buszu.

    Ciekawe, że na misje często wyjeżdżali kapłani bardzo aktywni, niemieszczący się w pewnych ramach. – W Belgii z chęcią ich wysyłano na zasadzie: „jedźcie, przynajmniej będziemy mieli spokój” – opowiada ks. Józef. Praca w nowej i nieznanej rzeczywistości przysparza wielu niebezpieczeństw. – Zwracano nam choćby uwagę na to, jak mówimy np. o Duchu Świętym – by tubylcy nie wyobrazili Go sobie na wzór jakichś bóstw animistycznych. Z drugiej strony trzeba w pełni szanować ich kulturę. Pamiętam taką Eucharystię, którą odprawiałem ze cztery godziny – wspomina ks. Józef. – To było w Wielki Czwartek. Ci Afrykanie bez przerwy tańczyli i śpiewali. Nie widząc końca, usiadłem i czekałem. Nie chciałem im przerywać, bo widziałem, że oni w ten sposób autentycznie się modlą. Taką mają naturę, że swoje emocje wyrażają tańcem i śpiewem. To trzeba wykorzystać, a nie zabraniać tego. Kluczem do udanych misji w Kościele, niezależnie od tego, czy jest to Afryka czy Europa, jest poszanowanie miejscowej kultury. W Belgii na ks. Józefa patrzono na początku z dużą rezerwą. Wydawało się miejscowym, że skoro jest Polakiem, będzie chciał wprowadzać nowe porządki. Kilka lat trwało, by przekonali się, że jest tu po to, by rozbudzić w nich wiarę, a nie na siłę coś zmieniać.

    «« | « | 1 | 2 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      Zapisane na później

      Pobieranie listy

      Reklama

      przewiń w dół